Liturgia ognia
Ogień, który płonie, jak świeczka przed ołtarzem,
jak modlitwa o spełnienie.
Ogień, który nie spala
tylko pali się długo, absorbując zmysły.
Z początku tylko dotyka,
igra z powietrzem,
po czym wdziera się dalej
bez pytania o zgodę.
Opada i wznosi się jak fala z płomieni
targany podmuchami namiętności.
Język ognia jak język kochanka
zawłaszcza wciąż nowe obszary.
Dotyka i liże, wycofuje się
by za moment znów wtargnąć z impetem.
Nachalnie, namiętnie
a potem czule, jak dotyk piórka na skórze.
Nie chce odpuścić, nie może się wypalić
wciąż podsycany na nowo pragnieniem.
Powoli przedziera się głębiej,
aż trudno już oddzielić oddech od płomienia.
Tańczy, pulsuje, oplata
i wznosi się w górę jak krzyk rozkoszy.
Ciągle zmienia tempo i rytm.
Nie chce być przewidywalny,
chce zaskakiwać, by móc cię oszołomić i pochłonąć.
Niespiesznie wypala twój opór,
twoje każde ''nie wypada" drżące na wargach.
Dąży by oddać mu się w pełni,
zapomnieć się wpatrując w jego blask.
Jak wąż z Edenu wije się i syczy
dopóki nie osiągnie celu.
Aż ogień staje się tobą, płonie w twych żyłach,
splata się z tobą jak kochankowie w objęciach,
bez początku i końca w rytmie uniesień.
Gdy ogień wkrada się w krew
pulsując jak wspólny rytuał,
w tej chwili między tchnieniem a westchnieniem
nie wiadomo już, kto kogo pochłania
ty ogień, czy on ciebie.
Zostaje tylko drżenie powietrza
i żar jak szeptana modlitwa.
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania