Mała

30 listopada wtorek 2003.

 

- Willy! - Wydając z siebie niewyraźny bulgot, jej piegowata twarz zalała się łzami.

- Mała wszystko będzie dobrze, to potrwa tylko chwilkę, nie płacz. - Willy Mell posadził swoją bratanicę w fotelu. Mimo że był postawnym mężczyzną, od środka opanowywał go niewyobrażalny lęk, który nasilał się coraz bardziej, napływając do najskrytszych części jego ciała.

Tłumy ludzi waliło w ogromne drzwi tymczasowego laboratorium, modląc się, by ich krew okazała się dobra, że w jakiś sposób jest inna niż dotychczas. Jednak dla milionów, jak nie miliardów nie było większych szans. A wirus opustoszy ich ciała i zmieni w puste powłoki zdolne tylko i wyłącznie do niszczenia, bez śladów jakiejkolwiek cząstki człowieczeństwa.

Drobna pielęgniarka podeszła do Lee. Miła na sobie biały kitel, maseczkę, gogle i zielone, gumowe rękawiczki. W oczach Małej wyglądała jak kosmita nie z tego świata. Dziewczynka zaniepokojona całym zamieszanie i dziwną panią, bacznie obserwowała każdy jej ruch z ogromnym przerażeniem w przekrwionych od płaczu oczach. Co musiało się dziać w tej małej główce wystraszonej dwu i pół latki. Pielęgniarka zacisnęła opaskę na trzęsącej się ręce Lee. Jej nabrzmiałe żyłki wyszły na wierzch, pielęgniarka wyjęła ze sterylnego opakowania srebrzystą igłę.

- Nie będzie boleć, tylko nie ruszaj ręką, dobrze? - Spojrzała na nią, skrycie odpowiedziała jej spojrzeniem.

Kobieta przetarła rękę i wbiła igłę. Na twarzy dziewczynki pojawił się grymas, jednak nie wydała z siebie najcichszego dźwięku niezadowolenie, bo przecież obiecała Williemu. Ciemnoczerwona krew spływała do ampułki, sączą się powoli. Wszędzie dookoła słychać było krzyki i błagania skłębionych ludzi. Napierali na drzwi w nadziej, że ktoś im pomoże, uratuje ich i ich dzieci.

Nagle z końca korytarza przywlókł się ostry dźwięk tłuczonego szkła. Jeden z dobijających się mężczyzn wraz z żoną i małym chłopcem w podobnym wieku co Lee, wybił szybę metalową rurką w desperackiej próbie ratunku swojej rodziny. Kawałki szkła rozproszyły się po podłodze, tworząc ostry labirynt. Roztrzęsiona kobieta z głębokim żalem w oczach po raz ostatni pocałowała swojego męża. Przycisnęła do siebie zapłakanego synka i wdrapała się przez okno. Ciężko oddychając ruszyła ku sali, w której siedziała Mała. Zaniepokojona dziwna pani szybko wyciągnęła igłę z jej ręki i zakleiła ją plasterkiem.

- Przyciskaj do raki wacik, a Willy zaraz do ciebie przyjdzie.

Kobieta szybko zniknęła za drzwiami. Lee nie wiedziała, co się dzieje. Otaczali ją dziwni ludzie, ostre przedmioty, z każdej strony atakowały ją krzyki ogarniętych paniką ludzi. Siedziała sama w nieznanym miejscu, bez rodziców, których i tak już nigdy nie zobaczy i bez Williego, jej najlepszego Williego. Po chwili w korytarzu rozległy się krzyki i jeszcze pięć czy sześć, pielęgniarek, Lee jeszcze wtedy nie umiała liczyć, pobiegło w stronę dziwnej pani.

- Proszę pomóżcie nam! - Zrozpaczona kobieta dławiła się własnymi łzami.

- Proszę Pani, proszę się uspokoić, wyjść z laboratorium i poczekać w kolejce. - Pielęgniarka z lekko zdziwionym tonem w głosie zrobiła krok do przodu.

- Ale jesteśmy właściwi, naprawdę jesteśmy zdrowi! - Kobieta nie mogła powstrzymać łez. Przytulała synka do piersi, jak tylko mogła.

Oszołomiona kobieta spojrzała na inne pielęgniarki. Przełknęła powoli ślinę i odwróciła wzrok w stronę roztrzaskanego okna. Kilka osób próbowało wślizgnąć się do środka jednak policjanci nie dawali za wygraną. Spuściła głowę.

- Dobrze pójdzie pani z Molly do sali nr 4, ale jeśli mnie pani okłamała, od razu zostaniecie wydaleni.

- Dziękuję! - W oczach matki pojawiły się błyski i strużki wdzięczności.

Dziwna pani posłała spojrzenie Molly i wróciła do sali. Mała siedziała na kolanach Williego popijając pomarańczowy soczek w kartoniku z małą żółtą słomką. Kobieta weszła po cichu do pomieszczenia. Willy posadził Lee na kozetce i poprosił pielęgniarkę na słowo.

- Mała zostań tu chwile i niczego nie ruszaj, muszę porozmawiać z Gracy. - Spojrzał na dziewczynkę i posłał jej ciepły uśmiech.

Lee nie podobało się, że dziwna pani rozmawia z jej Willym. Odchyliła się lekko w prawo, żeby dalej ich widzieć. Twarz Williego pokrył poważny grymas. Jego oczy wypełniał po same brzegi błagalny błysk. Mała słyszała tylko skrawki ich rozmowy, ale i tak była za mała, żeby ich dobrze zrozumieć. ,

- Gracy proszę, zrób to dla niej. - Złapał pielęgniarkę za ramiona.

- Willy nie mogę co jeśli... - Jej ciepły głos przypominał Lee głos jej mamy, za którą tak bardzo tęskniła.

- Nic się nie stanie, znajdę sposób, przysięgam, nikt się nie dowie. Błagam! - Z kącika oka spłynęła drobna łza, zatrzymując się na drobnych zmarszczkach.

- Ale... - Zacisnęła delikatnie dłoń na jego nadgarstku.

- Proszę, nie mogę jej stracić. - Gracy spojrzała mu głęboko w oczy, po czym spuściła wzrok. Ciężko przełykając ślinę, znów na niego spojrzała.

- Dobrze, ale pamiętaj, jeśli coś się wyda ,nie będę bronić cię za wszelką cenę. - Skrzyżowała ręce.

- Boże jesteś wielka! - Twarz Williego od razu przybrała żywszego wyrazu. W fali radości pocałował ją w policzek..

- Nie ma za co bądź ostrożny. - Uśmiechnęła się ciepło.

Lee ssała słomkę, aż w końcu dotarło do niej, że sok się skończył. Siedziała na kozetce, machając nóżkami w powietrzu. Znudzona zaczęła się rozgiąć. Wszędzie igły, ampułki z krwią, jakieś dziwne buteleczki i ten nieprzyjemny zapach od którego kręciło ją w nosie. Na środku jednej ze ścian wisiał plakat z napisem AB-. Oczywiście Lee nie wiedziała co to jest, ale ze wszystkich sił próbowała odgadnąć, co tam jest napisane. Pochyliła w skupieniu główkę i zmrużyła delikatnie oczy. Niestety jedne słowa, które rozpoznawała na papierze to mama, tata, pies i słoneczko. Znudzona wypatrywała czy może Willy nie wraca, chciała już stąd wyjść i nie musieć słuchać tych okropnych wrzasków. Zniecierpliwiona zmarszczyła piegowaty nos.

-Willy! Chodź! - Krzyknęła cienkim i piskliwym głosem. Nikt jednak nie odpowiedział.

Zmotywowana, żeby wreszcie stąd się wydostać, pokracznie zaczęła schodzić z kozetki Jedna noga, już prawie... Za daleko, nie sięga. Na jej twarzy pojawił się ogromny grymas niezadowolenia i złości. Powolnie wdrapała się z powrotem.

- Willy! Willy! - Krzyknęła, najgłośniej jak mogła. W korytarzu rozległy się kroki.

Do sali wszedł Willy. Lee uśmiechnęła się od razu. Tuż za nim powoli weszła dziwna pani, jej mina od razu zachmurzyła się. Nie polubiła dziwnej pani, nic, a nic.

- Już jestem Mała i zabieram cię do nowego domu, co ty na to ? - Willy rozłożył ramiona i podbiegł do niej.

- Okej. - Uśmiechnęła się szczerbatym uśmiechem i wtuliła się w niego.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania