Lot cz.1
Życie bywa pokrętne, raz nudne do porzygania innym razem potrafi tak zaskoczyć, że zwieracze puszczają z napięcia. Ja doświadczyłem obu tych stanów z tyleż niespodziewanym, co błyskawicznym przejściem z jednego do drugiego.
Etap nudy zaczął się zaraz po studiach, gdy dostałem etat w jednej z korporacji w branży spożywczej. Spędziłem w niej siedem beznamiętnym lat w kieracie: praca-dom-praca-dom-kolejny stołek. W tym czasie doszedłem do stanowiska Koordynatora Projektu. Znaczyło to tyle, że dostąpiłem zaszczytu prowadzenia negocjacji przy dogrywaniu kontraktów na dostawę serków, jogurcików i innych dżemików. Temat ani męski, ani koleżanki z korpo atrakcyjne, za to tryb życia fascynujący: od poniedziałku do piątku praca od siódmej do dziewiętnastej, soboty i niedziele na smyczy firmowej skrzynki mailowej. Trzy razy w roku wyjazdy szkolno-integracyjne. Niestety z tymi samymi, mało atrakcyjnymi koleżankami z korpo. To było całe moje życie. Zmierzałem nieuchronnie w kierunku kolejnego stołka, tym razem kogoś z top menedżmentu. To był ten etap „do porzygania”. Istniała spora szansa, że niebawem bym awansował, dostał służbowy samochód, iPhone’a i tak już ugrzązł na dobre, jako typowy korpo-szczurek. Wydarzyło się jednak coś, co skutecznie wybiło mnie z takiego trybu życia.
Około czterech miesięcy temu trafiło do naszej firmy całkiem spore zamówienie od jednego ze stałych klientów, belgijskiego koncernu spożywczego. W trakcie jego realizacji, na etapie tworzenia receptury, klient zarządził spotkanie w głównej siedzibie swojej firmy. Standardowa procedura, standardowy wyjazd służbowy. Logistyka była już doszlifowana: wylot z Krakowa o piątej dwadzieścia, przesiadka w Wa-wie i bezpośredni lot do Brukseli.
Wszystko toczyło się zgodnie z planem do momentu, gdy około pół godziny od startu ze stolicy samolot zaczął zauważalnie obniżać lot. Stanowczo za wcześnie, gdyż ten odcinek lotu trwa zwykle półtorej godziny. Za oknem już nie było porannego słońca świecącego ponad chmurami. Pomimo braku turbulencji, pilot sprowadził maszynę w grubą warstwę szarych chmur, by po chwili zejść poniżej jej poziomu. Znowu ukazał się ponury, dżdżysty poranek. Z głośników nie wydobył się żaden komunikat. Znałem tę trasę, latałem nią już kilka razy. Nigdy jednak nie było podobnego manewru. Całkowicie niespodziewanie z luku bagażowego nad głowami wysunęły się maski tlenowe. Z początku myślałem, że to jakiś żart i z lekko głupkowatym uśmiechem rozglądałem się dookoła. Powstało całkiem niemałe zamieszanie. Większość pasażerów jednak zgodnie z wszelkimi procedurami chwyciła maski i je pozakładała. Mnie jednak nie pasowało, że ani kapitan, ani stewardesy nie udzielały jakiejkolwiek informacji. Z natury jestem cholernie czepliwy i uparty. Zastanawiałem się, więc, po co maski skoro cały czas opadamy jakbyśmy mieli lądować. Może to jakaś przypadkowa awaria elektroniki pokładowej, a komputer przez omyłkę wygenerował komunikat do systemu bezpieczeństwa, co w konsekwencji wywołało wysunięcie się masek. Banał, ale właśnie jadłem kanapkę, usta miałem pełne, dlatego nie sięgnąłem po maskę i jej nie założyłem. Nagle między pierwszymi rzędami foteli pojawiły się dwie stewardesy. Pochylały się nad pasażerami jakby coś sprawdzały i szybko przechodziły do kolejnych rządów. Głośniki nadal milczały. Obserwowałem całą tą sytuację z miejsca 20B i wywnioskowałem, że wszystko to jest jednak jakieś dziwne. Kanapkę do połowy zjedzoną odłożyłem na stolik. Maska nadal kołysała się obok mojej głowy. Samolot na chwile przestał opadać. Łysy elegant w garniturze siedzący w fotelu po przeciwnej stronie przejścia, osunął się na swoim fotelu. Szybko pomyślałem, że to jakiś mięczak i zemdlał z przejęcia. Dwa siedzenia przed nim blondyna, która wpadła mi w oko w autobusie dowożącym nas do samolotu, również bezwiednie osunęła się na fotel. Nagle coś uderzyło w oparcie mojego fotela. Odwróciłem głowę, to jeden z dwóch Włochów, którzy wcześniej głośno dyskutowali między sobą i lekko mnie już tym irytowali. Pobiegła do mnie stewardesa, chwyciła maskę i siłą zaczęła mi ją nakładać. Zaraz, ale czy aby stewardesy też nie powinny ich założyć? Przecież zasady bezpieczeństwa przedstawiane przed każdym startem samolotu mówią wyraźnie, że w sytuacji, gdy dojdzie do rozszczelnienia samolotu lub gdy z innego powodu wysuną się maski tlenowe, najpierw należy założyć maskę sobie, potem dopiero zwrócić uwagę na innych np. własne dziecko. Tyle teorii, stewardesa tymczasem zgrabnym i wyćwiczonym ruchem założyła maską na moją twarz. Kontem oka widziałem jak kolejni pasażerowie osuwali się na swoich fotelach. Co do cholery?
Ściągnąłem maskę i odezwałem się w stylu:
- Niech Pani spojrzy! Ludzie mdleją! Coś się z nimi dzieje, trzeba im jakoś pomóc! – sam zupełnie nie wiedziałem czy mam wstać i coś robić czy siedzieć i tylko obserwować. Stewardesa jednak kompletnie nie reagując na moje słowa chwyciła moja rękę, w której trzymałem zdjęta maskę, wyjęła maskę z ręki i z powrotem założyła mi ja na twarz. Uspokoiło mnie jej zdecydowanie i pomyślałem, że na pewno wie, co robi. Byłem jedną z ostatnich osób, które założyły maski. Oprócz mnie nie mieli ich dwaj inni mężczyźni siedzących trzy rzędy foteli przede mną, po przeciwnej stronie przejścia. Sądząc po głosie jacyś Francuzi. Ich maski w ogóle się nie wysunęły i nie wisiały nad ich głowami. Jakaś awaria widocznie. Zdałem sobie sprawę, że poza mną i tamtymi dwoma wszyscy pasażerowie są wylogowani. I w tym momencie wszedłem na obroty, jakich ostatnio dostałem na maturze z matematyki przy rozwiązywaniu zadania z analizy funkcji. Skoro wszyscy za koleją mdleją i tracą przytomność to coś na nich musiało zadziałać. To te maski. W chwili, gdy to do mnie dotarło zerwałem się i chciałem wstać, ale powstrzymał mnie zapięty pas. Niedojedzona kanapka spadła na podłogę. Chwyciłem pas, żeby go odpiąć, ale poczułem wiotkość. Wszystko powoli zaczęło odpływać i przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Samolotem targnął odczuwalny wstrząs, a chwile potem czułem jakbym zaraz miął spać z fotela. Czyżbyśmy właśnie wylądowali? Starałem się wrócić do ostatnich myśli. Pamiętam, że wyciągnąłem rękę by ściągnąć maskę tlenową. Chwyciłem ją i … nie pamiętam zbyt dokładnie, co było dalej. Chyba zemdlałem, ktoś mnie szarpał, ciągną. Jak przez sen otwierałem oczy i odpływałem, gdzieś niesiony, gdzieś jechałem? Na przemian odzyskiwałem świadomość i ją traciłem.
Tak właśnie znalazłem się tu i teraz: dookoła panuje całkowita ciemność, ale czuję, że jestem w jakimś pomieszczeniu, leżę wśród ludzi, bardziej ich czuję niż widzę. Czuję, że jestem zamroczony. Jakieś ciało gniecie całą moją prawą stronę. Czuję zapach moczu i chyba wymiocin. Jest mi zimno. Skądś dochodzi głośny i jednostajny dźwięk silnika samochodu ciężarowego. No super, powrót z pielgrzymki w dziewięćdziesiątym ósmym też był na pace tira, też było zimno i trzęsło, ale tam w śpiworze przytulałem się do koleżanek studentek, było o niebo przyjemniej. Powoli zaczyna dochodzić do mnie to, co się wydarzyło. To chyba jakieś porwanie. Kto jednak w biały dzień usypia pasażerów, sprowadza awaryjnie samolot na ziemie, a potem wiezie ich gdzieś tirem? Rządowa prowokacja albo cholera to wie czyja robota? Szybki wniosek: skoro nikomu nie zależy na komforcie pasażerów to pewnie też nie zależy na samych pasażerach. Cóż, raczej słabo się to zapowiada. Strach i adrenalina skutecznie mnie wybudzają z resztek odrętwienia. Próbuję odzyskać władze nad ciałem. Czuję jednak, że jestem cały odrętwiały. Może poza mną również ktoś już się wybudził. Rzucam półgłosem w ciemność:
- Hej, ktoś mnie słyszy? – głos mam jakiś ochrypły.
- Czy ktoś mnie słyszy? – tym razem już krzyczę.
Cisza. Nikt poza mną nie odzyskał przytomności. Zaczynam lekko panikować. Sam wśród czarnej przestrzeni, pełnej nieprzytomnych ludzi. Udaje mi się wysunąć spod ciała, które mnie przygniata i uwolniony siadam. Nagła zmiana pozycji wywołuję jednak zawrót głowy i odruch wymiotny. Nie ma opcji żebym wstał, ale może uda się obrócić i przejść do pozycji „na czworaka”. Samochód zaczyna zwalniać, po czym zatrzymuje się całkowicie. W efekcie czuje ponowny zawrót głowy, tracę świadomość. Znowu czarna pustka. Otwieram oczy, widzę swoje kolana. Siedzę i jednocześnie gdzieś jadę. Siedzę na wózku inwalidzkim, ktoś mnie gdzieś wiezie. Czuję, że jestem do niego przypięty, to chyba po to żebym nie spadł. Ręce mam jednak wolne. Tym razem szybciej odzyskuję świadomość, ale nie podnoszę głowy. Nie chcę dać poznać po sobie, że jestem świadomy. Jadę korytarzem. Wózek zatrzymuje się przed wjazdem do jakiejś sali. Osoba, która mnie przywiozła odchodzi, słyszę oddalające się kroki. Z sali dochodzą jakieś głosy. Poza tym cisza. Rozglądam się powoli. Przed drzwiami do sali stoją trzy inne wózki, na wszystkich siedzą ludzie przypiąć pasami. Są nieprzytomni. Mam czucie w rękach. Próbuję się podnieść. Znowu kręci mi się w głowie. Z tyłu korytarza z kierunku, z którego przyjechałem słyszę jakieś głosy. W panice chwytam za koła wózka i próbuję odjechać z korytarza. Są tu jeszcze jedne drzwi. Podjeżdżam do nich. Drzwi są wahadłowe, napieram wózkiem, uchylają się. Poruszam się cholernie niezgrabnie, w życiu nie siedziałem na wózku inwalidzkim i tym bardziej nigdy nim nie jechałem. Wjeżdżam do środka i szybko ręką przytrzymałem drzwi, żeby stłumić ich ruch. Zatrzymują się. Ogarnie mnie strach. Na korytarzu coraz wyraźniej słyszę dźwięk jadącego wózka i odgłos czyichś kroków. Czy zorientują się, że mnie nie ma? Instynkt mi podpowiada, żeby odjechać od drzwi. Jestem w jakiejś sali. Panuje w niej półmrok, rozświetlają ją tylko jakieś diody sygnalizacyjne na jednym z urządzeń stojącym w jej przeciwległym końcu. Na korytarzu za drzwiami słyszę jakieś dźwięki, nie są to jednak słowa. Zastygam w bezruchu i nasłuchuję. Dźwięk stawianych kroków i toczących się kół. Nie słychać żadnego zamieszania, żadnych krzyków. Nie szukają mnie. Oddycham z ulgą i odczekuję chwilę. Próbuję uwolnić się od pasa, którym jestem przypięty do wózka. Teraz pora wstać. Tym razem nie odczuwam już zawrotu głowy. Wstaję z wózka i próbuje poruszać się na własnych nogach. Pierwsze kroki stawiam lekko chwiejnie, czuję, że jestem słaby. Dużo bym teraz dał za drugą, niedojedzona połówkę kanapki. W końcu sali, skąd pada słabe oświetlenie stoi łóżko, na którym ktoś leży. Idę w tamtym kierunku. Nagi mężczyzna podłączony do respiratora, mnóstwa innych rurek i kroplówek. Wokół oczu ma zaznaczoną czarnym mazakiem linie i jakiś cyfry. W podobny sposób ma wykonane znaki na szyi, klatce piersiowej, brzuchu, genitaliach. Okręgi zaznaczone czarnym mazakiem i oznaczenia cyfrowo-literowe. Teraz widzę, że to nie łóżko. To blaszany stół z odpływem na wybroczyny, taki, jakich się używa w prosektoriach. Zdezorientowany rozglądam się i dopiero teraz dostrzegam pod przeciwna ścianą identyczny stół. W półmroku widzę stopy. Tu też ktoś leży, jednak w tej części sali, mimo, że też pod ściana znajduje się skomplikowana aparatura medyczna, nie świeci się żadne światło, ani jedna dioda. Zastanawia mnie to, podchodzę bliżej. Widok mnie zmraża. Na stole leży ciało, w zasadzie tylko jego wierzchnia powłoka. Brzuch jest całkowicie rozcięty i sflaczały. Wyglądał jakby ktoś z niego wszystko wyjął. Porozcinane części skóry leżą rozłożone na bok. Kości mostka i żeber częściowo usunięte, leżą obok. Powstrzymuję się by nie spojrzeć na twarz. Całość jest przerażająca. Na dodatek jedna z rąk odcięta na wysokości przedramienia. Robi mi się słabo. Zamykam oczy, żeby na to nie patrzeć. Nagle coś uderza w wahadłowe drzwi do sali. Odruchowo kucam za stołem i zamieram.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania