Lord Nieśmiertelny - Rozdział I

Postanowiłam odświeżyć pierwszy projekt, który wrzuciłam na Opowi. Nieco zmieniony... zobaczymy jak wyszło tym razem. :)

Mogą zdażyć się dziwne podziały wyrazów w stylu: "po-działał" - wynika to z dziwnych rzeczy, dziejących się z wordem. Muszę to jeszcze rozpracować.

 

___________________________________________________________________________________

 

Rozdział I – Nieprzekraczalna granica

Corvin

OTACZAŁ GO wszechobecny mrok. Zamrugał parę razy i rozłożył ramiona. Przesuwał się do przodu krok po kroku, a rękoma wodził w powietrzu, aby zawczasu wyczuć ewentualne przeszkody. Jednak jak ostatnio, tak i tej nocy nic się nie wydarzyło. Zrozumiał więc, że musi cierpliwie czekać, aż sen potoczy się dalej.

Corvin pojawiał się tu odkąd pamiętał – zawsze po zapadnięciu zmroku, gdy kładł się spać i pod-stępnie dopadał go sen, trafiał tutaj. I mimo tego, że za każdym widział to samo, noc w noc, to zawsze usi-łował znaleźć coś, co sprawiłoby, że wreszcie się stąd uwolni. Los jednak był złośliwy i powodował, że przebywał w tym osobliwym miejscu, dopóki wszystko nie dobiegło końca. Czasami musiał czekać bardzo długo, zanim cokolwiek się zaczęło, nie wspominając o zakończeniu. 

Tkwił nieruchomo nasłuchując odgłosów i wypatrując jakiegokolwiek błysku. Tym razem wszyst-ko się przedłużało. Czuł narastający niepokój i lęk, że utknie i już się nie obudzi. Z braku lepszego zajęcia, zaczął roztrząsać czarne myśli – wszystkie razem i każdą z osobna.

I gdy już tracił nadzieję na powrót do świata żywych, to ujrzał rosnącą pomarańczową plamę w od-dali. Na początku tylko była i zwiększała swoje rozmiary, aż w końcu wraz z nią nadeszły pierwsze odgłosy szurania. Obraz, który Corvin miał przed oczyma przypominał dziecięce zabawy w cienie przy ognisku, z tą różnią, że zamiast zajęcy i innych zwierząt, tutaj wyłaniała się potężna sylwetka. 

Zbliżała się coraz bardziej, aż w końcu wychynęła zza zakrętu. I wtedy błysnęła stal. 

Kiedyś Corvin przeraziłby się i zapewne zaczął uciekać, myśląc, że tajemniczy przybysz próbuje go zabić, ale teraz już wiedział, że nawet go nie zauważy i przejdzie obok, jakby go tu nie było.

Nocnym wędrowcem okazał się mężczyzna w czarnym płaszczu, podbitym futrem i spiętym klamrą tuż pod szyją. Podobnie jak w stali miecza, tak i w białej zbroi odbijały się blask płomieni, który padał również na pokrytą bliznami twarz. Wyzierały z niej niespokojne szare oczy, które strzelały co chwila na boki, jakby przybysz obawiał się ataku znienacka.

Na moment zatrzymał się i uniósł wyżej pochodnię, która wyraźniej oświetliła kamienne ściany korytarza, coraz bardziej przypominającego dżunglę. Najwyraźniej był rzadko używany, bo mech zdążył zadomowić się prawie wszędzie.

Corvin nie odczuwał chłodu ani innych bodźców – odkrył, że jest w zasadzie niematerialny, a jed-nak jakieś siły sprawiały, że nie mógł opuścić przeklętych korytarzy. Tylko po parze unoszącej się z ust Wojownika, bo tak zaczął go nazywać, domyślił się, że musi być wilgotno i zimno, ponieważ ciepłe powie-trze natychmiast marzło, zamieniając się w szron na wąsach mężczyzny. 

Nie postał długo w jednym miejscu. Przyjrzawszy się uważnie sufitowi, ruszył dalej, a chłopak po-dążał tuż za nim. Zauważył, że ten pewnie trzyma miecz w dłoni i co jakiś czas zatacza kółka czubkiem ostrza. Kuśtykał odrobinę, co go nieco spowalniało, ale Corvin uznał, że niejeden kaleka mógłby mu po-zazdrościć mobilności. 

Przez dłuższy czas szli przed siebie, aż w końcu dotarli do metalowych prętów. Wojownik sięgnął za pazuchę – w korytarzu echem rozległ się charakterystyczny odgłos uderzających o siebie kluczy. Prze-kroczyli kratę, która zamknęła się za nimi z trzaskiem, a po chwili przystanęli.

Corvin świdrował wzorkiem mrok przed sobą, usiłując pierwszy dojrzeć to, co z niego wychynie. Jednak nieważne jak bardzo się starał – zawsze najpierw słyszał cichy grzechot, a potem syk. 

Zerknął na przybysza, który wiercił się niespokojnie i co jakiś czas zaciskał i rozluźniał palce na trzonie miecza. Czoło miał zmarszczone i podobnie jak Corvin parę chwil wcześniej również przeczesywał spojrzeniem niewidoczne partie korytarza.

I w końcu to na co czekali nadeszło. 

Najpierw pokazał się rozdwojony język, a zaraz za nim nadeszła reszta łukowatego cielska gada, który pełznął, co prawda powoli, ale niezmordowanie. Na moment zatrzymał się i uniósł odrobinę łeb. A potem przypuścił atak, wbijając się zębami w bark mężczyzny, który krzyknął i upuścił miecz. Nawet nie próbował się bronić – osunął się na kolana i powoli zwalił na bok. Pochodnia poleciała gdzieś w bok, ale nie zgasła.

– Panie! – jęknął. – Błagam cię, wybacz mi!

Wąż nie odpuszczał. Na moment poluzował ścisk, tylko po to, aby wbić się ponownie. Łuski poruszały się w rytm pracujących mięśni gada.

– Zrobię to… – wychrypiał Wojownik. – Zrobię to, mój panie, ale błagam cię. Wybacz mi...

Corvin zrobił krok w stronę leżącego nieopodal ostrza, ale nie zdążył go podnieść. Wszystko na nowo spowił mrok.

Obudził się zlany potem jak wiele razy wcześniej. Leżał wciąż sparaliżowany z szeroko otwartymi oczyma, wpatrując się w przestrzeń. Dziwny ból promieniował od prawego ramienia i obejmował pozosta-łe partie ciała, co sprawiało, że wpadał w popłoch.

Po paru nieudanych próbach choćby wyprostowania się, uznał, że najlepszym wyjściem będzie poczekanie aż stan nieruchomości minie. Aby zbić czas zaczął wsłuchiwać się w poranne odgłosy domu i obserwował jak promienie słońca wspinają się powoli po zdobionej drewnianej szafie, obejmują swym zasięgiem zagracone pergaminami biurko oraz regał pełen tomów i zwojów.

Gorączkowo wypychał niechciane myśli, które kłębiły się coraz bardziej. Tak bardzo chciał wie-dzieć, co miało miejsce parę chwil temu, ale jakkolwiek by nie próbował, to nie potrafił znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia. Wydawało mu się, że przyzwyczaił się do dziwnych nocnych wędrówek, ale popełnił błąd i przecenił zdrowy osąd sytuacji.

Gdy pierwsze promienie dosięgły łóżka, Corvin dopiero wtedy poczuł, że paraliż powoli ustępuje. Poruszył niepewnie palcami, a potem ręką, aż w końcu uniósł całe ramię. Dźwignął się do pionu, ignoru-jąc gwałtowny protest mięśni.

Pomimo odzyskania swobody ruchu, nadal czuł palący ból tuż u podstawy szyi. Podszedł do szafy i otworzył ją szarpnięciem. Od wewnętrznej strony drzwi przywitało go zmęczone odbicie z podkrążonymi oczyma i rozczochranymi, czarnymi włosami. Odchylił nieco głowę do tyłu i wtedy to dostrzegł.

Dwie małe ranki w linii prostej – wciąż jeszcze zaczerwienione, ale zdawały się blaknąć w dzien-nym świetle, w miarę jak wbijał w nie zdumiony wzrok.

– Cholera! – mruknął z przejęciem. – Niech to szlak…

Tak szybko jak dorwał się do lustra, to w takim samym tempie porwał ubrania i zamknął szafę. Nie był pewien co o tym wszystkim myśleć. Pierwszy raz odniósł fizyczne obrażenia podczas snu, pomimo tego, że poprzednie scenerie były dokładnie takie same.

Gdy zakładał kolejne ubrania, coś sobie uświadomił. Poczuł lodowaty dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa.

Mężczyzna nigdy niczego nie mówił – mrok zawsze nadchodził wcześniej.

Pukanie do drzwi wyrwało go z chwilowego stanu odrętwienia, spowodowanego szokiem.

– Corvinie! – Usłyszał nieco podniesiony głos matki. – Zejdź na dół za moment.

Odchrząknął.

– Jasne – odparł na tyle głośno, aby na pewno usłyszała. – Za chwilę tam będę.

Starał się ukryć niechęć i tym razem się udało, ale często nie był w stanie jej powstrzymać. Nie mniej cie-szył się, że chociaż w tej kwestii dzisiaj będzie lepiej, bo nie musi użerać się z matką.

Ostatni raz dotknął ugryzienia i postanowił, że nie będzie się tym martwić – ostatecznie może się ruszać i poza śladem nic więcej się nie stało.

Jeszcze na moment zatrzymał się przy oknie, aby spojrzeć na uspokajającą okolicę. Mroczny Las wydawał się tym razem wyjątkowo przyjazny – potężne drzewa zdawały się być rzadsze, przepuszczając głębiej promienie słońca. Chłopak jednak od razu się upomniał – nieważne jakby wyglądała dzika puszcza – wiedział, że gdzieś tam jest granica, której nie wolno mu przekroczyć. Zastanawiał się, czy jeśli jakimś sposobem udałoby się uciec, to czy wreszcie znikłby męczący go sen.

Przymknął oczy i zasłuchał się w grające wewnątrz uczucia. Tak bardzo pragnął opuścić tą choler-ną wioskę…

W kuchni na stole czekało już śniadanie.

Przystanął na moment i uniósł brew, spoglądając na kobietę siedzącą w salonie bez ruchu i wpa-trując się w coś na ścianie, jakby niczego innego nie dostrzegła. Wzruszył ramionami i zabrał się do jedze-nia, uznając, że ten jeden raz może skorzystać z dobroci rodzicielki. Pochłaniał je z zapałem godnym sie-demnastoletniego młodzieńca – zjadłby wszystko bez zbędnego marudzenia.

Cały czas był świadom obecności matki, która po chwili usiadła naprzeciwko. Udawał, że nie zwra-ca na nią najmniejszej uwagi, ale nie mógł pozbyć się dziwnego wrażenia, że przeszywa go spojrzeniem na wylot.

– Dzisiaj masz zajęcia z lordem Borickiem – oznajmiła po dłuższej chwili milczenia. – W samo po-łudnie. Tam, gdzie zawsze.

– Mhm – mruknął, nawet nie oderwawszy spojrzenia od talerza.

– Zerknij również do karczmy. Być może właściciel będzie miał dla ciebie zlecenie.

Parsknął i staranie wyczyścił talerz pajdą chleba.

– Jesteś niereformowalna, matko – rzucił oschle. – Wysyłasz tam syna, a sama nie masz zamiaru się pofatygować, aby sprawdzić co u niego?

Nie mógł dostrzec wyrazu twarzy Ontari, ale też nie zamierzał wyjść naprzeciw lodowatym niebieskim oczom. Wystarczająco wiele razy dała Corvinowi do zrozumienia, że nie jest zbytnio zadowolona, gdy ma odwagę kwestionować jej słowa. Jak był młodszy, to nie rozumiał tego, ale z roku na rok coraz więcej do niego docierało.

– Praca to praca – odparła matowym głosem. – Znajomości to znajomości. Nie mam powodu, aby się tam wybierać.

Nie odpowiedział. Nie musiał. Trzask wyjściowych drzwi był dostatecznym znakiem, że rozmowa została skończona.

Nie zamierzał tracić czasu, więc po śniadaniu czym prędzej pozbierał najpotrzebniejsze rzeczy, no-tując w pamięci fakt, że musi poprosić starego gospodarza o sprzęt do łowów.

Lethalowie nigdy nie mieli w posiadłości niczego, czym posługiwaliby się myśliwi – aby cokolwiek upolować na własną rękę musieli prosić tych, którzy mieli sprzęt.

Narzucił kubrak i na moment zamarł tuż przy wyjściu, wpatrując się w drewniane wnętrze, które tak długo nazywał domem. Jeśliby już nie wrócił, to czy ktoś płakałby za nim?

Szybko wyszedł na zewnątrz, odtrącając ponure myśli. Gdy tylko stopa Corvina stanęła na ubitej ziemi, porwało go codzienne życie wsi.

Ulica, chociaż wąska, to była pełna ludzi. Przekupki stały przy straganach, sprzedając najprzeróż-niejsze towary – od owoców po rzadkie minerały. Nawoływały i przekrzykiwały się wzajemnie, nieraz ko-rzystając z wrodzonego wdzięku, aby zachęcić do kupna.

Klienci stanowili szaro–brązową, głośną masę, która w niektórych miejscach zagęszczała się, a w innych rzedła, w zależności od tego co z oferowanych rzeczy było najbardziej atrakcyjne. Śmiali się i za-chwalali zdobycze. W paru miejscach doszło do bójek, które były naturalną metodą na rozstrzygnięcie sporu o własność.

Corvin gdy tylko wszedł w tłum od razu nasunął chustę na nos, starając się oddychać jak najmniej. Fetor długo niemytych ciał był nie do zniesienia, podobnie jak pot i inne zapachy, których wolał się nie domyślać. Lawirował pomiędzy ludźmi, czasami na kogoś wpadł, ale natychmiast przepraszał i szedł da-lej.

Po drodze zauważył stragan z jabłkami. Rozejrzał się, ale nikt nie patrzył w jego kierunku – każdy był zbyt zajęty swoimi sprawunkami. Chwycił jeden z owoców i spojrzał prosto w oczy sprzedawcy – bar-czystemu mężczyźnie z długą brodą, sięgającą ogromnego brzucha. Uśmiechnął się niewinnie.

– Zapomnij – mruknął.

Bez wyrzutów sumienia wsunął jabłko do kieszeni, mając pewność, że ofiara jest niezdolna do re-akcji i odwrócił się, chcąc odejść, ale powstrzymała go czyjaś ciepła i delikatna dłoń.

– A cóż to? – Usłyszał. – Pan nie wie, że to nieładnie zabierać coś, co do pana nie należy?

Czuł gorąc pokrywającą policzki. Powoli odwrócił się i stanął twarzą w twarz z piękną czarnowłosą kobietą, która mierzyła go uważnym spojrzeniem.

– Wybacz, pani. – Skłonił się lekko. – Gdzie me maniery? Corvin von Lethal. Czy my się znamy?

Uśmiechnęła się i odchyliła nieco głowę do tyłu.

– Można tak powiedzieć.

– Proszę mi wybaczyć, ale uznałem, że… – sięgnął po jabłko i ujął delikatnie dłoń kobiety – należy się pani za dobroć serca.

Uniosła brew.

– No proszę. Widzę, że jesteś obeznany w dworskiej etykiecie.

– Pani również – odparł natychmiast, widząc jak sięga po drugą rękawiczkę. – Niewiele pań może się pochwalić atłasem. Szczególnie tutaj.

– Być może, ale nie odwracaj kota ogonem. To – uniosła owoc – należy tutaj.

Odłożyła go z powrotem i pomachała ręką tuż przed nosem sprzedawcy, który wpatrywał się intensywnie w jeden punkt. Zmarszczyła czoło i zerknęła na Corvina, który tupał zniecierpliwiony nogą, czekając aż będzie mógł się spokojnie ulotnić.

– Ciekawe – mruknęła. – Pierwszy raz widzę, aby ktoś nieobdarzony talentem magicznym miał możliwość hipnozy.

Pokręcił głową.

– Nie wiem o czym pani mówi, ale proszę o wybaczenie. Śpieszę się.

Skłonił się, rzucił przepraszające spojrzenie mężczyźnie i zanurkował w tłumie, ale nie zdążył daleko uciec.

– Corvinie!

Zamarł i westchnął, czując narastające poirytowanie całą sytuacją. Powtórzył tą samą sekwencję ruchów co za pierwszym razem – odwrócił się w stronę skąd dobiegał miękki głos. Kobieta patrzyła na niego z lekkim uśmiechem.

– Pozdrów Ontari – mrugnęła.

Osłupiały chłopak nie miał pojęcia co odpowiedzieć, ale problem rozwiązał się sam, gdy zniknęła pomię-dzy straganami. Przez moment otwierał i zamykał usta niczym ryba wyjęta z wody, zanim w końcu otrzą-snął się i parsknął z niedowierzaniem.

Jeszcze przez moment przeczesywał wzrokiem tłum, aż w końcu ostatecznie porwał jabłko i znik-nął pomiędzy ludźmi.

Gospoda Maca była jedyną w całej wiosce i to tam zazwyczaj toczyło się wieczorne życie. Strudzeni rolnicy po całodniowej pracy schodzili się, aby posmakować dobrego piwa i uraczyć się mięsiwem. Wybór zawsze był całkiem spory – pieczenie z królika, najprzeróżniejszego ptactwa, czy innych dzikich zwierząt, a wszystko to głównie upolowane rękami Corvina.

Zanim chłopak przestąpił próg, przyjrzał się raz jeszcze uważnie drewnianym dwuskrzydłym drzwiom, które tym razem wyjątkowo były otwarte. Przed wieczorem rzadko kiedy przyjmowano tłumy, ponieważ karczmarz wychodził z założenia, że powinien więcej gości przyjąć wieczorem. Nie mniej nigdy nie odmówiły gościny pojedynczym, strudzonym wędrowcom, czy Corvinowi, który brał od niego łuk z strzałami i szedł polować.

Był tak zapatrzony w zmieniający się herb wsi, wiszący tuż nad wejściem, że nie zauważył mężczy-zny, który akurat wychodził. O mało nie wylądował twarzą do ziemi, gdy stracił równowagę, a Corvin wpadłby na cały rząd ław, które zapewne złamałyby się pod jego ciężarem.

– Co do chol… – zaklął i od razu zamilkł, widząc z kim ma do czynienia. Skrzywił się. – Lodrik.

Syn Bodriców – najpotężniejszych farmerów w okolicy, którzy głównie wyróżniali się niemałą krzepą – podniósł się, otrzepał i dopiero wtedy spojrzał na Corvina. Rzucił się na niego, dociskając z całej siły do framugi.

– Ty cholerny mały gnojku! – warknął. Kropelki śliny rozprysnęły się na boki. – Nauczę cię ogła-dy…

– Spróbuj! – wydyszał Lethal, usiłując zwalić go z nóg. – Znając życie, to nawet krowa ma lepsze jaja niż ty…

Uchylił się w ostatniej chwili przed lecącą pięścią i wprowadził cios w brzuch przeciwnika, który na mo-ment zachłysnął się, ale zaraz odzyskał rezon. Runęli do środka i tarzając się, usiłowali uzyskać przewagę nad oponentem.

Zdawałoby się, że walka nie będzie miała końca, gdyby nie Mac, który akurat wyszedł z zaplecza.

– Hej, hutaje! – zagrzmiał i porwał miotłę, stojącą niedaleko szynkwasu. – Jazda z mojej karcz-my!

Zanim Lodrik zdążył się zorientować, co się dzieje, został potraktowany nieprzyjemną, drapiącą częścią złożoną z gałęzi oraz zbity drugim końcem po plecach. Karmarz zadał jeszcze kopniaka w żebra chłopaka, a potem chwycił go za kubrak i dźwignął do góry.

– Wypad! – sarknął i wyrzucił go za próg. – Żebyś mi się tu do jutra nie pojawiał!

Najwyraźniej nie trzeba było dwa razy powtarzać – wstał, obrzucił Lethala nienawistnym spojrzeniem i pokuśtykał w sobie tylko znanym kierunku. Corvin leżał zaś bez sił na podłodze i obmacywał obolałe że-bra oraz ocierał płynącą z nosa krew.

– Świnia – mruknął.

– Czyżby? – Mac stanął nad nim, wspierając się pod boki. Wąsy mężczyzny drżały niebezpiecznie, a oczy zdawały się płonąć. – Tyś nie lepszy, Lethal. Dać się sprowokować Bodrikowi, to jak sprawić, aby cię zając pogonił.

– Nie sprowokowałem go. – Nabrał powietrza do płuc i powoli wypuścił. – Po prostu nie zauważy-łem, a wiesz przecież, że nie potrzebuje wiele, aby się na mnie rzucić. Pała nienawiścią do Lethalów odkąd pamiętam.

– Nie tłumacz się już chłopcze, bo brzmi to wielce żałośnie jak na urodzonego szlachcica.

Odłożył miotłę na miejsce i na moment zniknął na zapleczu. Corvin zaś skorzystał z chwili i ostrożnie sta-nął na nogi. Dostrzegł, że dłonie ma poobcierane, ale nie było w tym nic dziwnego. W końcu parę razy porządnie przyłożył rywalowi.

Pokuśtykał do lady i usiadł na stołku, który ostrzegawczo zaskrzypiał pod jego ciężarem. Mac wrócił po chwili z eleganckim kompozytowym łukiem.

– Przysłała cię matka, jak mniemam? – zagadnął z błyskiem w oku. – Miała nosa.

– W zasadzie, to nie do końca. – Niechętnie spojrzał w oczy mężczyźnie. – Przekazała tylko in-formację, że szukasz myśliwego.

Wzruszył ramionami.

– Ano szukam. Ale kobietą tak piękną jak Ontari też nie pogardzę.

– Mac… – mruknął zrezygnowany Corvin.

– No już, chłopcze. – Sięgnął po kufel. – Napij się, bo widzę, że ci kwasu ta bójka narobiła.

– Nie o to chodzi. – Skinął głową w podziękowaniu i upił łyk. – Wie co do niej czujesz, ale wycho-dzi z założenia, że nie powinna się tu wybierać.

Olbrzym zmarszczył brwi i skrzyżował ramiona na piersi.

– Ha! Jej mąż, a twój ojciec zginął osiemnaście lat temu. Wydaje się to wystarczający czas na przejście żałoby.

– Nie przeszła, poza tym nie wierzy w twoje dobre intencje. I jest jeszcze jeden powód… różnica klas.

– Różnica klas! – burknął Mac. – Jakby nie wyszła za twojego ojca…

Corvin odłożył z trzaskiem kufel i westchnął.

– Wybacz, ale nie chcę o nim rozmawiać. Gdy był czas, że jak pytałem, to nikt nie chciał mi udzie-lić odpowiedzi, a teraz… – Wzruszył ramionami. – Chyba przyzwyczaiłem się, że na zawsze pozostanie zagadką. Przynajmniej dla mnie.

Karczmarz posłał współczujące spojrzenie.

– Wiem, chłopcze, ale dla nas też był nie mniejszą tajemnicą. Przybył znikąd, obładowany kufra-mi, potem zawrócił Ontari w głowie i… – Potrząsnął głową. – Wyszła za niego. Żyli spokojnie przez kilka lat, zanim wybuchła wojna i nie powołali wszystkich mężczyzn, zdolnych do walki.

– Wojna Północna? – zainteresował się Corvin. – Ta słynna wojna z królestwem Zahiru?

– Zgadza się. Verdian również dostał wezwanie i od razu awans na Generała Wojsk Otirii. Jedno, co trzeba mu przyznać, to fakt, że miał głowę na karku. Gdyby nie on, to dzisiaj żylibyśmy wśród barba-rzyńców z północy. – Splunął. – Ale niestety zapłacił za to najwyższą cenę.

– Zginął?

Mac wzruszył ramionami i zabrał się za czyszczenie kolejnego kufla.

– Nie wiadomo. Słuch po nim zaginął.

Corvin wbił wzrok w prawie puste naczynie. Bawił się pozostałą resztką piwa, obracając kufel. Zastanawiał się czy matka powiedziałaby mu jak przebiegała wojna pod dowództwem ojca. Chociaż szczerze w to wąt-pił, bo nigdy o nim nie mówiła, a jakiekolwiek pytania na temat mężczyzny zbywała, to jednak informacje uzyskane od karczmarza wzbudziły w nim resztki nadziei.

– Mac. – Potarł kciukiem czoło. – Powiedziałeś, że przybył znikąd, obładowany kuframi. O jakie kufry chodzi?

Zaśmiał się i zarzucił brudną ścierkę na ramię.

– Czy ja wiem, chłopcze? Nie zaglądałem tam.

– A myślisz, że nadal gdzieś są?

– A bo ja wiem? Mnie pytasz? – Uniósł brew. – Prędzej powinieneś szukać we własnym domu.

Corvin uśmiechnął się szeroko i jednym haustem dopił piwo.

– Dzięki. – Porwał łuk z strzałami. – Postaram się upolować, ile przyniosę.

I wyparował z karczmy.

Mroczny Las budził tyle samo strachu co fascynacji wśród mieszkańców Hezegalu. Przy płonących wieczornych ogniskach opowiadano rozmaite historie dzieciom, które słuchały z rozdziawionymi ze zdzi-wienia ustami i żywym zainteresowaniem błyszczącym w oczach. Dorośli często przestrzegali pociechy przed stworami żyjącymi w lesie, co działało do momentu, gdy młodziki nie postanawiały udowodnić swej odwagi i wyruszyć na ekspedycję do Lasu. Na przestrzeni lat zdarzały się sytuacje, że już nie wracali, co tylko owiało jeszcze większą mgłą tajemnicy i grozy miejsce, które samo w sobie stanowiło istną enklawę zła.

Corvin zazwyczaj nie przejmował się opowieściami i ruszał na łowy właśnie tam, dostrzegając, że obfitość zwierzyny łownej jest większa niż w jakichkolwiek innych rejonach. Niestety wyprawa do Mrocz-nego Lasu już na początku była okraszona pewną niedogodnością.

Aby się tam dostać trzeba było pokonać urwisko.

Chłopak stanął na jego skraju i spojrzał w bok na dwóch mężczyzn, pilnujących stopni wykutych w kamieniu.

Byli to strażnicy w skórzanych zbrojach i nałożonych, czarnych czepcach kolczych[1]. Opierali cały ciężar ciała na młotach lucereńskich[2], a w drugiej dłoni trzymali tarczę z herbem Hezegalu – krukiem z rozłożonymi skrzydłami, trzymającym w dziobie gałązkę oliwną. Oddelegowani przez burmistrza do pil-nowania bezpieczeństwa wsi, zazwyczaj stali i nudzili się całymi dniami, bo poza paroma gówniakami, którzy wybierali się na test odwagi, niewielu miało odwagę, aby zejść na dół.

Jedynie Corvin uzyskał legalną przepustkę, dzięki której mógł podróżować w obie strony bez naj-mniejszego problemu. Mężczyźni znali chłopaka z widzenia i puszczali za każdym razem, gdy tylko go zobaczyli.

Tym razem nie było inaczej. Gdy tylko w końcu ruszył w kierunku zejścia, skinęli głową na przywi-tanie.

– Niech Cichy da tobie odwagi – powiedzieli chórem.

– I niech wam sprzyja w służbie – odparł Corvin i uśmiechnął się. – Jakieś niespodzianki tam na dole?

– Eee – mruknął wysoki mężczyzna, zwany w wiosce Ciemnym, z racji noszenia zawsze czarnych uniformów. – Tylko starzec wyszedł z swej jamy i już jakiś czas stoi na półstopniu i obserwuje.

– Ale nim się nie przejmuj – dodał drugi, bardziej krągły, ale równie wysoki. – Mamrocze jakieś szalone sentencje. Jak to on.

Lethal potoczył spojrzeniem we wskazane miejsce i faktycznie dostrzegł Kapłana w wyświechtanej czerwonej szacie. Pochylał się w dół i najwyraźniej czegoś wypatrywał.

– Dzięki – odparł. – Do zobaczenia.

Szybko pokonał kilka stopni, uważając, aby źle nie stanąć i dołączył do starca.

– Dzień dobry – zagaił. – Nie sądziłem, że tu pana spotkam o tej porze.

– Zertis, chłopcze, Zertis. Tyle razy ci mówiłem, abyś zwracał się do mnie po imieniu. – Wypro-stował się i obdarzył Corvina uważnym spojrzeniem. – Wybierasz się na polowanie?

– Zgadza się. Dostałem zlecenie od Maca.

Kapłan zadarł głowę w górę.

– Ha! Dziś dobry dzień na łowy. Wiatr wieje od strony Lasu, więc zwierzyna cię nie wyczuje.

– Taką mam nadzieję – mruknął i zmrużył oczy, próbując przeczesać spojrzeniem niekończące się połacie zieleni. – W domu burmistrza dziwne poruszenie od paru dni, co każe przypuszczać, że chyba szy-kuje się gościna, a to oznacza, że potrzeba więcej zwierzyny.

– Ach, słusznie słusznie. – Zertis pokiwał głową. – Ogółem następuje dziwne poruszenie. Tam – wskazał palcem jakiś punkt na horyzoncie – niedawno był całkiem zdrowy czub drzewa, a teraz przysy-cha. Nie podoba mi się to.

Corvin zarzucił łuk na plecy razem z kołczanem i podążył za starczym palcem.

– Być może – zgodził się. – Nie obserwuję aż tak często lasu. Jedyne co zauważyłem w ostatnim czasie, to więcej kości w różnych dziwnych miejscach.

– Kości? – Starzec łypnął na niego podejrzliwie. – Jakich kości?

– Mam nadzieję, że nie ludzkich. – Wyszczerzył się. – Uciekam, Zertisie. Czas goni.

Spojrzał na strome stopnie wiodące w dół i zaczął ostrożnie schodzić.

– Ha! Uważaj na siebie, chłopcze! – zawołał za nim Zertis.– Uważaj na drapieżniki. Ostatnio wi-działem rozszarpane sarny, ale zupełnie nietknięte. Podejrzane, więc uważaj na siebie, proszę.

Corvin na moment zatrzymał się i zerknął przez ramię. W oczach starca dostrzegł zmartwienie i niepokój. Posłał lekki uśmiech, aby go uspokoić.

– Nic mi nie będzie. – Mrugnął. – W końcu jestem Lethalem.

Co było prawdą, ale za nią stało coś więcej niż tylko żartobliwe stwierdzenie. Nie zamierzał się jednak tłumaczyć, wiedząc, że ciekawskie uszy strażników wyłapią każde jego słowo.

Ślady prowadziły na południowy wschód i były świeże, czego Corvin był niemalże pewien. Ukląkł obok i przyjrzał się wgłębieniom, wnioskując, że musiało przejść tu całkiem spore stado jeleni. Jednak najbardziej zastanawiający był fakt, że nie poruszały się same. Oprócz odcisków kopyt znalazł jeszcze śla-dy zajęcy, dzików, a nawet rysia, który przecież nie mógł iść spokojnie obok zwierząt, stanowiących jego jadłospis.

Otarł pot z czoła i westchnął. Z nieba lał się żar, pomimo tego, że promienie z trudem docierały przez gęste korony drzew. Igrały na leśnym podszycie, skacząc to tu to tam, gdy liście poddawały się ci-chemu szelestowi wiatru. Miał nadzieję, że kierunek powiewu nagle się nie zmieni, ponieważ to oznacza-łoby porażkę.

Wyprostował się i ruszył pewnym krokiem, rzucając okiem raz do czasu na ślady w celu upewnie-nia się, czy na pewno nie zbacza z ścieżki. Ostrożnie stawiał stopy, ważąc dokładnie każdy ruch i omijając gałązki, które przy nacisku mogłyby wywołać niepożądany hałas.

Chociaż znał tę część lasu praktycznie na pamięć, to pierwszy raz nie był pewien, gdzie zaprowadzi go zwierzyna. Niepokój się nasilał, w miarę, gdy czuł, że zbliża się do granicy. Nie musiał jej fizycznie dotknąć, aby wiedzieć, że jest właśnie tam w konkretnym miejscu. Wyczuwał barierę instynktownie – barierę, która sprawiała, że czuł się więźniem w rodzinnym mieście i nie mógł opuścić jego granic. To w konsekwencji sprawiało, że ręce zaczęły drżeć, pomimo usilnych prób zapanowania nad niechcianym odruchem.

Zamarł, gdy usłyszał cichy charakterystyczny trzask. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę, czekając aż się powtórzy, ale nic takiego nie nastąpiło. Odetchnął z ulgą i ruszył dalej.

Polana ukazała się oczom Corvina niespodziewanie, jakby była ukryta przed ludzkim wzrokiem i dostrzegalna dopiero gdy odpowiednio się zbliży. Aż zachłysnął się, gdy potwierdziło się jego podejrzenie. Skrawek zieleni, otoczony ze wszystkich stron drzewami, wypełniony był sarnami, zającami, a nawet dzi-kami. Skupisko tylu zwierząt w jednym miejscu było co najmniej dziwne, ale Corvin nie zamierzał mar-nować okazji.

Naciągnął wprawnym ruchem cięciwę i wyciągnął kilka strzał z kołczanu, mając zamiar posłać je jedna za drugą. Przez moment uważnie wpatrywał się w poszczególne osobniki, szukając najsłabszego ogniwa, a gdy wreszcie znalazł, to wycelował odpowiednio grot. Poświęcił kilka chwil, aby upewnić się, że na pewno trafi, aż w końcu zwolnił cięciwę.

A potem w sekwencji niezwykle szybkich ruchów nałożył kolejną i wypuścił. I następną i jeszcze jedną. Ofiary upadły na glebę – niektóre wierzgały się kompulsywnie, ale nie były zdolne do ucieczki. Reszta stada zerwała się do biegu i rozproszyła w towarzystwie kwiku i parskania.

Gdy wreszcie zapanowała idealna cisza, a ciała znieruchomiały, ruszył w kierunku zdobyczy. Jednak nie uszedł zbyt daleko. Gdzieś w połowie drogi odbił się i wyleciał w powietrze. Upadł na plecy z głuchym jękiem, słysząc trzask pękającego łuku. Na moment zamroczyło go – usiłował dostarczyć tlen do spra-gnionych powietrza płuc. Przewrócił się na bok i dźwignął nieznacznie głowę.

– Cholera! – syknął, zrozumiawszy, że zwierzyna znajdowała się za niewidzialną barierą. Uderzył pięścią w glebę. – Niech to szlak!

Powoli stanął na nogi, chociaż niepewnie i nieco chwiejnie. Tym razem rzucił się biegiem.

Po kilku nieudanych próbach i twardym lądowaniu w końcu się poddał, czując nie tyle co wście-kłość, a rezygnację. Podczas upadków narobił sobie siniaków, zadrapań oraz poważniejszych nacięć na rękach, z których sączyła się krew.

Podniósł się, aby spróbować ostatni raz. Tym razem nie biegł ani nie napierał – spokojnie szedł. Gdy od bariery dzieliły go trzy kroki, wysunął dłonie do przodu. Był zbyt skupiony na zadaniu, aby usły-szeć szelest liści i trzask gałązek, na który powinien zwrócić uwagę już dawno. Nawet nie zdążył musnąć przeszkody. Coś zwaliło go z nóg, wydając głęboki warkot. W pierwszym odruchu Corvin zaparł się noga-mi i rękami, ale niewiele to dało. Kłapiące i śliniące się szczęki były tak blisko jego twarzy, że czuł potwor-ny smród, wydobywający się z pyska napastnika. Walczył rozpaczliwie, trzymając kurczowo brązowe futro na szyi.

– Jestem… Lethalem! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ty cholerny stworze, puść mnie!

I ku własnemu zdziwieniu wilk odstąpił. Kłapnął zębami tuż przy jego uchu i zaczął obwąchiwać Corvina, który znieruchomiał w oczekiwaniu na dalszy rozwój wypadków.

Nagle drapieżnik zmarszczył pysk i wycofał się. Przez moment stał bez ruchu, wpatrując się szafirowymi oczyma w niedoszłą ofiarę.

A potem zmienił w półnagiego mężczyznę.

Chłopak gapił się na niego z szeroko otwartymi ustami. Słowa nagle wyparowały mu z głowy, zastąpione szokiem i niedowierzaniem.

– Brutus. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie zmiennokształtny. – Mówi mi Brutus.

Wyprostował ramiona i wyprężył klatę, wciągając głęboko powietrze. Spojrzał w kierunku ciał, leżących na polanie, po czym obrzucił Corvina szyderczym spojrzeniem.

– Nieudane polowanie? – zagadnął. – Cóż za pech.

Zwinnymi ruchami przerzucił sarny przez bark, a zające chwycił pod pachy. Wyglądał niczym myśliwy, chwalący się trofeami. Podszedł do chłopaka i ostrożnie położył zdobycze tuż przy jego nogach.

– To jest tu. – Schylił się i postukał w Corvinowe czoło. – Coś tutaj cię blokuje, mały śmiertelniku.

Po raz ostatni posłał kpiący uśmiech, po czym bezszelestnie zniknął pomiędzy drzewami, zostawiając za sobą jedynie odciski wilczych łap.

[1] Rodzaj miękkiego hełmu wykonanego z kolczej plecionki

[2] Typ drzewcowej broni obuchowej, służącej do ściągania jeźdźców z koni z osadzonym na drzewcu grotem

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Pan Buczybór 2 miesiące temu
    *a te dywizy dzielące wyrazy nie wynikają z jakiejś opcji, która rozdziela sylaby przy rozpoczynaniu nowej linijki? Nie znam się na za bardzo na wordzie, nie wiem, co może to powodować, ale ewentualnie można się tego pozbyć "ręcznie" za pomocą fukcji "wyszukaj i zamień". Trochę roboty, ale chyba warto, bo szkoda tekstu...
    *"OTACZAŁ GO wszechobecny mrok." - ten capslock na pewno jest potrzebny? Czuję się trochę uderzony przez to zdanie. W twarz.
    *"I mimo tego, że za każdym widział" - za każdym razem
    *"z tą różnią" - z tą różnicą
    *"Niech to szlak" - niech to szlag
    *"tą choler-ną wioskę" - tę
    *"kobietę siedzącą w salonie bez ruchu i wpa-trując się" - wpatrującą się
    *"nie dostrzegła" - w tym przypadku "nie dostrzegała"
    *"Ulica, chociaż wąska, to była pełna ludzi." - bez "to"
    *"To – uniosła owoc – należy tutaj." - "To należy tutaj"? Trochę nienaturalnie brzmi to zdanie.
    *"przyjrzał się raz jeszcze uważnie drewnianym dwuskrzydłym drzwiom" - zły szyk. Powinno być: "raz jeszcze uważnie się przyjrzał"
    *"pod boki."- pod bokami
    *"Wydaje się to wystarczający czas na przejście żałoby." - źle brzmi to zdanie, ale nie za bardzo mam pomysł, jak dokładnie powinno wyglądać, więc zostawiam to tobie.
    *"wszystkich mężczyzn, zdolnych do walki." - zbędny przecinek
    *"rzucając okiem raz do czasu na ślady w celu upewnie-nia się, czy na pewno nie zbacza z ścieżki. " - od czasu do czasu?
    *"Niepokój się nasilał, w miarę" - zbędny przecinek
    *"zmienił w półnagiego mężczyznę." - zmienił się
    *"Mówi mi Brutus" - mów

    Przyjemna lektura. Fantasy klasyczne, ale dopracowane i póki co sensowne oraz co najważniejsze klimatyczne. Najbardziej spodobały mi się opisy - zgrabne, odpowiednio treściwe, nienudzące czytelnika. Bohater za to mnie nie przekonał - nie przepadam za takim typem charakteru, ale jeżeli w następnych częściach okaże się dobrze napisaną postacią, to nie będę za bardzo marudził.
    Pozdrawiam
  • Liv12365 2 miesiące temu
    O kurde, część błędów to taka oczywista, a druga część to taka z autokorekty zapewne, co oznacza, że muszę jeszcze te dodatkowe trzy, cztery razy przeczytać tekst. Nie mniej dziękuję bardzo za wypisanie. :3 Poprawię w dokumencie, potem tutaj.

    Co do postaci - owszem. Trzeba jej dać trochę czasu. ;)

    Dziękuję za poświęcony czas i opinię.

    Również serdeczne
  • FoH miesiąc temu
    Dobrze jest by ktoś najpierw przeczytał tekst przed opublikowaniem. Wszystkim się zdarzają oczywiste błędy, ale tak trzymać!

    Przy okazji zagladnij do swoich 1000 żołnierzy- paru zostało ostatnio uśmierconych
  • Liv12365 miesiąc temu
    Dziękuję za wizytę!

    Dzielny batalion trzyma się jeszcze dzięki swojej liczebności, ale widzę, że oddziały szybko się kurczą. :P
  • FoH miesiąc temu
    Bo to skurczybyki a batalion wielkości pułku...
  • Liv12365 miesiąc temu
    Inaczej nie byłoby zabawy :P

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania