Mama

Mama

Pamiętam ją w dwóch postaciach: smutną i wesołą. Częściej jednak była smutna. We wczesnym dzieciństwie była dla mnie bardzo dobra — często się uśmiechała i dużo pracowała. Kiedy zaczęłam chodzić do przedszkola, którego bardzo nie lubiłam, siadałam o piątej rano przy drzwiach, żeby nie wypuścić jej do pracy. Ona wtedy siłą mnie odciągała, a ja darłam się wniebogłosy. Była nerwowa. Często wybuchała gniewem. Czuła się nierozumiana i często miała poczucie niesprawiedliwości. Chodziło jej o niepełnosprawność, ale i traktowanie w rodzinie. Nie raz nie była zapraszana na uroczystości rodzinne. Uważała ze to z tego powodu. Pamiętam, że raz z tego powodu się upiła. Nigdy nie widziałam ją w takim stanie. I nigdy się to już nie powtórzyło.

Gdy miałam siedem lat, byliśmy na wczasach w Ustroniu. Wjechaliśmy kolejką na Czantorię. Zerwała się straszna burza. Potwornie się bałam, było mi zimno. Do kolejki na dół ustawił się ogromny tłum. Ja krzyczałam z przerażenia i zimna. Jakaś pani mnie uspokajała, otuliła kocem i zabrała ze sobą na dół. Przy niej czułam się bezpieczna i przestałam krzyczeć.

Przy nich nigdy nie czułam się naprawdę bezpieczna, choć opiekowali się mną bardzo dobrze. Zawsze miałam z tyłu głowy, że jeśli wydarzy się coś złego, nie usłyszą mnie.

Długo spałam z nią w jednym łóżku. Bałam się ciemności. Kręciłam palcem jej włosy i trzymałam ją za opuszek ucha. To ją drażniło.

Spotykali się ze znajomymi u nas w domu, czasem to my jeździliśmy do nich. Nie bardzo rozumiałam, o czym rozmawiali, i wtedy strasznie się nudziłam.

Gdy byłam mała, zaczęli budowę nowego domu. Pracowali na budowie oboje. Wieczorami, kiedy siedzieliśmy przed telewizorem, pokazywała mi swoje spracowane dłonie.

Nigdy się nie malowała, nie używała kremów, nie malowała paznokci, nie używała perfum. A mimo to była piękna. Dla mnie zawsze wyglądała tak samo.

Każdy nasz dzień wyglądał podobnie. Oboje pracowali na kopalni. Ona była introligatorem. Czasem rozmawiali o pracy. Widziałam, że się denerwuje.

W soboty zawsze był rytuał. Robiła domowy makaron i rozsypywała go na pościeli, żeby wysechł. Na obiad zawsze był żurek — nigdy nie było od tego odstępstwa. Tego dnia zawsze nakręcała włosy na wałki.

Ta powtarzalność czynności i schematów dawała mi pozorne poczucie bezpieczeństwa.

Pamiętam jej pierwszy epizod depresyjny. Miałam wtedy trzynaście lat. Wróciłam ze szkoły, a ona leżała w łóżku bez ruchu. Szarpałam ją, wołałam, ale nie reagowała. Pobiegłam do mojej cioci, a ona wezwała karetkę pogotowia. Zabrali ją do szpitala — do szpitala psychiatrycznego w Rybniku.

Nie lubiłam tego miejsca. Przytłaczały mnie surowe mury i kraty w oknach. Co niedzielę jeździliśmy tam z ojcem autobusami, z przesiadkami. Oni rozmawiali, a ja milczałam. A jednak, o dziwo, ona lubiła to miejsce. Tam się uśmiechała, była ożywiona.

Rozmawiałam kiedyś z panią, z którą leżała na sali. Powiedziała do mnie: „Masz bardzo mądrą mamę”. Nie był to dla mnie wtedy powód do dumy ani radości. Byłam zła, że muszę tam jeździć.

Po jej powrocie do domu jej stan na chwilę się poprawiał, a potem znowu przychodziły złe dni. Patrzyłam wtedy ze szkolnego okna na nasz dom. Kiedy z komina leciał dym, wiedziałam, że jest dobrze i że mama gotuje obiad.

Nie zapraszałam koleżanek do domu — wstydziłam się jej. Często wstawała w nocy i przychodziła do mojego pokoju niespokojna, jakby chciała sprawdzić, czy tam jestem. Wydawała przy tym dramatyczne dźwięki.

Nigdy już nie wróciła do dawnej formy. Epizody były coraz dłuższe i coraz cięższe. Nie zliczę prób samobójczych. Brała leki nasenne. Kiedyś zamknęła się na strychu. Nie mogłam otworzyć drzwi — klucz tkwił od środka. Pobiegłam po męża kuzynki. Rozwalił te drzwi siekierą. Mama siedziała na podłodze skulona, w rękach trzymała sznur.

Tej sceny nie zapomnę do końca życia. Przedawkowania leków nie były dla mnie aż tak traumatyczne — ona wiedziała, ile wziąć, żeby nie umrzeć. Choć jako nastolatka byłam na nią zła, że nie mam takiej matki jak moje koleżanki, dziś doskonale ją rozumiem. Wiem, czym jest depresja i jak straszna to choroba.

Zapamiętałam mamę jako wesołą, uśmiechniętą i troszczącą się o mnie. Taki obraz w sobie zachowałam.

Dziś wiem, że całe moje dzieciństwo było utkane z dwóch obrazów: tej mamy, którą miałam naprawdę, i tej, którą tak bardzo chciałam mieć. Przez lata bałam się, że zostanie mi w pamięci tylko choroba, strach i tamte sceny, których dziecko nie powinno oglądać. A jednak to nie one zostały na końcu.

Została jej twarz, kiedy się uśmiechała. Jej dłonie pachnące mąką, kiedy robiła makaron. Jej ciche krzątanie się po domu, kiedy miała lepszy dzień. Zostało to, jak potrafiła być dobra, zanim choroba zabrała jej siły.

Dziś rozumiem, że robiła, co mogła. Że walczyła tak, jak umiała. Że depresja była silniejsza od niej, ale nie była wszystkim, kim była.

I choć moje wspomnienia są pełne lęku, chaosu i niepewności, to na samym dnie — tam, gdzie pamięć nie kłamie — została mama, która mnie kochała. I to właśnie ten obraz postanowiłam zachować.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania