Lodowce

Kolana wystają jak lodowce nad powierzchnią.

Paruje ciepło.

Krople spływają po mojej skórze jak narciarze.

Pewnie krzyczą: z drogi, pnącza skórne,

nie możemy się rozpędzić.

Zmysły miękną od temperatury.

Zamykam ciężkie powieki.

Przełączam się na tryb — odbiór wizji wewnętrznej.

Wyglądam spod kapelusza,

powietrze tu lżejsze niż tam gdzie jestem.

Pejzaż słoneczny, są tam wysepki:

płaskie i wybrzuszyste.

Na jednej z nich skryła się samica.

Długą ma szyję,

zwinnie nią operuje gdy skubie swoje pióra.

A tu niby przypadkiem nalot nad taflą.

Wielki biały porusza na przemian

tylną i przednią nogą.

Jak Jezus, który szedł po wodzie.

Ten osobnik nieco sprawniejszy —

biegnie po niej.

A to oszust, skrzydłami sobie pomaga.

Z pełną mocą nad wodą nimi macha.

Huk przy tym jak z odrzutowca.

Przykuł wzrok samicy.

Wracam do siebie.

Ale mi ciepło.

Unoszę powieki,

lodowców już nie ma,

schowały się pod powierzchnią.

Na mnie też już pora.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Sokrates 2 tygodnie temu

    Kojarzy mi się ta treść ze spacerem po parku, z łabędziami, dlatego ten tytuł zupełnie mi nie pasuje. Ale to moje zdanie. Wiersz ok. jest miła wiosenna atmosfera.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania