Malinka
– Ta herbata powinna stać na dziale z chemią, a nie tam, gdzie kawy i herbaty – pomyślałem popijając herbatkę malinową zakupioną w markecie. Pomyślałem też, że jak papierowe torebki zakupionej malinowej herbatki położę obok prawdziwych malin, to wtedy herbatka malinowa z marketu będzie miała cokolwiek z malinami wspólnego. Nie zrobiłem tak tylko dlatego, że nie miałem prawdziwych malin pod ręką. Za to, prawdopodobnie pod wpływem rozmyślań o malinach, przypomniało mi się, jak gość o oczach orlich i takim samym nosie, poznany na kursie samoobrony, wpuścił mnie w maliny.
Po czwartej lekcji, na niej uczyliśmy się przewracania przeciwnika na glebę, poszedłem z orlonosym facetem na kawę. Ot, tak, towarzysko. Usiedliśmy, w niewielkiej kawiarni przy mahoniowym stoliku, gaworzyliśmy na różne tematy. Nie obeszło się bez niecenzuralnych słów pod adresem obecnej rządzącej partii. Nie obeszło się też bez mięciutkiej, łechcącej narządy węchu, szarlotki. W smaku mistrzostwo świata. Do dziś pamiętam moje skaczące z radości po całej ustnej jamie i jęczące z rozkoszy, smakowe kubki. Jakiś niedający się opisać słowami bal wystawny się w mojej gębie zrobił, gdy jadłem tamto deserowe danie.
Ani się obejrzeliśmy, a już byliśmy po wypiciu dwóch kaw na głowę - ciśnienie mieliśmy podniesione, wywindowane prawie pod niebo - i zjedzeniu czterech aksamitnych porcji jabłkowego ciasta. Znajomość nasza się zacieśniała. Nie przeczuwałem zbliżającej się katastrofy. Jej początek miał miejsce w chwili, gdy mój kompan wyszedł do toalety.
– No – powiedział – nie będę dłużej testował wytrzymałości mojego pęcherza. Poklepał się po wydatnym brzuszku, wstał, poszedł informując, że zaraz wróci.
– Kłamca bezczelny – pomyślałem po dwudziestu długich minutach oczekiwania na powrót kompana. Apogeum nadeszło, gdy zorientowałem się, że nie mam portfela. Jestem pewny, że wtedy, gdybym tylko spojrzał w lustro, miałbym rogi i cztery nogi. Zobaczyłbym w nim jelenia, jakiego sobie mój kompan – rabuś znalazł. Czułem pęczniejącą we mnie, rosnącą jak nadmuchiwany balon, złość. Kofeina kawowa, której dwie filiżanki wypiłem, raczej nie działała uspokajająco. I wtedy usłyszałem:
– Sześćdziesiąt sześć złotych poproszę – powiedział nieznajomy człowiek w nieskazitelnie białym ubraniu.
Nie wiem, jaki diabeł piekielny poprowadził wtedy moje myśli, ale tą prośbę kelnera, który jak się później okazało, był kelnerem początkującym, w najmniejszym stopniu nie potrafiącym rozmawiać z klientami, wziąłem za próbę dokonania rozboju na mojej osobie. Niewiele – jak zawsze zresztą – myśląc, rzuciłem białą postać na glebę stosując nauki wyniesione z dzisiejszej lekcji samoobrony. Potem sam zostałem wyniesiony – przez policję wprost na komisariat…
Wszystko skończyło się dobrze, pana kelnera przeprosiłem, nawet zapłaciłem mu odszkodowanie…
Epilog
Wypiłem herbatkę malinową, od której rozpoczęły się moje wspomnienia o wpuszczaniu w maliny i położyłem się spać. Musiałem być wyspany, bo jutro z rana kolejna lekcja z kursu samoobrony, na który uczęszczam już siódmy rok. Po takim czasie trenowania potrafię sprowadzić przeciwnika na glebę szybciej, niż by to zrobiła najmocniejsza na świecie wódka, co ludzi do poziomu gleby potrafi sprowadzić.
Koniec
...................
Kategoria; proza fantastyczna(fikcyjna)
Komentarze (17)
Ciekawe, zabawne opowiadanie z zaskakującym zakończeniem, 5, pozdrawiam :-)
Hohohohoh, już po czwartej lekcji kelnera do parteru sprowadził? Jakiś geniusz Eugeniusz ? W samoobronie się nie atakuje, tylko broni, wykorzystując atak napastnika, to pasywny system walki, co innego karate, ale po kursach i tak się nie będzie Bruce'em Lee.
Nie bardzo mnie ta historia przekonała, dlatego nie stawiam oceny ?
Argumentacja samoobrony;
Nie wiem, jaki diabeł piekielny poprowadził wtedy moje myśli, ale tą prośbę kelnera, który jak się później okazało, był kelnerem początkującym, w najmniejszym stopniu nie potrafiącym rozmawiać z klientami, wziąłem za próbę dokonania rozboju na mojej osobie. Niewiele – jak zawsze zresztą – myśląc, rzuciłem białą postać na glebę stosując nauki wyniesione z dzisiejszej lekcji samoobrony.
Może i kiepska argumentacja, ale scenkę mam nagraną na filmie... żartuję z tym filmem:)
Pozdro:)
Paweł
Po czwartej lekcji się nie rzuca, po czwartej lekcji się bierze nogi za pas, lat trzeba, żeby pewne techniki opanować i reagować automatycznie bez zwłoki, bo każda zwłoka to przegrana ?
Szpilka A bo impulsywny był facet:) Zastanawiałem się noc całą czy twoje słowa nie są zbyt ogólne, przecież różni są ludzie i ile ludzi, tyle reakcji. On właśnie działał bez zwłoki.
Pawełku, nie są ogólne, uprawiałam judo, a samoobrona opiera się przede wszystkich na elementach z judo, a w judo samych padów trzeba się kilka miesięcy uczyć, żeby sobie krzywdy nie zrobić, a Ty napisałeś, że po czwartej lekcji samoobrony bohater opowiadanka sprowadził kelnera do parteru. Zwyczajnie niemożliwe, bardziej wiarygodne byłoby, gdybyś napisał, że mu z piąchy zasunął w nos ?
Szpilka No i teraz mnie przekonałaś, bo patrzysz na ten tekst oczami profesjonalistki i coś może ci się gryźć z tym, czego doświadczyłaś sama, A ja sobie go napisałem zupełnie dla jaj i dla samej historyjki czytanej przy kawie czy przy czymś. Tak dla wyobrażenia. Chociaż, sam nigdy niczego nie trenowałem, a do parteru udało mi się niektórych delikwentów sprowadzić czasem w szarpaninie, zwłaszcza, jak byłem zły.
Paweł
Dla jaj też powinno mieć ręce i nogi, ale zrobisz, jak uważasz ?
Szpilka Nie pozostaje mi nic innego, jak podziękować za opinię i Twój punkt widzenia:)
Paweł
To nie tylko mój, każdy kto ma jakieś pojęcie o sztukach walki zauważy absurd ?
Może dopisz - fantasy? Wtedy będzie ok.
Szpilka Nawet nie wiesz, jak jestem Ci wdzięczny za te porady. Są dla mnie cenne, dzięki:)
Paweł
To cieszę, że pomogłam, przypomniała mi się złota idea twórcy judo - ustąp, żeby zwyciężyć, czyli rzucamy o glębe kogoś, kto się na nas zamierzy, wykorzystując jego siłę przeciw niemu i tu jest cała gama możliwości np. w momencie zamachu wystarczy pociągnąc za ramię, żeby przeciwnik stracił równowagę. Natomiast nigdy się nikogo nie wyrywa ze stójki ?
"co za czyn haniebny,
za to gościa zglebmy!"
Skąd ja znam ten wierszyk? To fragm. limeryku Szpilki. A opowiadanie nawet fajne, bo takie dziwne. Herbata malinowa kojarzy się z łagodnością, a tu taka bijatyka.
Dziwne, jak ja sam... bardzo cenię ludzi oryginalnych nie powielających przyjętych wzorców:) A kontrastów, o których mówisz, to nawet nie zamierzałem tu czynić, no ale jak widać są:)
O! ?
– Sześćdziesiąt sześć złotych poproszę – powiedział nieznajomy człowiek w nieskazitelnie białym ubraniu.
Z tego fragmentu mógłbyś wywalić wszystko, co po drugim myślniku. Wtedy te gołe słowa kelnera miałyby większą moc. Poza tym dalej, w tekście, masz, że to kelner się pojawił, i że to on powiedział. Tak sobie pomyślałam podczas czytania.
Dlaczego "gołe słowa" ? No tak, to powiedział kelner prosząc o uregulowanie rachunku.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania