Lodówka — nadmiar

[Nie zaglądaj — to, co tam jest, już ciebie zna.]

 

Otwieram jak archeolog — ostrożnie, z nadzieją, że znajdę choć ślady cywilizacji.

Światło bije po oczach jak wyrok.

Na półce majonez pamięta inny rząd.

W rogu siedzi cytryna, która dawno przeszła na stronę pleśni.

Jogurt milczy. Termin ważności zna jak własny grób.

Na drzwiach magnes "fit lifestyle" trzyma się jeszcze na słowo honoru.

 

Wdech — dwa; pauza — dwa; wydech — czips.

Wkładam głowę głębiej — szukam sensu istnienia albo chociaż sera.

W dolnej szufladzie paczka baterii. Może do sałatki.

W zamrażalniku cisza, twarda i biała, jak w małżeństwie po trzech sezonach.

 

Zastanawiam się, kiedy ostatni raz kupiłem coś świeżego.

Może wtedy, gdy jeszcze wierzyłem w miłość i promocje na nabiał.

Wszystko tu przeterminowane, łącznie z moją nadzieją na dietę.

 

Drzwi się domykają powoli, zmęczone moim spojrzeniem.

Słyszę trzask — ktoś w środku śmieje się przez nos.

Światło gaśnie. Chłód zostaje.

 

Zamrażalnik milczy. Ja też.

Idealna rodzina.

 

W odbiciu mikrofali wyglądam na produkt po terminie.

 

[Zamknij. Niech myśli, że jesteś wege.]

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania