List, którego nigdy nie wyślę

List, którego nigdy nie wyślę

 

Kefaz

 

Piszę do Ciebie

jak człowiek, który zbyt długo milczał,

jak ktoś, kto zgubił drogę

i dopiero na końcu znalazł słowa.

 

Chciałem przeprosić, przeprosić za wszystkie swoje słabości, za te delikatne i te ogromne, to które sprawiały ból innym, przepraszam wszystkich którzy cierpieli z mojego powodu, nie chcę się tłumaczyć z mojego zachowania, nie ma wytłumaczenia.

 

Bo są rzeczy, których nie da się naprawić.

Zostają w człowieku jak rysa —

niewidoczna z daleka,

ale wystarczy chwila ciszy, żeby poczuć, jak głęboko sięga.

 

Ból jak noszę w sobie od wielu lat narasta, każda porażka, każdego rodzaju niepowodzenie, zwiększa jego siłę. Ból ten nie pozwala swobodnie oddychać, każdy oddech jest płytki, krótki, mało wydajny.

 

Jakby butla z powietrzem nie była w pełni odkręcona.

 

Ból jakby ktoś położył Tobie wielki kamień na klatce piersiowej.

 

I uczysz się z tym żyć —

oddychać mniej,

mówić ciszej,

nie zajmować miejsca.

 

Każdego dnia udaje, że wszystko jest dobrze, każdego dnia zakładam maskę i wychodzę z domu. Każdy dzień przypomina mi moje porażki. Każdego dnia przypominam sobie o braku własnych wartości. O tym jak łatwo ludzie odchodzą. Jak szybko rezygnują.

 

Z czasem maska przestaje być czymś, co zakładasz —

staje się tym, kim jesteś.

 

Każda chwila mówi, nie jesteś godzien szczęścia, miłości, miłości tej właściwej, tej najbardziej pożądanej, tej jedynej, na której mi zależy.

 

Tęsknota, poczucia przynależności, tego, że jestem godny bym był kochany przez jedyna w całym tłumie.

 

I zostaje tylko cisza

i coś, co miało być nadzieją,

a stało się ciężarem.

 

Nie jestem idealny, Nigdy nawet nie byłem blisko ideału, ale zawsze starałem się, mimo, że na chwilę się zgubiłem, straciłem z oczu, to co najważniejsze. Gdyby postanowiłem odzyskać siebie, swoje wartości, zacząłem tracić wszystko na czym mi naprawdę zależało.

 

Godność, imię, szacunek do samego siebie.

 

Jakby każda próba ratunku

odbierała coś jeszcze.

 

Na końcu serce, które już było w drobnych kawałkach, zostało zmiażdżone, resztki jakie były zostały zmielone, została tylko bolesna miazga.

 

I wtedy robi się cicho.

 

Tak cicho, że zaczynasz wierzyć,

że tak już musi być.

 

Przepraszam, że już nie mam siły, przepraszam, że ból wygrywa, przepraszam, że składam broń, przepraszam, że już nie chcę walczyć o jutro. Jutro pewna przyszłość w bólu, a bardzo niepewna, że on minie.

 

Może to nie jest koniec,

tylko zatrzymanie w miejscu,

z którego nie potrafię już zrobić kroku.

 

Przepraszam tych, którzy jeszcze trochę we mnie wierzyli, a co do reszty niech moje imię będzie z wami przy każdej podłości jaką zrobiliście, lub zamierzacie zrobić.

 

Jeśli coś po mnie zostanie,

niech to będą te słowa —

trochę bardziej prawdziwe

niż ja kiedykolwiek byłem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • najmniejsza

    Pozdrowienia od Antka ,ja bywałam u was gościnnie bo do wspólnoty nie należę.Bylam tam tylko w jednym celu ,żeby modlić się za rodzinę męża bo to oni mają problem Za gościnę dziękuję .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania