Lost Amid Shadows (Zagubieni Wśród Cieni)

Obserwuj spokojnie, jak gwiazdy gasną w sobie powoli,

Nie nazywaj ich świeżymi snami – to echa dawnych dni,

Które straciły drogę powrotną wśród wykrzywień i niedoli,

Zanurzone w oceanie niepamięci, w której nikt już nie tkwi.

 

Nie Ty zgubiłaś mnie w gęstwinie odczuć głębokich,

To znaczenie chwilowo rozpadło się jak stary pergamin w srogim deszczu,

Gdy dotknął go strumień kontekstu w falach szerokich,

Wymywając słowa, co kiedyś miały moc dreszczu.

 

Gdy wszystko staje się widoczne aż do ucisku na dole,

Paradoksalnie nie sposób zrozumieć nas w tej ostrej jasności,

Nieprzejrzystość jest najgorszą z zasłon przy podniebnym stole,

Bo pokazuje rzeczy, których nie ogarniesz w pełni wolności.

 

Zagubieni wśród cieni, imitujące bledszą światłość,

Nie proszę o naprawę – pytam jednak, co z Ciebie zostało.

Między myślą gęstą a substancją znikającą jak cudza własność,

Między tobą a mną może zgasnąć to, co mogłoby szczerze zapłonąć

 

Jeśli to Ty – czy kogokolwiek rozumiem najlepiej,

Jeśli to Ja – czy ktokolwiek zrozumie mnie najlepiej

Światło wypiera mrok, lecz go nie pojmuje jawnie

Jak tyran, co tron odbiera bezlitośnie, lecz duszy nie czuje prawnie.

 

Zniekształć obraz by duszę ukrytą wyzwolić,

Tę poza warstwami, poza formą codzienną,

Istniejącą jako wieczne pytanie, kwitnącą w selektywnej ciszy,

Impulsywnie bez odpowiedzi jak mgławica bezkresna.

 

Nie strata zaboli a słowo zbyt proste w istocie,

Niemożność posiadania czegokolwiek innego w dopełnieniu,

Nawet siebie, nawet teraz, w tej rutynie pustej,

Gdy w lustrze widzisz obcego w swej twarzy żywej.

 

Słowa nie kłamią gdyż milczenie niesie więcej niepokoju,

Dopiero gdy cichną, wychodzi prawda z żarliwego płomienia.

Trudność to skutek świadomości a efekt źródłem duchowego znoju,

Z głębi własnego istnienia w pułapce bez wyjścia z cienia

 

Im głębiej w Ciebie nie uwierzę, tym mniej sensu odnajdziesz,

Jaźń rozpływa się dymem w porannej mgle,

Pozostaje niedopatrzenie bez patrzącego w otaczającej przestrzeni,

Uczucie bez czującego, cisza bez końca i nowości.

 

Gubię się wśród kształtów, choć nie są realne wcale

Bogactwa tego świata niewiele znaczą kiedy w pobliżu nie ma Ciebie

Przestałem wierzyć w światło zbyt dosłowne, pewne w swej chwale,

Ciemności pojmuje w efemerycznej subtelności lecz dla świata są zbyt małe.

 

To ona mnie stworzyła przez negację klasycznego bytu,

Zostawiła bez innego imienia, bez historii, bez sznytu.

Każde stępiałe słowo rozbija to, co wyjątkowe w tym duchowej intymności,

Każda definicja nietrafiona więzieniem dla ducha w niebiańskiej cielesności.

 

Nie zamykaj oczu ciemniejszych od moich – wtedy dopiero ujrzysz we mnie czystość,

Nie tam, gdzie światło narzuca scenę rozpraszającą,

Lecz kiedy wzrok traci jarzenie w porządek i nieporządek,

Gdy percepcja spotyka się z chwilową własną niemocą skażoną.

 

Tam rodzi się kontemplacja dusz zaiste prawdziwa,

Nie tylko jako wiedza, lecz przyjęcie niewiedzy świętej,

Myśl zdejmuje maskę racjonalności w dualizmie – idea to wnikliwa,

Staje się obecnością bez narzuconych granic i etykiety śniętej.

 

Świadkiem więc jestem własnego powolnego rozpadu,

Pytaniem w ciszy absolutnej, bez odpowiedzi w stopionym śniegu.

Nie tym, co pamiętam – pamięć to iluzja w pracującej głowie,

nie tym, co czuję kiedy odczucia rzucają się z morza.

 

Jestem pomiędzy – jak sen, co wie, że śni w osnowie,

Światłem przesiąkniętym cieniem wątpliwości głębokiej,

Pytaniem bez odpowiedzi, akceptacją nierozumienia,

Jedyną uczciwością w twej ciemnicy złudnej.

 

Patrz poza milczeniem, poza słowem bezsilnym,

Wyrzeknij się oczekiwań, ujarzmij źródła cierpienia.

Zaakceptuj pustkę jako pełnię zawieszoną,

Tam, w negacji sensu, wolność nieokiełznana się zrodzi.

 

Pozwól się rozpadać dowoli obserwując entropię cykliczną,

Nie jest to koniec ani początek lecz przemiana w jesionie.

Zagubieni wśród cieni nie przez jedyną fanatyczną drogę,

Lecz dlatego bo drogi lepszej nigdy nie było w tym świecie.

 

Cienie nie są wrogiem światła – ich splot mógłby stać się jednością,

Gdy przestaję być sobą, staję się wszystkim i mdłym.

W tej jedności istnieje iluzja wyboru: istnienie bez formy, forma bez ducha

Cień bez lęku, światło bez blasku złudnego.

 

W godzinie, gdy zmierzch zapala złote pochodnie nad światem,

A dzień zanika powoli, krwawiąc purpurą i szkarłatem,

wychodzę z ciasnej celi, którą zowią rzeczywistością,

by stanąć twarzą w twarz z prawdą, co mieszka w ciemności.

 

Wieczór — alchemik dusz, co ołów w złoto przerabia,

otwiera bramy królestwa tajemnic a wyobraźni cnotami włada,

Kiedy maska społeczna opada jak zwiędły i niemrawy listek,

Staję się lepszym sobą — wolnym duchem, pragnącym tworzyć.

 

Oni, co drżą przed nocą, tchórze dziennego światła,

Nie znają słodyczy przemijania, gdy zmierzch welon swój rozpościera,

Nie wiedzą, że w tym mroku kryje się prawdziwa moc,

Że tylko w ciemności dusza odnajduje swoją noc.

 

Bo dzień bywa despotą, tyranem w płaszczu ze słońca,

Każe grać role, grać w gry bez końca,

Lecz wieczór — ach, wieczór — zębatka bez końca,

Cicho obala trony i czyni nas żywymi, godnymi słońca.

 

Przez godzin mniej niż naście nosiliśmy szkła porcelanowe,

Uśmiechaliśmy się uprzejmie, choć wewnątrz dysonansem spalani,

Graliśmy role w teatrze społecznych konwencji,

Lecz w sercu płonął bunt, czekając do nocnej emanacji.

 

Poeta bez tworzywa, kochanek bez ukochanej,

Człowiek bez twarzy w tłumie zniekształconych twarzy,

Chodziłem ulicami jak zębatka nakręcana samoistnie,

Czekając na wieczór, by stać się lepszym człowiekiem.

 

Bądź rozsądny i zapomnij o marzeniach w pokoju,

Świat snów i słów to nicość, życie to praca rąk w znoju,

Lecz lepiej wiedziałem — nie jestem jak inni,

Ich dusze są wątłe jak pergaminy w bibliotece lecz nie są niczego winni

 

Niezłomność — wyryłem to słowo na sercu swym,

jak kapłan antyczny, co wierzy bóstwu do końca,

bo jeśli nie będę wierny nocnym i pośrednim wizjom,

Cóż zostanie? Skorupa bezbarwna, bez pryzmatu i blasku.

 

W sercu moim obraz kobiety lub mądrości nieistniejącej,

która istnieje bardziej niż wszystkie żywe, oddychające,

jej twarz — synteza tych, co kochałem, i tych nieznanych,

upragnionych w ciszy duszy, w marzeniach zaklętych.

 

Wieczorem przychodzi z krainy wyobraźni,

palce zimne jak marmur, pełne dziwnej czułości,

siadamy przy oknie, patrzymy na księżyc wznoszący się,

rozmawiamy o rzeczach, o których żywy nie śmiałby śnić.

 

Alegoria wszystkich moich dolegliwości ,

bogini eskapizmu, władczyni nocnej sprawczości,

Jej czyściec i melancholia słodka lecząca rany w przyzwoitości,

Zadane przez dzień trywialny i krótki w swojej porywczości.

 

Czemu nie okazujesz szczerej miłości?

Lecz jak okazywać gdy zagubieni wśród cieni jesteśmy

Moja ukochana w wymiarze czystego ducha istnieje jeszcze w młodości

Gdy czas nie sięga, gdy wieczność wysłucha.

 

Czy wieczór jest końcem, czy początkiem? — to pytanie kluczowe w oczekiwaniu sprawiedliwości,

Dla mnie to początek może być również cyklu końcem – czego się obawiam i jednocześnie pożądam

Gdy dusza staje się gotowa - by odkryć warstwy rzeczywistości ukryte przed wzrokiem dzienności,

Tajemnice kryjące się w cieniu i w purpurze oszklonej oglądam .

 

Czym jest więc noc, jeśli nie rajem dla tych, co odrzucili fatalne konwenanse ?

Nie potrzebuję opium ani absyntu zielonego, by ujrzeć piękno w czerni i w bieli….

Niezłomny pozostaję w przekonaniu, że istnieją dwie realiów zatapialności:

Ta zewnętrzna — brutalna, prozaiczna, pełna pustej grzeczności,

I ta wewnętrzna — prawdziwa, schronienie czułości i sensowności, tam gdzie dusza oddycha w pełni odnajdując swe powołanie.

 

Kto wybiera tylko jedną, ten żyje połowicznie,

Kto neguje marzenie dla rzeczywistości — ten umiera stopniowo, symbolicznie,

Ale kto, jak ja, buduje mosty między tymi krainami;

Ten jest prawdziwie żywy, choć inni zwą go szaleńcem z nocnymi snami.

 

Gdy nadejdzie mój czas odejścia — a nadejdzie, to pewne jak wieczór po dniu,

Nie pragnę żałowania gdy trwałem też we własnym biegu i we własnym czynie.

Że wybrałem drogę trudniejszą — drogę przez ciemność i sen,

Że byłem niezłomny w swym buncie, choć samoistny w większości jak zbutwiały pień.

 

Zostawiam testament - wersy wyryte w wieczności,

Nie złoto, nie ziemię, lecz prawdę z lat wykuwaną w nadludzkim piecu.

Dwa życia istnieją i istnieć powinny: jako cień czy jako płomień świetlisty i nieugaszony,

Echo cudzych głosów czy krzyk i ryk.

 

Wybierz płomień, choć spali do rdzenia kości od wczesnej młodości

Wybierz niewidzialne, co prawdziwe, rozpustne i święte,

Wybierz drżenie i marzenie przeciw tyranii dnia, bunt przeciw szarej skłonności.

Wybierze pochłonięcie i równowagę, odwieczny paradoks i to co płomienne

 

Gdy wieczór życia nadejdzie, świt znaczenia i naszej żądliwości

Spójrz wstecz bez żalu, bez wstydu, bez cienia, bez farbowanej wonności.

By móc powiedzieć w niezłomności i bez egzaltacji draństwa

Oto korona chwały - źródło pomyślności, symbol dualistycznej miłości

 

Korona ta z cierni i blasku ważąca więcej niż ziemskie i anielskie trony,

Cieni nie łamie, wspomnienie niesie przez noc ku gwiazdom wiecznym i niegasnącym.

Ciebie wybieram i Mnie wybieraj, ostając półmroku, jako widmo zapomniane,

Idę w zmierzch niezwyciężony, z pieśnią na ustach – dla ciebie, dla mnie, dla nas, dla nikogo

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania