MAJ I LOSU ZAWIROWANIA /10
Ja uczyłam się grać na fortepianie, Basia na flecie, a więc od pewnego momentu tworzyłyśmy ciekawy duet, który swoimi mini koncertami okraszał towarzyskie spotkania ,które często w naszym domu się odbywały.
Boże! Jeszcze dzisiaj jak wspominam tamte dni, to czuję lęk, który nam towarzyszył.. Jak myśmy się wtedy bały tego popisywania. Strach przed pomyłką ,a przede wszystkim przed karą, która nas za nie czekała paraliżował nasze twórcze wysiłki. Każda z nas chciała wypaść jak najlepiej, jednak nie zawsze się to udawało. Goście jednak zawsze nie szczędzili nam oklasków i pochwał, bez względu na to czy zabrzmiała jakaś fałszywa nuta. Lecz nie daj Boże, gdy coś sfałszowałyśmy lub zrobiłyśmy pomyłkę w naszych recytowanych i muzycznych popisach. Dostawałyśmy wtedy szlaban na telewizję lub brak prezentów na imieniny czy gwiazdkę, no i oczywiście dostawałyśmy zasłużoną określoną ilość batów dyscypliną, która jak kat czekała w pogotowiu. Kiedyś schowałam ją z nadzieją, że jej brak uchroni nas przed bólem jaki zadaje, lecz moja dziecięca naiwność została za to sromotnie ukarana. Nie mogłam wtedy przeżyć tego, że w imię solidarności oberwała także za to moja siostra. Mamie udało się jedynie wyprosić tylko zmianę ilości razów, które wymierzył nam nasz domowy sędzia i kat.
Wiedziała, że najbardziej ojca denerwowała moja hardość. Przy pierwszych „dyscyplinowych” torturach wrzeszczałam jakby obdzierano mnie ze skóry, lecz później zawzięłam się i postanowiłam, że choćby nie wiem co się działo, to będę milczeć.
Leżałam na łóżku lub krześle la nieraz stałam jak skazaniec okładana razami tego diabelskiego narzędzia tortur i gryzłam zaciśnięte pięści aż do krwi i modliłam się, by nie połamały się z tego powodu moje zęby.
Dziesięć skórzanych rzemieni oplatało przy uderzeniu moje ciało pozostawiając wyraźne ślady. Po takiej lekcji dyscypliny szłam do szkoły z kartką od mamy lub ojca z prośbą o zwolnienie z W-fu na odpowiednią ilość dni.
Wtedy to nawet siedzenie w ławce po tych domowych katuszach było dodatkową torturą, lecz obie z Basią dzielnie to znosiłyśmy. Bałam się także pomocy ojca przy odrabianiu lekcji. Basia była dużo zdolniejsza ode mnie i z nią nigdy przy lekcjach nie miał kłopotu, a ze mną niestety tak. Bałam się jego złości i późniejszych uderzeń, które zazwyczaj mnie dosięgały. Z tego to powodu często kłamałam, że nie mam nic zadane i później cichutko, gdy wyszedł nie sprawdzając zeszytów brałam się do pracy. Lecz nie daj Boże gdy sprawdził zeszyty i okazało się, że kłamię.Tak się jakoś dziwnie działo, że ilekroć ojciec zasiadał obok mnie przy biurku do odrabiania lekcji, to uciekało z mojej głowy, to wszystko co tak misternie miałam niej poukładane. Nagle nie umiałam sklecić zdania, literki, które starałam się pisać były o dziwo krzywe i nie mieściły się w zaznaczonych liniach.Pouciekały gdzieś historyczne dane i daty i dane, a matematyczne działania stały się wręcz niemożliwe do wykonania. Kuksańce i uderzenia, którymi mnie raczył, wcale nie pomagały ,jak mówił mojej zakutej łepetynie. Miałam nieraz wrażenie, że za każdym takim jego pacnięciem w głowę lub szarpnięciem za moje warkocze wylatują z mojej głowy wiadomości i wszystko się w niej miesza . Oczami wyobraźni widziałam wirujące wokół naszych głów wzory matematyczne i historyczne daty. Wirowały i wirowały, jak w ogromnym tyglu, do którego wszystkie moje szufladki z mózgu powysypywały swoją zawartość. I jak wtedy miałam nagle znaleźć odpowiedź na najbardziej proste pytanie,nie mówiąc już o obliczeniach.
Dziwiłam się później siedząc cała obolała, gdy ojciec zrezygnował z pomocy w nauce, że znów w mojej głowie jest wszystko tak jak trzeba, bo mogłabym wyrecytować jak z nut zadany wiersz, czy nawet w pamięci rozwiązać matematyczne zadanie, które parę chwil temu było dla mnie czarną magią.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania