Poprzednie częściMAJ I LOSU ZAWIROWANIA (1)

MAJ I LOSU ZAWIROWANIA/ /4

A to pisanie sprawiało, że znów razem wędrowaliśmy po naszym ogrodzie, odwiedzaliśmy znajomych i cieszyliśmy się każdym dniem. Zdaje sobie sprawę, że to była namiastka naszej przeszłości, ba odrobina namiastki, lecz właśnie ta odrobina sprawiała, że zaczęłam wracać do siebie.

Wiem ,czułam to że w chwilach, gdy spisywałam radosne i smutne momenty naszego życia byłeś obok mnie, podpowiadałeś mi zdania, przypominałeś drobiazgi ,o których zapomniałam. W wielu momentach mojego pisania miałam wrażenie, że co rusz zaglądasz mi przez ramię lub delikatnie muskasz mnie po policzku. Moja wyobraźnia widziała cię przytulonego do mnie, lub opartego o biurko z ręką podpierającą policzek i z uśmiechem na twarzy. Nawet twój grymas na twarzy, którego nigdy nie lubiłam, teraz mnie rozczulał. Pisałam w każdej wolnej chwili. Spisywałam swoje myśli i swoje wspomnienia o nas i o tym co się w naszym życiu działo. Na początku mojego pisania nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zasmakuję w tym pisemnym wspominaniu i monologu do ciebie. Łapałam się na tym, że moje myśli biegły do ciebie w najdziwniejszych momentach mojego dnia, a kartki z moimi wynurzeniami zapełniały się ku mojemu zdziwieniu w błyskawicznym tempie.

Moja terapia w zakładzie trwała prawie półtora roku. Podobno byłam okropną pacjentką. Lecz tak to bywa z lekarzami. Jako lekarz psychiatrii byłam jeszcze gorsza niż inni pacjenci i wcale się temu nie dziwię. Mam potworny charakter, wiesz coś o tym. Ale, w końcu przyszedł moment, w którym stwierdzono, że mogę wracać do życia i opuścić zakład. Nie sprawiło mi to wielkiej radości, lecz wszyscy wokół się cieszyli, a więc pomyślałam, że pewnie, to już ten czas, bym znów zaczęła oddychać i żyć za murami szpitala.

W pewnym momencie mojego pobytu w zakładzie zaczęłam uświadamiać sobie, że nie jestem jedyną osobą, która cierpi z powodu straty. Dopiero tutaj w szpitalu dotarło do mnie, że cierpią również twoi rodzice, przecież stracili jedynego syna i wnuka. Rodzice Natalii przeżywali na pewno jak i ja tragedię, która nas dotknęła, lecz niestety ich nie poznałam. Poczułam wstyd , za swoje egoistyczne podejście do tej potwornej tragedii.

Cierpienie i strata ukochanej osoby, to szczególny rodzaj bólu i trudno znaleźć słowa pocieszenia. Zdałam sobie dobitnie i namacalnie sprawę z tego jak bardzo potrafimy być egoistami w naszym bólu. Potrafimy rozczulać się nad sobą aż do utraty zmysłów nie zważając na to, co dzieje się wokół nas i nic nas wtedy nie interesuje.

Dopiero teraz doświadczając na sobie ciężaru tragedii która mnie dotknęła poznałam, to wszystko z czym borykali się niektórzy z moich pacjentów.

Posmakowałam wszystkiego, co jest związane ze stratą najbardziej ukochanych osób. Poznałam dogłębnie rozpacz, ból, osamotnienie. Poznałam słabość osamotnienia i siłę samotności. Wiem, że samotność, to odkrywanie samego siebie, lecz musiało minąć wiele czasu nim, to naprawdę zaczęłam wprowadzać we własne życie.

Osamotnienie, to tęsknota za innymi. Bardzo dobrze wiem, że powinnam się od tego braku uwolnić, a tak bardzo za wami tęskniłam, że nie chciałam tego zrobić.

Uczyłam pacjentów jak zaakceptować osamotnienie, jak w tym odnaleźć drogę do siebie, a teraz ta terapia dotyczyła mnie i zrozumiałam jakie to potwornie trudne. I nagle dotarło do mnie, że wszystko co nas samych dotyka jest zupełnie inne niż na terapii. Zdałam sobie sprawę z tego jak nam lekarzom lekko jest używać słów pociechy, mówić o tym jak powinno się postępować, a tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo jest to trudne dla naszego pacjenta. Niby wiemy, a jednak, to uczucie jest dla nas obce. Uczy się nas o tym jak postępować, jak prowadzić rozmowy, jak analizować, a jednak gdy sami doświadczymy bólu straty, to nasze spojrzenie na te tematy staje się zupełnie inne i empatia nabiera zupełnie innych odcieni i kolorów.

Niby wiemy, że nie jest to łatwe, że potrzeba starań i wysiłku, żeby uruchomić w sobie pokłady silnej woli, chęci do życia i działania, a tak naprawdę jesteśmy w trakcie przeprowadzanej kuracji odlegli od tego o całe lata świetlne, dopóki sami tego nie posmakujemy.

Jakże bowiem inna jest gorycz, ból, złość, rozpacz i jakże inaczej smakują łzy, gdy mają własne emocjonalne zabarwienie.

 

cdn.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Grain 2 godz. temu
    na początku

    Dopiero do mnie, że twoi rodzice także cierpią, przecież stracili jedynego syna i wnuka

    a nie dotarło

    interpunkcja kuleje

    dopóki sami tego nie posmakujemy. /dałbym doświadczymy/

    Jakże bowiem inna jest gorycz, ból, złość, rozpacz i jakże inaczej smakują łzy, gdy mają własne emocjonalne zabarwienie.

    smak dwa razy
  • Maroszek godzinę temu
    Dzięki za uwagi.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania