MAJ I LOSU ZAWIROWANIA /6
Gdy minęło kilka tygodni mojego pobytu u nich zaczęłam moją siostrę namawiać na wspólne wyjścia. Trochę to trwało, ale osiągnęłam cel. Przez prawie cały okres jej małżeństwa nigdy sama nie wychodziła, ze względu na awantury jakie urządzał jej Roman. Oprócz spacerów z dziećmi i wyjść do sklepu i to zazwyczaj w jego towarzystwie jej plan zajęć domowych nie przewidywał jakichkolwiek wyjść.
Gdy wychodziła tylko z dziećmi, Roman przepytywał je i oczekiwał pełnych relacji. Niby niewinne pytania, a dawały mu obraz tego, co się wydarzyło. I nie daj Boże, by z kimś na takim spacerze rozmawiała. Jeśli rozmówcą była kobieta, to jeszcze mógł przeboleć, ale jeśli był, to mężczyzna, to bez względu na to czy, był to sprzedawca lodów, czy czegokolwiek, to wieczorem, gdy już dzieci spały, nie obyło się od karkołomnej awantury.
Lata mijały i dzieci dorastały, a więc i spacerów z nimi było z każdym rokiem coraz mniej. Od dobrych kilku lat zasiedziała się moja kochana siostrunia w domowych pieleszach całkowicie zapominając o tym, że wokół jest mnóstwo przepięknych zakątków.
Zaczęłyśmy nasze spacery i jak się później okazało było to dobroczynne dla nas obu.
-Musimy zacząć się dotleniać-powiedziałam któregoś dnia przy wspólnym posiłku.
-Może się Roman wybierzesz z nami na wypad do lasu- ciągnęłam dalej patrząc na jego twarz.- Zamierzam dzisiaj wyciągnąć Basię.Pojedziemy moim samochodem –co ty na to?
Widziałam zaskoczenie na twarzy mojej siostry, której o tym moim niespodziewanym projekcie nie wspomniałam, podobnie jak i na twarzy mojego szwagra. Jednak błyskawicznie pokonując zdziwienie moją propozycją wycofał się z tego wyjazdu tłumacząc się nawałem pracy.
- Ale wy jak najbardziej jedźcie gdzie chcecie. Musisz przecież odpoczywać ,tak zalecił lekarz, a i i Basi dobrze zrobi trochę świeżego powietrza.-powiedział jednym tchem i spojrzał na mnie próbując ukryć swoje niespokojne myśli.
Zawsze się obawiał, że sprowadzę jego żonę na złą drogę, ale zapewne tym razem pomyślał, że wyprawa do lasu nie jest zagrożeniem dla jego honoru i czci.
Od początku ich małżeństwa z każdym mijającym rokiem zaczęłam być coraz bardziej odsuwana od ich rodziny. Moja kochana siostra totalnie uległa Romanowi i godziła się na wszystkie jego pomysły, a ja z każdym kolejnym rokiem miałam z nią coraz rzadsze spotkania. Najmilej wspominam czas, gdy nasze dzieci były w wieku przedszkolnym, a później szkolnym, bo był to czas wspólnych spotkań, grillów ,wyjazdów.
Lecz z każdym rokiem tych spotkań ubywało, a to ze względu na jego złe samopoczucie lub z innych powodów. W końcu przyzwyczaiłam się do tej sytuacji. Jednak nasze dzieci spotykały się i spędzały z sobą wiele czasu.
I tak rozpoczęły się nasze wspólne spacery. Zdarzało się, że podjeżdżałyśmy gdzieś pod las samochodem i dobrą godzinę lub dłużej spacerowałyśmy. Zdarzało się także, że obchodziłyśmy osiedlowe parki i rzeczne bulwary. Nasze spacery przybrały swoistego rodzaju terapię. Raz było to zwierzenie z lęków, drobnych niepowodzeń, sukcesów, to znów relacja przeczytanej książki czy artykułu. Nieraz towarzyszyła nam cisza, długa, długa cisza. Bywało nieraz, że w ogóle się do siebie nie odzywałyśmy i wcale nam to nie przeszkadzało. A najciekawsze , w tym naszym wspólnym milczeniu było nam dobrze. Bywało, że zatopione w swoich myślach przedreptałyśmy nieraz dobrych kilka kilometrów, by wrócić do domu ,wprawdzie trochę zmęczone, lecz w radosnym nastroju.
Nieraz znów usta nam się nie zamykały i zalewałyśmy siebie potokiem zwierzeń i wspomnień.
Nawet nie spodziewałam się, że to nasze przebywanie razem było nam tak potrzebne. Nie pamiętam abyśmy, po czasie, gdy uskuteczniałyśmy spacery razem z naszymi maluchami popychając wózki, lub drepcząc pomału dostosowując się do kroczków naszych pociech, kiedykolwiek spędziły tak wiele czasu razem.
W pewnym stopniu było to swojego rodzaju lekarstwo. Obie uzdrawiałyśmy siebie nawzajem. Leczyłyśmy, to co siedziało w nas gdzieś głęboko uktyte. Wprawdzie leczyłyśmy, to w bardzo dziwny sposób, lecz ku naszemu zdziwieniu ta dziwna kuracja zaczynała przynosić efekty. Czułyśmy to obie, pomimo , że żadna z nas o tym nie mówiła.
Lubiłyśmy te spacery i obie zaczęłyśmy je traktować prawie jak codzienny rytuał.
cdn.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania