Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Litania; Kuchenny Zlew
Ci, których głowy świszczą szeptami są tymi najcichszymi. Te osoby są świecami i feniksami, każdym smakiem lodów, pustką, pełnią, wszystkim czym ktoś zdrowy nie chciałby być. Są oceanami, jak nim zostać? Wstrzymuj swoje łzy aż nie wypełnią twojej duszy do krawędzi i nie wylejesz się na podłogę własnego pokoju, kładąc dłoń na usta, by ktoś przypadkiem nie usłyszał wojen, które jednak były wolnością, rozstrzygających się na głębinach wody, wokół stworzeń, które nie są w stanie żyć bez mroku. Jak zabić feniksa? Rozpyl popiół tak daleko, by od głowy do stóp przeszedł po jego duchu dreszcz, plamiący na wieki i szybko zmieniający się w jedną z niewidzialnych blizn, które zostawiają szpitale, ludzie, słowa, słowa, słowa, kłótnie, krzyki, byś później marzył o usłyszeniu jakiegokolwiek ze słów, nieważne, czy spluniętego w twoją stronę, jakby mówca starał się przełknąć żarzący się jeszcze popiół wspomnień twojego ciała i śmiechu, czy tych niewypowiedzianych, możesz marzyć, spróbuj ponownie, nic nie usłyszysz. Zapomniałeś już? Jesteś więźniem własnego ciała, sam, jeden, jesteś w piekle, nie możesz wyjść, krzyk ciszy pod twoją i na skórze wydrapuje wzorki na już dawno wyblakłym sercu, które następnie wyżywa się na duszy, gdy powoli tracisz wszystkich przyjaciół, pasje, szacunek, honor, energię, życie, siebie, siebie, siebie. Rodzinę. Gdy słyszysz, jak matka za drzwiami rzuca następną pustą butelką, gasi następnego papierosa na wypalonej już ręce, gdy jej głowa wypełnia się słowami ojca, który kiedyś jeszcze żył, nim go nie zniszczyła i nie wylał się na podłodze ich dzielonego pokoju, jedynie już na zawsze miał wylewać się aż do serca ziemi pochowany w zimnej skale, do której będziesz zwracać się “tato” jakby miała ci odpowiedzieć i wytłumaczyć, że mama zaraz przestanie brać, i brać, i brać. Brać do rąk, z półek, od ciebie, z siebie, na pewno nie dla ciebie, nie dla siebie, nie, nie, nie, już nigdy nie popatrzysz na jej świetlaną twarz, nie powie do ciebie kochanie, czy ty nie widzisz, że jej już nie ma? Nie widzisz tego, Nilah? Wgryzasz się we własne ręce, sama wyrzuciłaś nożyczki i szkło rozbitych butelek wciąż pachnących procentami, przez które twój brzuch zamienia się w sto dwadzieścia cztery motyle, trujące i ostre, chcące przerwać go wpół. Może tak byłoby lepiej, matka nie wyzywała by cię, gdybyś brała coś do ust, nie jadłabyś przed lustrem, by wbijać w siebie żal, gdyby twoja mała Nilah na ciebie popatrzyła teraz, uciekałaby z krzykiem, Nilah? Nilah? Nilah? Nilah, jesteś tam? Oczywiście, że cię nie ma. Narodziłaś się dwa razy, raz w szpitalu i ramionach matki, a drugi otaczając się rękoma zimnego ciała ojca. Umarłaś już sto dwadzieścia cztery razy, pamiętasz? Nie ma cię, Nilah! Nie ma!
Piąta trzynaście, budzik dzwoni od trzech minut, wstań, wstań, wstań, nie śpisz od trzeciej tamtej nocy, dlaczego nie wstajesz? Zdjęła stopy z krzesła, obróciła się na podłodze, skuliła nogi, wsadziła między kości, kości, kości głowę. Ciemny pokój, pusty od powiadomień telefon, głośne myśli, pozbawiony jedzenia od trzech dni żołądek. Wstań, wstań, wstań, szkoła! Popatrz do lustra, nie widzisz, że wyglądasz jak piekło, w którym żyjesz? Masz zapadnięte oczy, matka powie ci, że zmyślasz. Rozejrzyj się! Śmieci, nieład, syf, piekło, piekło, piekło, czy tak wygląda piekło? Patrz na swoją twarz jeszcze dłużej, rozmazane rysy przez łzy czynią cię ładniejszą, Nilah, wreszcie nie widzisz swojej asymetrycznej twarzy, zbyt okrągłych policzków, wypadających od tuszu rzęs, za jasnych oczu, użyj kredki, by były bardziej widoczne, pójdź na spacer, przebiegnij trzy kilometry na czczo, wypij dwa litry wody, zwymiotuj w kuchni, powtórz, kup ten produkt, świetnie zakrywa twoją brzydką, brzydką, brzydką zbyt czerwoną cerę! Potem ubierz się na czarno wyglądasz szczuplej w ciemnych kolorach, nie, ubierz zielony, pasuje do oczu, nie, ubierz czerwony, przewinęły ci się trzy dziewczyny w czerwonym o drugiej dwadzieścia dwa, nowy artykuł na mediach mówił, że to znak. Bierzesz do dłoni czarną bluzę szerszą niż głębokość twojej własnej niewoli, skarpetki tak ciasne jak kajdany losu i dresy ciemniejsze niż przestrzeń między gwiazdami, na tyle duże, by pani z historii nie pytała, dlaczego znowu schudłaś. Tylko pani z historii z tobą rozmawia, Nilah! Nie płacz, to dziecinne, weź do dłoni korektor, podkład, tusz, kredkę, pędzel, nie malujesz się, by wydobyć piękno, malujesz się by zakryć twarz, na którą ludzie się krzywią, Nilah, Nilah, Nilah. Podnieś telefon, diabła, sprawdź powiadomienia, kajdany zacisnęły się mocniej tak samo jak sznur na twojej szyi, napij się wody, jest dobra na cerę, nie pij wody, nie potrzebujesz, więcej przez nią ważysz, sprawdź etykietę, skład, składniki, nie potrzebujesz, nie potrzebujesz, bo i tak z nikim nie rozmawiasz, wytnij sobie nagłośnię, struny głosowe, waga spadnie o kilka gramów, już nigdy nie będziesz krzyczeć, masz takie problemy z agresją, Nilah!
Nigdy nie byłaś wolna, wolność to niewolnictwo, wiesz, wiesz, wiesz o tym! Jesteś przecież świecą, topisz się i topisz, ale nadal płoniesz, cierpisz, płoniesz, jak pięknie! Jaki jest twój ulubiony smak lodów? Ach, śmietankowy! Jest tak pusty jak ty! Chciałabyś być tak lekka i znana, prawda? Nikt cię nigdy nie wybiera, jest tyle złota wokół, ty wyblakła duszyczko! Nadzieja to płomień, przecież już płoniesz, wystarczy, nie dokładaj sobie, ale zrób jeszcze dwa tysiące kroków, nie krzycz na własne szepty w głowie, przecież zawsze chciałaś z kimś rozmawiać! Jesteś niewolnikiem, a wojna pod twoją skórą jest zbawieniem. Tak cicho w tym pokoju, krzycz, krzycz, krzycz, każdy wie, że nie może być tak cicho, to przecież niemożliwe, czy halucynacje do ciebie wróciły? Nie mów, że sobie nie radzisz, matka rzuci w ciebie butelką, Nilah!
Pamiętasz jak kazałaś koleżance wyrzucić papierosa? Miałaś wtedy czternaście lat i ktoś jeszcze z tobą rozmawiał, upokarzające, krzyczałaś na nią, pamiętasz? Mówiłaś, że nie chcesz stracić jej od uzależnienia jak straciłaś matkę, ach, jak okrutne są substancje. Bierzesz raz, drugi, trzeci, wszystko dobrze, mogę przestać, bierzesz, bierzesz, bierzesz, głuchy szum w uszach to twoje nowe ulubione uczucie, dni sklejają się w jedno, bierzesz, palisz, pijesz, uderzasz głową o ścianę, wbijasz sobie gorącą końcówkę czegokolwiek co palisz w udo, czy przedramię i od tego również się uzależniasz. Od bólu.
I tak straciłaś koleżankę. To nie był papieros, wróciły halucynacje, wyrzuciłaś jej lizaka, uderzyłaś ją, waliłaś pięścią w jej twarz, krzycząc, by przestała, kiedy to ty powinnaś przestać. Uderzyłaś tamtej nocy odłamkiem szkła z butelki mamy w rękę tyle razy, ile dostała ona. Pojechałaś do szpitala, zapach leków nasennych wysyła cię do spirali, testują cię, zamykają, rozdrapujesz ściany, masz siedemnaście lat i wypuszczają cię do domu, który jakoś nigdy nie był ciepły, wreszcie możesz iść do liceum, jesteś tam najstarsza, siedzisz w ostatniej ławce, chowasz się pod bluzą i czarnymi włosami, nie umyłaś się od dwóch miesięcy, uderzenia wody o skórę zbyt przypominają ci o tym jak pijana matka starała się utopić własną córkę, ponieważ wylałaś jej drogi alkohol wymieszany z kilkuset złotowym proszkiem do kuchennego zlewu, do którego następnie zwymiotowałaś, ponieważ krztusiłaś się ostatkami wody przez następne pół godziny. a potem, a potem, a potem.
Jesteś w szkole, ból przeszywa wszystkie twoje kończyny, pulsuje głowa, wizja ci się myje, cały makijaż spływa z siedemnastoma latami agonii, nic nie słyszysz, może ktoś na ciebie krzyczy, wiesz jednak, że nie, nikt na ciebie nie patrzył, komu zależy na tym, czy zdasz, czy nie? Twoja dusza jedynie patrzy na ciało, które nie radzi sobie z nią, czy bez niej, nic się nie liczy, później w domu zalejesz wszystkie swoje problemy wodą, pij więcej wody, którą potem zwrócisz do tego samego kuchennego zlewu. Postawisz pierwszy krok w zagraconym w pokoju, padniesz na łóżko i zaśniesz czując piekący ból na udach, kostkach, brzuchu, sercu i żołądku, nie jadłaś od dwóch tygodni, pijesz wodę ze zlewu kuchennego.
Raz czujesz wszystko, a raz nic, wypełnia cię pustka, pani od literatury powiedziała, że to niemożliwe, Nilah, halucynacje wróciły, wiesz? Będziesz prosić matkę, by nie krzyczała i odłożyła dymiącego diabła, butelkę pełną śmierci. Zaśniesz pierwszy raz od tygodnia, przyśni ci się, że tak naprawdę się kochasz, matka cię kocha, ktoś cię kocha, jesteś kogoś kimś, a temperówka nie przynosi na myśl zapłakanych nocy pełnych bólu, szkło blizn na przedramieniu i gorzkiego śmiechu półprzytomnej matki, ludzie nie przypominają ci o zimnym ciele ojca, gorącu krwi, łaknieniu dotyku, miłości, słuchu, słuchu, słuchu.
Nienawidzisz pani od religii. Powiedziała do ciebie jedno zdanie, gdy doszły do niej słuchy o twoich problemach. Sztywnym tonem mruknęła, że Bóg jest gotowy cię nagrodzić i jest to jedynie jego plan. Nie chciałaś takiego Boga i takiego planu, nie chciałaś jego nagrody skoro tak wyglądało jego zbawienie, czy nagrodą była nadzieja, że powiadomienie na telefonie nie jest jedynie alertem o mocnym wietrze dwudziestego siódmego kwietnia? Miałaś kontrolę nad przeszłością, musisz więc ją posiadać nad przyszłością! Teraźniejszość była kiedyś, teraz jest przyszłość, a przeszłość wróci, wróci, wróci możesz błagać, nic nie zmienisz, Nilah. Jesteś sama, pamiętaj, a cierpienie wraz z losem nigdy nie uderzają raz. Dadzą ci przerwę, nie ciesz się nią jednak, wróci gorsza, gorsza, gorsza fala.
Szkoła się skończyła, szłaś do domu na nogach, matka sto osiemdziesiąty trzeci raz pod rząd zapomniała cię odebrać, masz obsesję na punkcie cyfr, nadal wszystko cię boli, masz do domu jedynie dwadzieścia minut, szłaś do domu trzy godziny, doszłaś do domu, popatrzyłaś na mamę, weszłaś do sypialni, w której kiedyś spali rodzice, przejęta została kanapa, cały salon tonie w szkle, dymie i nienawiści. Przypomina ci się, że ojciec kochał chodzić na strzelnicę i kupił własny, tani, lecz działający pistolet.
Na stoliku nocnym leży wasze wspólne zdjęcie. Jesteś oceanem, pociski nigdy nie toną, padasz tam gdzie kiedyś on, huk odbija się echem od kuchennego zlewu, wokół jest cały ocean krwi, popiół wspomnienia twojego ciała. Matka wypowiada litanię do kuchennego zlewu, którego nikt już nie będzie mył.
Twoja matka nigdy nie myła kuchennego zlewu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania