Małe, żelazne kuleczki.
Małe, żelazne kuleczki.
Autor: Paweł Dałek
Ostrze noża z wolna przecinało kolejne warstwy cebuli. Marta kroiła ją niespiesznie, ponieważ miała na to sporo czasu. Była prawie jedenasta, więc do powrotu jej męża pozostało jeszcze około pięciu godzin. Dziś zrobi mu jego ulubione spaghetti, którym tak się zajadał od zawsze. Z resztą, zawsze robiła mu to, co lubił on i nigdy nawet nie zapytał się jej, czy może ma ochotę na coś innego. Jego pierdolone zdanie było jedynym zdaniem liczącym się w tym domu. Krojenie cebuli zawsze powodowało u niej łzy, lecz dziś leciały one jeszcze z jednego powodu. Bezwiednie dotknęła grzbietem lewej dłoni napuchniętej wargi i łzy znowu napłynęły jej do oczu. Nie pamiętała już, kiedy uderzył ją po raz pierwszy, ale pamiętała za to, kiedy uderzył ją na tyle mocno, żeby straciła przytomność. To było w drugim miesiącu ciąży. Odmówiła seksu, więc złapał ją za włosy i uderzył jej głową o ścianę. Potem było to już regułą. Czasem bił ją bez powodu, czasem bił ją przez coś, co sobie ubzdurał. Najmocniej jednak tłukł ją, kiedy faktycznie zrobiła coś nie po jego myśli. Dzisiejsza opuchlizna była efektem tego, że Karol – zdegenerowany mąż Marty – ubzdurał sobie, że ta schowała mu w nocy łapcie. Jego nerwy potęgował jeszcze fakt, że kilka dni wcześniej, będąc pod wpływem alkoholu, najprawdopodobniej skręcił sobie kostkę schodząc do piwnicy po kolejną butelkę wina. Pierdolony pan doktor. Podobno, kiedy chodził w swoich puchatych łapciach na grubej podeszwie, ból był znacznie mniejszy.
Wrzuciła pokrojoną cebulę na rozgrzany w garnku olej i przemieszała ją, by ta się nie przypaliła a następnie w garnku wylądowało mielone, wołowe mięso, które sama musiała zmielić, żeby czasem jaśnie pan nie dostał zmielonego już w sklepie mięsa wątpliwej jakości. Mięso zaskwierczało i pojaśniało w miejscu, gdzie olej zadziałał nań wysoką temperaturą. Posoliła i dodała odrobinę pieprzu, po czym mieszała wszystko do czasu, aż mięso uzyskało jednolita, szaro – brązową barwę. Na koniec dodała słoik sosu bolońskiego, kupionego w pobliskich delikatesach, po czym doprowadziła wszystko razem do wrzenia. Kiedy sos zabulgotał, wyłączyła gaz.
Przeszła do łazienki i spojrzała w lustro. Opuchnięta warga prawie nie szpeciła jej ładnej, zazwyczaj uśmiechniętej buzi. Duże, niebieskie oczy teraz okolone były obwolutą czerwonych żyłek, spowodowanych płaczem.
- Dobrze, że nie nałożyłam tuszu do rzęs. – Pomyślała i zaśmiała się do siebie.
- Ale dziś to był już ostatni raz. – To powiedziała już do siebie na głos.
Jak wiadomo, spaghetti nie może składać się z samego sosu i tylko kompletny ignorant nie wie, że najważniejszym jego elementem jest oczywiście makaron. Zazwyczaj sztuka kulinarna mówi, że musi to być klasyczny, długi makaron, gotowany najczęściej na półtwardo, dlatego nigdy nie potrafiła pojąć dwóch rzeczy. Pierwsza to ta, dlaczego w ogóle związała się z tym skurwysynem (poza pieniędzmi nie miał do zaoferowania absolutnie nic), oraz dlaczego wyżej wymieniony, zamiast makaronu spaghetti, żre sos boloński z tak zwanymi „świderkami” lub „kolankami”. Inna forma była przez niego nie do przyjęcia. Do dziś była to aberracja absolutnie dla niej bez znaczenia ale właśnie stała się jedyną furtką, która pozwoli jej i ich synkowi Antosiowi, uwolnić się od tego sadysty. Antoś miał cztery lata i zawsze był świadkiem gehenny swojej mamy, ponieważ cały czas spędzał z nią w domu i niejednokrotnie sam padał ofiarą popychania czy szturchania ze strony ojca debila. No może nie do końca takiego debila, w końcu skończył medycynę o kierunku ortopedycznym a po drugie, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jest dla swoich bliskich bardzo złym człowiekiem i liczył się z tym, że pewnego dnia, jego żona może stracić cierpliwość i przekroczyć „masę krytyczną” zwyczajnie wybuchając i robiąc mu kuku. Zdawał sobie sprawę również z tego, że nawet jeśli ta granica zostanie przekroczona, Marta nie wbije mu noża w serce, czy też nie zastrzeli go. Z resztą jedyna namiastka broni, jaka znajdowała się w ich domu, to mała, plastikowa wiatrówka firmy Crossmann, strzelająca, przy użyciu dwutlenku węgla, małymi, czteroipółmilimetrowymi stalowymi kulkami. Wiedział dobrze, że Marta musi myśleć o dziecku i nie stać jej na zbrodnię w afekcie. Oboje nie mieli już rodziców, którzy mogli by się zająć Antosiem w przypadku, kiedy Karol wylądował by w kostnicy a ona w więzieniu lub zakładzie zamkniętym. Tym samym, jedyną formą pozbawienia go życia, jakiej mógł się obawiać, było otrucie i jako lekarz, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że istnieją środki, które niewykryte, mogły go skutecznie przenieść na tamten świat. Ale i z tym sobie poradził. Prosto i bez zbędnych komplikacji. Każdą podaną mu przez Martę potrawę, najpierw próbować musiał Antoś. Tadaammm!!!
Marta wyjęła z szafki paczkę makaronu „kolanka”, który to makaron – jak wie to każdy, kto choć raz miał z nim do czynienia – jest kilkucentymetrową, zagiętą w połowie swojej długości rurką z ciasta o średnicy, która bez problemu pomieści czteroipółmilimetrową, stalową kulkę, przeznaczoną do strzelania z wiatrówki. Branżowo jest ona nazywana stalowym śrutem BB. W makaronie powinna być ona niewyczuwalna. Z resztą wystarczą cztery, nie więcej a znając sposób pochłaniania tego dania przez jej męża, zazwyczaj odbywa się ono bez gryzienia makaronu. Jedyny problem, jaki miała z zainstalowaniem czterech śrutów w makaronowych kolankach, było to, czy zrobić to przed, czy po ugotowaniu. Wiedziała jednak, że Karol lubi makaron gotowany tuż przed podaniem, więc wsadziła kulki w suchy makaron i liczyła na to, że nie wypadną podczas gotowania. Odłożyła pojemnik ze śrutami z powrotem do szafy. Było w nim około pięciuset sztuk, więc nikt nie doliczy braku czterech. Był tam też drugi pojemnik z podobnymi śrutami, ale wykonanymi z miedzi, więc w grę wchodziły tylko te stalowe.
Kiedy wróciła do kuchni, popatrzyła na Antosia, który siedział przy kuchennym stole i cały czas bacznie ją obserwował.
- Kochanie. – Powiedziała do niego nachylając się i głaszcząc jego blond włosy. -Jak tata da „am”, to połknij bez „gryzu gryzu”, dobrze?
Antoś skinął głową. Pomimo czterech lat, nie wypowiedział w życiu jeszcze ani jednego słowa ale Marta czuła, że chłopiec doskonale wiedział, co się dzieje. No może nie do końca, ale miała nadzieję, że czuje jej dobrą intencję.
Żadna z kulek podczas gotowania nie wypadła, Antoś na żadną z nich nie trafił podczas testowania potrawy a szanowny skurwiel mąż, podczas jedzenia (trudno nazwać to jedzeniem) też nie trafił zębem za żadną z nich. Najważniejsze, że wszystkie cztery stalowe kuleczki znajdowały się teraz w żołądku dewianta i sadysty.
Następnego ranka, Marta jak zazwyczaj siedziała przy kuchennym stole i czekała ze śniadaniem aż szanowny małżonek wstanie do pracy. Słyszała, jak spuszcza wodę w toalecie na górze i kuśtyka po schodach, by zjeść posiłek.
Siedzieli w milczeniu. Jedli również w milczeniu. Po śniadaniu Marta zabrała się za zmywanie naczyń a Karol założył marynarkę i bez słowa wyszedł z domu. Po chwili jednak wrócił się i nie wchodząc dalej niż na wycieraczkę zwrócił się do Marty:
- Kochanie, tam, w koszyku na pocztę jest karteczka. – Wskazał palcem szafkę w drugim końcu kuchni. Podaj mi ją, proszę. To skierowanie na rezonans magnetyczny tej cholernej kostki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania