Lodowce
Kolana wystają jak lodowce nad powierzchnią.
Paruje ciepło.
Krople spływają po mojej skórze jak narciarze.
Pewnie krzyczą: z drogi, pnącza skórne,
nie możemy się rozpędzić.
Zmysły miękną od temperatury.
Zamykam ciężkie powieki.
Przełączam się na tryb — odbiór wizji wewnętrznej.
Wyglądam spod kapelusza,
powietrze tu lżejsze niż tam gdzie jestem.
Pejzaż słoneczny, są tam wysepki:
płaskie i wybrzuszyste.
Na jednej z nich skryła się samica.
Długą ma szyję,
zwinnie nią operuje gdy skubie swoje pióra.
A tu niby przypadkiem nalot nad taflą.
Wielki biały porusza na przemian
tylną i przednią nogą.
Jak Jezus, który szedł po wodzie.
Ten osobnik nieco sprawniejszy —
biegnie po niej.
A to oszust, skrzydłami sobie pomaga.
Z pełną mocą nad wodą nimi macha.
Huk przy tym jak z odrzutowca.
Przykuł wzrok samicy.
Wracam do siebie.
Ale mi ciepło.
Unoszę powieki,
lodowców już nie ma,
schowały się pod powierzchnią.
Na mnie też już pora.
Komentarze (1)
Kojarzy mi się ta treść ze spacerem po parku, z łabędziami, dlatego ten tytuł zupełnie mi nie pasuje. Ale to moje zdanie. Wiersz ok. jest miła wiosenna atmosfera.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania