Lot #9870 Aloha-Aloha
Jeśli jednym słowem miałbym oddać swój przewlekły stan, to byłoby to
Zmęczenie.
Ale nie to zwykłe, pedestriansko codzienne zmęczenie będący pośpiechem, popędem, galopem.
Moje zmęczenie to forma rozpaczy, dzielonej na kawałki utraty duszy, rozwleczonej na lata, walcem jak kredyt, który spłaszcza, wyrównuje, więzi.
Mówi się że tchórz umiera codziennie, a bohater tylko raz. A ja?
A ja sam chyba nie umiem o sobie decydować, nie... Ja nie wiem w którą stronę miałbym iść.
Więc biegnę donikąd, pozbawiony celu. Biegnę tak jak inni, tylko nie wiem dokąd.
Patrzę na nich, przyglądam uważnie. Poznaję.
Staram się zrozumieć, staram się odnaleźć to co oni zdają się posiadać, a ja nie.
Codziennie rozlatuję się na kawałki, jestem wszystkim.
Jestem nikim. Szukam, drążę. Widzę popękane lustra, pragnienie całości.
Milion spojrzeń. Jestem taki zmęczony.
Poszukiwania nigdy się nie kończą. Ludzie wracają i odchodzą. Odchodzą, wracają, wracająodchodząwracaj
Znikają. Być może na zawsze.
Prawdopodobnie na zawsze.
Chociaż zawsze możemy się łudzić. Zapalić świeczkę, a diabłu ogarek.
Zapytałem Ją kiedyś (a może Ona mnie?) czy wierzy w r e i n k a r n a c j ę
Czy może to..., że pójdziemy do nieba. Po śmierci.
Nie rozumiałem wtedy jeszcze, o co pytam. Może miałem jakoś wtedy nadzieję. Na coś.
Już nie pamiętam na co. W oczach ujrzałem odpowiedź nie Jej, a jej rodziców. Przekonanie, lęk, nieuchronność.
Możliwość zmiany??? Bardzo chciałem wiedzieć. Musiałem wiedzieć.
Życie kończyło się zanim miało prawo zacząć. Nigdy nie dawałem sobie szansy. Nie chciałem wiecznych rozstań i powrotów.
Nie chciałem znów umierać z miłości. Byłem martwy, I was dead.
Nigdy nie istniałem. Nigdy się nie narodziłem. Nie obchodzę urodzin. Nie ma mnie.
Nigdy mnie nie było.
Nie.
Były momenty. Były momenty w których istniałem. Istniałem.
Nie dość że ISTNIAŁEM. W dodatku byłem potężny, piękny, wspaniały. Najlepszy. Najzdolniejszy.
>
Najgorszy! Odrzucony przez system. Przez matrycę, szaloną krawcową tego nieskończonego SNU!
Wtedy zapytała mnie w co Ja wierzę. W co wierzę JA. Ja, jako osoba.
Jakie mam w ogóle p l a n y. No, zwyczajnie, plany na życie.
Powiedziałem jej.
Powiedziałem jej, w co nie wierzę.
Że nie wierzę w ten dookoła otaczający mnie (nas?) NoNsEnS
W to PoPiErDoLeNiE.
Zapytałem jej czy je dostrzega. Bo jeśli nie, to nie będzie żadnej dalszej rozmowy.
Bo nie miałaby ona większego sensu. Ot, zbijanie słów. Mayakashi.
A ja nie mam już sił. Bo jestem zmęczony.
Tak bardzo zmęczony.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania