Liturgia drogi, prolog, rozwinięcie tekstu (Prolog do „Archeologii światła”)
Liturgia drogi, prolog
(Prolog do „Archeologii światła”)
Idąc samotnie górskim szlakiem, napotkałem dwoje młodych ludzi siedzących naprzeciw siebie na dużych kamieniach. Rozmawiali cicho. Zapytałem, czy idę właściwą drogą. Odpowiedzieli spokojnie, że nie wiedzą. Po ich słowach ścieżka znieruchomiała. Zdrętwiałe pnie drzew okryła ciemna szarość, a obraz schroniska, który towarzyszył mi od początku wędrówki, zaczął powoli zanikać.
Spotkania na dobrze znanej z młodości drodze nigdy nie pozostawiały po sobie podobnego uczucia zagubienia. Tam niepewność osiadała na powierzchni górskiego potoku i unoszona jego nurtem stawała się częścią płynącej wody.
Malarz odnajdywał światło ukryte pod powierzchnią barw.
Rzeźbiarz cierpliwie czekał, aż kamień odsłoni formę, którą miejsce zachowało właśnie dla niego.
Grafik wsłuchiwał się w rytm drogi, próbując zatrzymać to, co nieustannie przemijało.
Miejsce zataczało własne kręgi. Kto raz wszedł w ich rytm, przestawał pytać o kierunek. Od tej chwili dolina nie była już tylko doliną. Domy, kościół, ciemny las i krzyżujące się drogi odzyskiwały swoją odrębność.
Rytm czarnych przęseł i białych słupów prowadzi ku bramie. W głębi prosta, kamienna ścieżka. Po obu stronach wysokie drzewa.
Nie słychać słów.
A jednak po kilku krokach można odnieść wrażenie, że cisza ma własny ton.
Odchodząca w bok aleja zanurza się w chłodnym cieniu i prowadzi ku mauzoleum. Wilgoć spowija kamienne płyty, jakby przez lata ocierały się o siebie. Pierwotne miejsca nadal drzemią w przeszłości.
Brama ustawiona na skrzyżowaniu alej nie zamyka wspomnień. Jedynie je wycisza. Jej klasyczny detal nadaje przestrzeni niski, spokojny ton, a łuk kieruje spojrzenie ku ziemi.
Dwór nie daje się zamknąć w jego prześwicie. Powoli przesuwa się poza nim, odsłaniając na przemian jasną ścianę, wysokie okna, wejściowe drzwi i kolumny.
Pośrodku okrągłego klombu samotne drzewo trwa otoczone niskim żywopłotem.
Biała ściana dworu rozjaśnia wnętrze parku, unosząc ponad sobą ciężar ciemnego gontowego dachu. Kontrast bieli i czerni porządkuje przestrzeń podjazdu, odsuwając na bok wysoki lamus z kamienia i cegły, nakryty czerwoną dachówką.
Klasyczne kolumny, oprawy okien, zwieńczenia ścian i tarasy widokowe powtarzają ten sam porządek form. U ich stóp labirynt żywopłotów nie wydaje się już ogrodem. Przypomina raczej miejsce, które od dawna czekało na swoje ponowne odkrycie.
Rozwinięcie tekstu
Idąc samotnie szlakiem w chłodnym cieniu u podnóża gór, napotkałem dwoje młodych ludzi. Kobieta i mężczyzna siedzieli naprzeciwko siebie na dużych, obłych kamieniach i cicho rozmawiali. Młoda kobieta miała na sobie nową, czarną sukienkę, która idealnie podkreślała jej figurę. Kreację zdobiły misternie utkane, srebrne detale. Jej nienaturalnie kruczoczarne włosy, brwi oraz rzęsy mocno kontrastowały z bladą cerą i ciemnymi źrenicami. Całość dopełniała prosta, srebrna biżuteria na dłoniach, szyi i głowie, doskonale dobrana do jej sylwetki. Towarzyszący jej młody mężczyzna również ubrany był na czarno, miał proste spodnie oraz koszulę o wyszukanym kroju. Cechowała go podobna aparycja: średniej długości ciemne włosy, czarne brwi i rzęsy, ciemne oczy oraz blada skóra. Moją uwagę zwróciły jego srebrne ozdoby, a szczególnie naszyjnik ściśle okalający szyję, wykonany z białego złota i wysadzany drobnymi diamentami. Podszedłem, by zapytać, czy idę właściwą drogą. Odpowiedzieli spokojnie, że nie wiedzą. Po tych słowach kręta ścieżka, dotąd wznosząca się i opadająca, nagle znieruchomiała. Pnie drzew, zdrętwiałe w promieniach słońca, okryła głęboka szarość, a towarzyszący mi dotąd obraz schroniska zaczął powoli zanikać.
Bezwarunkowe zjednoczenie, pełnia przynależności i całkowita akceptacja obecności bliskiej osoby odsłaniają głębię górskiego krajobrazu. Pastelowe barwy zarysowanych na horyzoncie pól ulegają krystalizacji. Nasycone światłem kolory wyzwalają sfery, których dźwięki potęgują aurę roślinności. Dolina przestaje być tylko doliną – domy, kościół, ciemny las i krzyżujące się drogi odzyskują własną, autonomiczną obecność. Czas się uspokaja. Unoszona doświadczeniem pełnego zjednoczenia myśl, niczym poranna mgła poruszona chłodnym powiewem, powoli wznosi się ku temu, co było przed wszelkim początkiem. W pierwszych promieniach słońca rozpływa się bez śladu. To, co wydawało się uchwytne, ustępuje miejsca obecności gęstszej od myśli.
W ciszy gór, spoglądając coraz głębiej w siebie, odnajduję blask wewnętrznego światła. Próbuję dotrzeć do jego źródła. Myśl biegnie od pustki ku pełni, lecz nie znajduje słowa, które mogłoby je objąć. Im bardziej pragnie nazwać, tym bardziej oddala się od tego, co najbliższe.
Pozostaje jedynie rytm czasu, lekkość unoszącej się myśli i pytanie, które powraca od zawsze. Jak być całkowicie przy rzeczach, nie zatrzymując ich w nazwach? Jak pozwolić światu pozostać sobą, zanim stanie się pojęciem?
Wtedy mrok przestaje być zaprzeczeniem światła. Staje się pieczęcią tajemnicy, która przypomina, że najgłębszy sens istnienia nie domaga się wyjaśnienia. W swojej naturalnej prostocie unosi człowieka ku temu, co pozostaje nienazwane.
Spotkania na drodze dobrze znanej z młodości zawsze pozostawały wolne od poczucia zagubienia. Ujawniająca się niepewność osiadała na powierzchni górskiego potoku i unoszona nurtem, stawała się jego oddechem.
Malarz odnajdywał światło ukryte pod powierzchnią barw. Rozpinał lniane płótno niczym kwietną łąkę falującą na wietrze. W wizerunkach ziół skrywał pasterskie szałasy, drewniane ogrodzenia dla owiec, paprocie rosnące na skraju lasu oraz liczne świerki i buki. Usuwał zbędne detale, aby wydobyć wewnętrzny blask kolorów. Towarzyszyło temu wyczekiwanie na kolejny przelot anioła, przynoszący nową odsłonę harmonii.
Rzeźbiarz z kolei cierpliwie czekał, aż kamień odsłoni formę, którą to miejsce zachowało specjalnie dla niego. Utożsamiając się z naturą górskiej doliny, wypatrywał ukrytych kształtów i odrzucał to, co narzucało się samo. Budował własny świat, starając się ocalić w nim objawiony ład.
Grafik wsłuchiwał się w rytm drogi, próbując uchwycić to, co bezpowrotnie przemija. Dostrzegał zmienność obrazów – tego, co pozostawało w ruchu, i tego, co dawało się na chwilę zatrzymać. Inspirowany tą znajomą przestrzenią, prowadził nieustanny dialog ze światem, zarówno wewnętrzny, jak i zewnętrzny. Swym osobistym wyznaniom nadawał niezwykle śmiały ton, czym zaskakiwał napotkanych po drodze znajomych, zatrzymując ich przy sobie na dłuższą chwilę.
Miejsce zataczało własne kręgi. Kto raz wszedł w ich rytm, przestawał pytać o kierunek.
Rytm czarnych przęseł i białych słupów prowadzi ku bramie.
W głębi prosta, kamienna ścieżka.
Po obu stronach wysokie drzewa.
Nie słychać słów.
A jednak po kilku krokach można odnieść wrażenie, że cisza ma własny ton.
Odchodząca w bok aleja zanurza się w chłodnym cieniu i prowadzi ku mauzoleum.
Wilgoć spowija kamienne płyty, jakby przez lata ocierały się o siebie.
Pierwotne miejsca nadal drzemią w przeszłości.
Brama ustawiona na skrzyżowaniu alej nie zamyka wspomnień.
Jedynie je wycisza.
Jej klasyczny detal nadaje przestrzeni niski, spokojny ton, a łuk kieruje spojrzenie ku ziemi.
Dwór nie daje się zamknąć w jego prześwicie.
Powoli przesuwa się poza nim, odsłaniając na przemian jasną ścianę, wysokie okna, wejściowe drzwi i kolumny.
Pośrodku okrągłego klombu samotne drzewo trwa otoczone niskim żywopłotem.
Biała ściana dworu rozjaśnia wnętrze parku, unosząc ponad sobą ciężar ciemnego gontowego dachu.
Kontrast bieli i czerni porządkuje przestrzeń podjazdu, odsuwając na bok wysoki lamus z kamienia i cegły, nakryty czerwoną dachówką.
Klasyczne kolumny, oprawy okien, zwieńczenia ścian i tarasy widokowe powtarzają ten sam porządek form.
U ich stóp labirynt żywopłotów nie wydaje się już ogrodem.
Przypomina raczej miejsce, które od dawna czekało na swoje ponowne odkrycie.
Piotr Sobański
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania