Listopad, pomyśl o Lwowie.
Czytając ,,Noc listopadową” Stanisława Wyspiańskiego, trafimy na mityczny już dialog o Polsce i Polakach. Dialog Wielkiego Księcia Konstantego z Makrotem. Oddaje on nie tylko ducha minionych wydarzeń, jest też przesłaniem, dziś może proroctwem, albo memento.
Wielki Książę Konstanty, pyta:
„Listopad to dla Polski niebezpieczna pora?”.
Makrot odpowiada:
„(…) Tak, teraz jest listopad – więc baczne mam słuchy. Jest to pora, gdy idą między żywych duchy – i razem się bratają”.
Wyspiański opisuje wydarzenia nocy z 29 na 30 listopada 1830. Tragiczny, nieprzygotowany, naiwny ale odważny i krwawy zryw podchorążych. Robi to w 1904 roku, na podstawie relacji uczestników powstania: Maurycego Mochnackiego i Stanisława Barzykowskiego. Oczywiście nie jest to relacja historyczna. To sztuka. Widzimy w niej: losy powstańców, częściowy opór podzielonego i niezdecydowanego społeczeństwa, brak dowództwa, zdradę ze strony polityków oraz tragiczny koniec. Tyle ,,Noc listopadowa”. Listopad to jednak dla Polaków, niebezpieczna pora.
A teraz będzie o Lwowie.
We Lwowie byłem raz. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych, odwiedziłem już wolną Ukrainę, podczas najdłuższych wakacji w życiu, po maturze. Samej jazdy z Przemyśla autobusem nie wspominam zbyt komfortowo, ale też niewiele z tego już pamiętam. Pamiętam jednak, że przygotowanie dokumentów i załatwianie różnych wymaganych formalności trwało kilka miesięcy. I tak na końcu jeszcze potrzebna była lekka motywacja finansowa w celu rozstrzygnięcia wątpliwości.
Kto podróżował w tamtych czasach na Wschód, wie o czym mowa. Z tym swoim małym plecaczkiem, bez walizo-worków kubańskich, i dziesięciu toreb, nieco się wyróżniałem. Dlatego zapewne, byłem nagminnie przeszukiwany po obu stronach, budząc konsternację i co najmniej niedowierzanie.
Sam Lwów jest przepiękny. Wtedy też był, choć nie wyglądał zbyt atrakcyjnie po latach sowieckich, ale miał, jak to się teraz mówi, ogromny potencjał. Młoda Ukraina, nie miała środków, ale starała się. Cmentarz Orląt, został już wtedy odgruzowany przez pracowników polskiej firmy energetycznej. Widać już było groby, wcześniej zawalone śmieciami na wysokość kilku metrów. Można się było pomodlić u stóp najdzielniejszych z dzielnych. Dzieci Lwowa. Taki był cel tej wizyty. Nie było gdzie kupić zniczy, nie było kwiaciarni. Tuż obok ciągnęły się aleje Cmentarza Łyczakowskiego. Z grobami których kunszt przewyższa moim zdaniem, te z paryskich nekropolii. Wyciągnąłem z plecaka różaniec, i wtedy po raz pierwszy od niepamiętnych czasów w moim życiu pojawiły się łzy. ,,I zawsze już mieć będą lat dziesięć, jedenaście” i ,,ja biłem się jak tamci, o proszę, mamo chwal”. Jeżeli w życiu, w ostatecznym rozrachunku, liczy się tylko miłość, to, to miejsce jest spichlerzem i akumulatorem miłości do naszej Ojczyzny. Nie mogłem długo stać nad tymi grobami. W Polsce trwały wtedy właśnie ciężkie boje polityczne i obsmarowywanie się łajnem. Akcje z cyklu, lewica konta prawica via piaskownica. Było mi wstyd, za to co stało się z naszym krajem, jak bardzo jesteśmy podzieleni. A przecież żył jeszcze Papież i nie było tak ostro, tak strasznie jak teraz. Jeszcze się hamowaliśmy w możliwościach.
Żegnając młodych bohaterów, wędrowałem dalej, szukając Wzgórza Zamkowego. Z tego miejsca jest najpiękniejszy widok na Lwów. Moim zdaniem najpiękniejsza panorama na świecie. Oczywiście jest też panorama Florencji. Firenze è bella. Też. Oba miasta są jakoś magicznie na swój sposób podobne, zwłaszcza jak się widzi je z perspektywy wzgórza.
Wróciłem późnym wieczorem, nocą z tym samym kierowcą. Ci sami smutni panowie na granicach. To samo poszukiwanie różnych rzeczy. Takie były czasy.
Na zawsze zapamiętam tą wyprawę. Obiecałem sobie, że kiedyś wrócę tu ze swoimi dziećmi i zapalę znicz. Nie wróciłem, a dzieci dorosły. Większość. Jak Lwów wygląda dzisiaj, nie wiem. Przez lata zapewne wyremontowano rozwalające się kamienice, skończono z cudownym eksperymentem estetycznym malowania lamperii na zewnątrz budynku farbą olejną, posprzątano. Może przy cmentarzu jest jakieś stoisko z kwiatami. Może można gdzieś kupić znicze. Może jest spokojniej i bezpieczniej. Ale, nie. To niemożliwe. Trwa wojna. Dziś nadal nie ma szans aby zapewnić rozwój i bezpieczne trwanie temu cudownemu miastu. Ale jest listopad. Miejmy w sercach i na ustach naszych modlitw małych Wielkich bohaterów. Pamiętajmy, naród bez pamięci nie ma prawa istnieć.
Nie ma miasta Lwów, mawiał mi zawsze mój przyjaciel Ukrainiec. Najczęściej snuliśmy opowieści polityczne o sprawach ogólnych, gdy nagle z odmętów wyłaniał się Lwów, niczym statek widmo. Owszem nie ma. Masz rację. Jego koniec nastąpił wraz z ostatnim transportem lwowiaków. Wcześniej w latach czterdziestych gestapo a potem NKWD zrobiło wszystko, aby nigdy już nie istniało. Mord na profesorach. Mord na oficerach. Rozstrzelania po ,,Akcji Burza”. Koniec był krwawy. Ludność ukraińska też przyłożyła rękę do eksterminacji. Tak Lwowa już nie ma. Nie ma szkoły lwowskiej matematyki, pierwszej telewizji, czy ,,Wesołej lwowskiej fali”. Nie ma już miasta Zawsze Wiernego. Jest Lviv. Też ładny.
Miasto Lwów i bohaterowie, są jednak na zawsze z nami w sercu. Wierzę głęboko, że uda się kiedyś stworzyć na nowo ten niezwykły konglomerat narodów, kultur, języków i religii w którym to, każdy będzie u siebie.
Wierzę, że bratobójcze wojny już za nami, a krew dzieci przelana za Polskę nie poszła na marne.
Wierzę, trochę, jak M. L. King, że stać nas na pokój między ludźmi.
Musi tylko skończyć się ten koszmar wojny…
Dlaczego listopad? Dlaczego Wyspiański. Każdego roku można się przyłączyć do akcji: ,,Znicze Pamięci dla Cmentarza Łuczkowskiego”.
Palą się one także na kwaterze ,,Żelaznej Kompanii”. Leży tam dwustu trzydziestu powstańców listopadowych. Zbiorowy sarkofag, z prostym napisem: ,,Weteranom wojska polskiego 1830-1831.” To o nich pisał Wyspiański w ,,Nocy listopadowej”.
Palą się też na grobach tych, co ,,zawsze już mieć będą lat dziesięć, jedenaście.”
Pamięć wraca.
Wiesław Dziergawka
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania