Los
Przemierzyłem więcej, niż moje nogi były w stanie znieść; widziałem rzeczy, których nie byłem w stanie sobie wyobrazić i spotkałem ludzi, w których istnienie nie wierzyłem. Los był dla mnie łaskawy w swej niełaskawości, ale nigdy się nie skarżyłem.
Bo czego można spodziewać się po doli niewolnika?
Bywa, że pozbawieni wolności wciąż są zadowoleni ze swojej sytuacji i chociaż tak naprawdę nie zaznają przyjemności, to nie znają innego życia i nie mają porównania. Lecz kto wie, może na tym polega szczęście, by nie rozważać tego, co mogłoby się zdarzyć, a jedynie akceptować to, co jest?
Nie widzę sensu zagłębiać się w wydarzenia, w wyniku których straciłem wolność. Teraz to już nie ma żadnego znaczenia.
Jak ustaliliśmy z rozmów załogi, płynęliśmy do Brazylii. Bez pośpiechu ścigaliśmy zachodzące słońce, a podróż mijała przyjemnie. Dla nich.
Bo dla nas, pod pokładem, każda minuta była męką. Okropnie ciasno i duszno. Dwa razy dziennie zaganiali nas do prostych czynności, takich jak przenoszenie beczek czy szorowanie pokładu. Znacznie schudłem i osłabłem, bo dawano nam niewielkie racje żywnościowe. Chodziłem głodny, ale pozostałem zdrowy. Zawsze mogło być przecież znacznie gorzej.
Nie wszyscy znosili to tak lekko, jak ja. Wielu nie wytrzymywało trudów podróży. Musieliśmy potem wyrzucać ich ciała falom oceanu na pogrzebanie. Dni dłużyły się nam bardzo, a gdy próbowaliśmy ukoić umysły pieśnią, uciszano nas, zabraniając nam hałasować, bo – jak tłumaczono – wywołujemy niepokój załogi.
Moim najbliższym towarzyszem był Nerad. Miły i poczciwy, ale równie głupi i tchórzliwy. Cały czas powtarzał, że jest przeklęty i ściąga nieszczęścia. Podkreślał, że jego brat bliźniak zginął przez niego: Nerad miał urodzić się pierwszy, a jego pępowina udusiła brata. W noc, w którą przyszedł na świat, w wiosce wybuchł pożar i szaman stwierdził, iż to wina dopiero co narodzonego dziecka. Moim zdaniem się pomylił. Od tamtej pory Nerad słyszał na każdym kroku, że jest chodzącym nieszczęściem. Szesnaście lat później cała wioska została wybita, ale on przeżył. Dostał się co prawda do niewoli, ale dosyć fartownie unikał batów.
Wśród nas był mężczyzna o zuluskim pochodzeniu, nazywany Szakiem. Potężnie zbudowany, dużo wyższy ode mnie. Chyba urodził się na wolności, gdyż przy każdym powierzonym zadaniu stawiał opór i uparcie podkreślał, że jest wolny. Nikt za nim nie przepadał, bo ilekroć wprawiał wartownika w zły nastrój, odbijało się to na nas wszystkich. Zresztą był jedynym Zulusem, więc z założenia inni mu nie ufali. Wzbudzał jednak mój szacunek i gdy za karę pozbawiono go racji wody, podzieliłem się z nim moją. Nie zrozumiał, wręcz uznał to za akt słabości z mojej strony, ale podarunek przyjął kierowany pragnieniem. Pamiętam, jak raz Szak usłyszał wywód kapelana, iż nie udowodniono, że czarni także mają duszę. Wtrącił się, mówiąc, że nie ma dowodu, że biali mają duszę. Dostał za to obfitą porcję batów, ale cały czas złośliwie się uśmiechał. Potem jego rany polali wodą morską. Śmiem twierdzić, że to bolało bardziej niż same baty. Nie okazał jednak cierpienia na twarzy.
Był też Jon. Miał wtedy dziewięć lat i urodził się już w niewoli. Nie stanowił części transportu, tylko własność batawskiego kapitana. Biegał wolno po całym pokładzie i nosił pełne ubranie. Czasem przynosił nam dodatkowe jedzenie. Pochwalił się nawet, że został ochrzczony, ale nie wchodził w dyskusje na temat duszy.
Biali bywają różni. Ich kapłan zawsze na nas krzyczał, ale nigdy nikogo nie uderzył. Kapitan odnosił się do nas łaskawie, ale wydawał srogie kary, gdy tylko zrobiliśmy coś nie tak. Załoga zaś biła nas bez powodu, jakby chciała odreagować po ciężkim dniu i nie znała przy tym litości. Tak długo, jak nie odbierali komuś życia i nie uszkodzili trwale ładunku, mogli mieć używanie.
I tak minąłby nam cały rejs, ale Nerad – jak sam podkreślał – przyciągał nieszczęścia na siebie i innych.
Pewnego dnia, tuż po świcie, na horyzoncie pojawił się okręt bez bandery. Na tych wodach oznaczało to tylko jedno. Nasz statek musiał być słabo uzbrojony, bo kapitan, zamiast walczyć, pogonił nas do wioseł. Załoga zaczęła szykować działa i nastało zamieszanie.
– Teraz mamy szansę! – szeptał po kolei do wszystkich Szak. – Podnieśmy bunt, pilnuje nas tylko czterech, a nas jest trzydziestu.
Nikt jednak nie chciał ryzykować. Przerażony Nerad złapał się za głowę i począł lamentować, że wszyscy zginą. Strażnik, widząc, iż niewolnik przestał wiosłować, podszedł do niego i uderzył go pięścią w twarz. Nerad upadł i zaczął całować białego po butach, temu jednak się to nie spodobało, bo począł go kopać bez miłosierdzia. Nagle Szak wstał, pochwycił bat strażnika, owinął nim szyję ciemiężyciela i dusił go, aż ten padł nieżywy. Reszta potoczyła się błyskawicznie. Jeden z członków załogi wystrzelił, a niewolnicy powstali ze swych miejsc. Wszyscy się przepychali, zrobiło się głośno, każdy krzyczał. Trudno mi opisać po kolei przebieg tych dynamicznych wydarzeń. Kiedy wreszcie tłum opuścił ładownię, dostrzegłem Nerada leżącego na ziemi. Przestraszyłem się, że nie żyje, ale on jednak dalej dukał litanię przeprosinową.
Tymczasem na pokładzie panował chaos. Huknęło i cały statek się zatrząsł. Ostrożnie wyjrzeliśmy na górę. Większość niewolników leżała już martwa, a biali w pośpiechu pakowali się do szalupy. Dostrzegłem okręt piracki otoczony kłębkami dymu z armat. Nasz wspaniały maszt był złamany. Z prawej burty już szykowała się do abordażu grupa korsarzy.
– Szybko, schować się! – krzyknął przebiegający Jon.
Wepchnąłem spanikowanego Nerada z powrotem do ładowni, jeszcze raz rozejrzałem się po pokładzie i dołączyłem do towarzysza. Z ukrycia obserwowaliśmy, jak piraci wynoszą wszelkie przydatne przedmioty. Jakiś czas później zapadła kompletna cisza. Dla pewności drugie tyle przeczekaliśmy schowani.
Kiedy wyszedłem na górę pierwszym, co rzucało się w oczy, były liczne trupy. Rozrzucone ciała martwych ludzi różnych kolorów skóry były w każdym zakątku. Nerad dziękował dobrym duchom za ocalenie, ja jednak nie byłem takim entuzjastą.
Zabraliśmy się za poszukiwanie żywych. Znalazłem Jona w kajucie kapitana. Był postrzelony w lewą nogę, ale uchował życie. Chwilę później trafiłem na Szaka. W zamieszaniu dostał w głowę i stracił przytomność, a później przykrył go zastrzelony niewolnik. Wszyscy spisali Zulusa na straty, ale on uparcie przetrwał. Strasznie ubolewał nad tym, że obudził się, dopiero gdy już było po wszystkim, bo chciał wziąć czynny udział w walce, a tak miał tylko solidnego guza na głowie. Ponadto Nerad znalazł kolejnych dwóch, tym razem ciężko rannych niewolników i jednego, który jeszcze potrafił poruszać się o własnych siłach.
Opatrzyłem prowizorycznie rany, a Szak w obawie przed chorobami wyrzucał za burtę martwych. Następnie zbadaliśmy dokładnie sytuację, w której wylądowaliśmy. Okręt był poważnie uszkodzony; ster nie działał i na domiar złego nabieraliśmy wody. Pozostało nam dryfować, co nie byłoby takim złym wyjściem, gdybyśmy tylko mieli prowiant. Jadła i wody starczyłoby nam na góra cztery dni. To, co prezentowało jakąś wartość, zabrali ze sobą piraci. Zostawili co prawda dwie armaty, ale co nam po nich? Nawet nie umiemy ich obsługiwać.
Pogoda nam nie sprzyjała. Totalna cisza. Bezwietrznie i upalnie. Starałem się okazywać nadzieję, ale przy biadoleniu Nerada nie było to takie łatwe.
– Jestem przeklęty i sprowadzam nieszczęścia. To wszystko moja wina. Złe duchy mają we mnie upodobanie – powtarzał. Był przekonany, że wkrótce marnie zginiemy.
Drugiego dnia załamał się Jon.
– Jak mogli mnie zostawić? Służyłem dobrze swojemu panu, a on o mnie zapomniał. A przecież zawsze był dla mnie miły. Wierzyliśmy w tego samego Boga. Dlaczego mnie zostawił? Jestem przydatny...
Trzeciego dnia ten mniej ranny skoczył w otchłań oceanu i już nie wypłynął. Nie wiem, dlaczego to zrobił, ani razu się do mnie nie odezwał.
– Pić... jeszcze dziś nie piłem... dajcie mi pić... – słabym głosem prosił ciężko chory Afrykanin. Chciałem podać mu kubek, ale Szak mnie zatrzymał.
– Nie warto. On i tak umrze tej nocy. Zachowaj pitną wodę dla żywych.
Nie czułem się na siłach do sporu, ale nie pochwalałem tej decyzji. Pragnienie nam wszystkim dawało się we znaki, ale odnosiłem wrażenie, że Zulus mimo wszystko czuje się teraz lepiej, niż gdy biali byli na statku.
W nocy dwóch ciężko rannych zmarło we śnie. O brzasku wyrzuciłem ich zwłoki do morza. Wzrok Nerada mówił, byśmy zrobili z ich ciałami coś bardziej pożytecznego.
Opowiadałem, że pogoda musi się wkrótce zmienić. Po prawdzie sam sobie nie wierzyłem, więc tym bardziej nie zdołałem ich przekonać.
– Słuchajcie – rzekł Szak, gdy w końcu nie wytrzymał. – Nie możemy tak po prostu czekać na śmierć. Trzeba wziąć sprawy w swoje dłonie. Zbudujemy szalupę z części okrętu i będziemy wiosłować do najbliższego brzegu.
– Jak długo? – zapytał Nerad. – Złe fatum ściga mnie nawet tutaj, już nigdy nie ujrzymy brzegu. Nie wiemy nawet, w którą stronę powinniśmy się udać.
Miał rację, dryfowaliśmy między Starym i Nowym Światem, nikt z nas nie znał na tyle dobrze tych wód, by określić, jak daleko do najbliższego lądu.
– Szak ma rację – poparłem jego pomysł.
– Nie mamy tyle siły, by wiosłować, ani czasu, by zbudować szalupę – naiwnie stwierdził Jon.
Zapadła chwila ciszy i mierzyliśmy się wzrokiem, czekając, kto pierwszy ośmieli się to powiedzieć na głos.
– Zjemy kogoś. Na przykład ciebie, bo jesteś słaby – zaproponował Szak.
– Nie możemy! – zaprotestowałem.
– O, nie! Ja też chcę żyć! – wrzeszczał chłopiec i histerycznie tupał nogą, jakby miało go to ocalić.
– Dobrze, rozstrzygniemy to przez losowanie. Kto wyciągnie z kapelusza kawałek pomalowanego drewna, tego zjemy. W ten sposób każdy będzie miał uczciwą szansę.
Nerad przystał na tę opcję, acz ze sporym strachem. Jon dał się przekonać. Jedynie ja oponowałem. Pospieraliśmy się jeszcze trochę, ale były to jałowe kłótnie. Wiedzieliśmy, że nie mamy wyjścia.
Pierwszy losował Jon. Na widok naturalnego koloru drewna jego twarz rozpromieniała radością, jakiej nigdy wcześniej i później u niego nie widziałem. Potem Nerad ze łzami w oczach wsadził dłoń do kapelusza. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu to nie on miał być daniem głównym. Następny był w kolejce Szak. Bez zbędnej zwłoki wyciągnął rękę, a w niej kawałek niebieskiego drewna. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę w jego czarnych oczach przerażenie. Spojrzał na nasze twarze, jakby pytając, czy nie chcemy się z nim zamienić. Po chwili wróciła jego zuluska duma.
– A więc to na mnie padło – uśmiechnął się. – Kompani, nie zmarnujcie tego.
W żadnej mierze to nie było przyjemne. Mięso Szaka ledwo przechodziło mi przez gardło, a każdy kęs palił mnie od wewnątrz. Wciąż mam przed oczyma jego bolesny wyraz twarzy, podczas gdy Nerad uderzał go siekierą. Ale nie chciałem, by poświęcił się na próżno. Skoro musiało już do tego dojść, niech to wszystko nie pójdzie na marne.
Praca pozwalała nam nie myśleć o tym, co się stało, więc poza snem każdy moment przeznaczyliśmy na konstrukcję szalupy. Nerad mówił sam do siebie, że jest przeklęty i sprowadza katastrofy, czego najlepszym dowodem jest nasze obecne położenie. Podkreślał, że i tak się nie uda i już niedługo spotka go lichy koniec. Jon podśpiewywał sobie pieśni do dobrych duchów, co nie miało nic wspólnego z wiarą jego właściciela, ale nie przeszkadzało mu to też w codziennej modlitwie. Wcześniej nie był tak żarliwie pobożny. Nie sądzę, by jedne czy drugie modły mogły dopomóc, ale nie przeszkadzałem mu w rytuałach.
Ja zaś nie odezwałem się słowem, dopóki nie zwodowaliśmy naszej prowizorycznej szalupy. Zapakowaliśmy prowiant i narzędzia, po czym opuściliśmy tę piekielną łajbę.
Płynęliśmy półtora dnia, nim natknęliśmy się na hiszpański statek. Łaskawie nas wyłowili. Nawet się ucieszyli z tego zbiegu okoliczności. Nikt z nas nie znał ich języka, ale zrozumiałem, co oznaczają przyniesione kajdany. Nerad i ja potulnie daliśmy się zakuć. Jon jak dotąd nie zaznał ciężkich łańcuchów, starał się więc wytłumaczyć, że jest kapitańskim sługą i nie dla niego są kajdany. W odpowiedzi dostał potężny cios w szczękę. Chłopcu wypadło kilka zębów i już więcej nie protestował.
Hiszpanie także wieźli niewolników, a wiadomo, że nie wszyscy przeżyją podróż, więc mogli dzięki nam uzupełnić zapasy i zwiększyć zyski. Rejs skończyliśmy więc tak, jak go zaczęliśmy. Spędziliśmy na ich okręcie sześć dni.
Nie wiem, dokąd przypłynęliśmy. Zaraz po zacumowaniu wystawili nas na sprzedaż.
– Pewnie nikt mnie nie kupi, więc biali mnie ugotują. Jestem przeklęty i przyciągam nieszczęścia – mamrotał Nerad.
– To nieprawda – zaprzeczyłem.
– Tej nocy śnił mi się Szak. Losowaliśmy z kapelusza i kiedy pokazałem swój kawałek drewna, powiedział do mnie: „właśnie szczęście na zawsze cię opuściło”. Nigdy nie miałem szczęścia...
Jon zaśmiał się smutno.
– Mnie też się śnił. Dopiero co wypływaliśmy i powiedział do mnie: „w dniu, w którym wyjdziesz na ląd, zyskasz wolność”. A ja przecież byłem wolny...
– I mnie – przyznałem się niepewnie – również się przyśnił. Wsiadał z wami do szalupy i rzekł: „jego mięso nie pójdzie na marne”.
Wkrótce przyszli kupcy. Na widok Jona pewien młody dobrotliwy jegomość krzyknął „To jeszcze dziecko!” i wykupił go. Chłopiec przez pierwszych parę chwil był nieufny, ale zaraz potem dostał nowe ubranie i kulejąc, szczęśliwie udał się ze swym chlebodawcą, który nadał mu formalną wolność.
Nerada wybrał starszy, gruby Portugalczyk. Nie mieliśmy okazji się pożegnać. Kiedy tylko wyszli na ulicę, niewolnik pechowo poślizgnął się i wpadł wprost pod powóz. Biedak męczył się dwie godziny, nim skonał. Portugalczyk przeklinał głośno, że akurat jego spotkał taki pech, dopiero co kupił niewolnika, a ten już umarł. Tak narzekając, zniknął mi z oczu.
Za mnie nie było ofert. Kupcy oceniali, że jestem za stary i zbyt wychudzony, żebym był coś wart. Nie widzieli we mnie materiału na pracownika plantacji. Zniecierpliwieni Hiszpanie mieli już się zwijać, gdy przybył mężczyzna w średnim wieku o bardzo łagodnej twarzy. Bez pytania zapłacił za mnie pełną kwotę i zabrał mnie ze sobą.
Był prostym i uczciwym człowiekiem, który wzbudził mój szacunek. Nagradzał mnie, gdy zrobiłem coś dobrze i karał za złe czyny. Nigdy nie brakowało mi już chleba. Spędziłem w służbie na jego majątku niecałe dziewięć miesięcy, po czym duch mój dołączył do duchów moich przodków.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania