Poprzednie części: Literkowa Bitwa na Prozę IV - Istota próżności
Literkowa Bitwa na Rymy nr 41 - Wyzwanie
Debiut w LBnR ^^ :) Szczęśliwego Nowego Roku dla wszystkich!
***
Budując zamki z piasku
walczyliśmy o burą chorągiew
mierząc miarą siły
dzieciństwo jaśniejące chłodem
Staliśmy na straży wspomnień
budowaliśmy niezwykły pomnik
patrz - one stoją i patrzą
znowu uciekliśmy w pole
Krew płynąca potokiem
na śmierć i życie
z honorem i werwą
szumią drzewa połamane bojem
Gdzieś znalazłem ranę
coś bolało pod uchem
dziś to tylko marzenie
odległe - pokryte kolorem.
Komentarze (17)
Brawo! Witamy w bitwie.
Przepiękne chłopięce walki i pisanie poz nich ran.
Wszystkiego dobrego.
Korekta. Lizanie ran*
Wszystkiego dobrego! Dzięki za zajrzenie :)
Sympatyczny, ze spokojem poprowadzony utwór. Powiało nostalgią.
Ostatnia zwrotka - bardzo obrazowa. Szczególnie sugestywnie wpływa na wyobraźnię.
Przywołuje wspomnienia. Pozdrawiam :)
Pozdrawiam serdecznie :) Dzięki za zajrzenie ^^
Ach, powiało wspomnieniami ;-) Fajne i takie bliskie te nawiązania. Ciekawy wątek i dobra forma, podoba mi się, piąteczka, pozdrawiam ! :-)
Pozdrawiam! :)
Całkiem ciekawy wiersz.
Odbieram to jako drogę od młodzieńczych bojów, które pózniej mogą stać się nauką o sprawy wyższe...
Udany bardzo debiut w LBnR, gratuluję.
Dziękuję za zerknięcie! Pozdrawiam :)
Johnny2x4 mógłbyś mi coś o rymie w swoim wierszu napisać?
betti Jest subtelny, ledwie wyczuwalny
Latem 1987
A było tak, że twoja śmierć usiadła w moim cieniu,
żeby się o mnie oprzeć, odetchnąć moimi myślami.
Zerwałem się z miejsca, szukałem słońca w zenicie.
Uzbroiłem się po zęby w humor i witaminy.
Wzruszyłem ramionami i strzasnąłem duszę,
zerwałem czarny bandaż, czarną łunę z pamięci.
Dodałaś mi polotu. Jadłem owoce garściami.
Mikroelementy stanęły na straży komórek.
Szybko, celowo chodziłem, od sprawy do sprawy,
wskoczyłem nawet w ślub nucąc epitalamia.
Zacząłem nawet ćwiczyć: biegi, pompki, sprężyny -
i żadnych nadużyć na niewczesny umór.
To dni były na umór, a każdy sen wściekły
po aurze przywidzeń i zawrocie zmysłów
jak wielki napad na powierzchnię ziemi,
kołatanie ciała, żeby wejść w zimową kwaterę.
I goniłem w piętkę, traciłem wysokość,
gubiłem krok i miarę, i traciłem oddech -
zgubna poriomania, szalone podróże -
nie z Bordeaux do Nurtingen, ale zawsze.
Ziemia pod stopami wszędzie taka miękka -
czułem, że stopy grzęzną w niej po kostki.
A w nocy - łóżko było jak zapadnia
i bez szmeru usuwało się spod ciała.
Później luki w pamięci, zapatrzenia w okno -
tam mała dziewczynka w bloku naprzeciwko
uśmiecha się z żyletką pomiędzy zębami.
Myślę o jej chłodnych pocałunkach.
Andrzej Sosnowski
Tak mi się przypomniało.
Wiersz to trochę bigos - zmieliłeś na swoją modłę wyniosłego Herberta z czymś tam jeszcze... Wyszedł taki bigosik.
Baj
Lekko zalatuje jak czytam drugi raz. Ewakuuje się już :)
dobrze, że nie napisałeś chłopcy, bo u nas i dziewuchy potrafiły się łomotać. No, może bez krwi. Jak temat, rodem z Chłopców z Placu Broni - brawo
Pozdrówka
Pozdrawiam :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania