Marsjasz i Apollo
Aulos Marsjasza, instrument znaleziony całkiem przypadkowo, porzucony na brzegu rzeki Meander, był jego największym skarbem. Sam przedmiot nie był może zbyt wartościowy, nie towarzyszył mu również żaden sentyment, wyglądał bowiem jak każdy inny przeciętny aulos, jaki kiedykolwiek istniał na Ziemi. Była to zwykła dwustroikowa piszczałka, instrument jednak niezwykły, gdyż wypuszczał z siebie dźwięki układające się w pieśni, jakich nikt nigdy nie słyszał, pieśni samego Marsjasza.
Lud satyrów nie jest znany z intelektualnych podbojów, ale każdy człowiek przyznawał, że żywiołowość i dzikość wypełniająca całe ich życie oraz ich sztukę, były tak odmienne od codziennego życia ludzi, że były one dla nich w pewien sposób pociągające. Narkotyczne, pijackie tańce i koncerty ku czci Dionizosa epatowały ludzkością tak samo, jak wysmakowana, pełna polotu i formy poezja boskiego Apolla. Marsjasz, jako satyr z krwi i kości, nie tylko był skłonny do emocjonalnych i namiętnych czynów, ale również jego muzyka, grana na aulosie, była zmienna niczym meandry na powierzchni amfory wypełnionej słodkim winem. Nauczył się on gry na swoim instrumencie niezwykle szybko jako samouk. W jego głowie nie zamieszkały żadne ścisłe zasady tworzenia muzyki, zapisane bardzo dawno temu koncepcje piękna, sztuki
i formy. Połączenia nut, które grał, nie istniały nigdy przedtem, nawet w jego głowie. Muzyka była aktem spontanicznej wolności, aspektem Chaosu, który postanowił unaocznić się na świecie niczym pierwsi bogowie.
Dźwięki same łączyły się w całość równie realną jak ich twórca, publiczność i szeroko rozciągające się zielone łąki, na których lubił siadać i grać. Początkowo dawał koncerty bachantkom, których tańce przy ogniskach o zachodzie słońca przypominały mu o jego dzikiej naturze i o tym, po co zawsze żył i żyje również teraz: dla momentów, kiedy jego sztuka pobudza do życia inną, tworząc koncert ciał i umysłów stworzeń, bez żadnych póz i udawania.
Ludzie zamieszkujący Azję Mniejszą poszli za jego wołaniem i Marsjasz zdobywał coraz to szerszą sławę na wskroś tych ziem. Jego twórczość była tym, czego potrzebowali ludzie prości, stłamszeni przez rządzących, przez podatki i wyzysk, klasa niewykształcona: sztuką emocji, które czuli bardzo mocno i dzięki którym znajdowali pociechę. Ludy przybywające tłumnie
z różnych stron tworzyły tłumy coraz bardziej rozpalonych ciał; umysły, które były ograniczone przez otaczające je warunki, zaczynały się rozbudzać i rwać wyżej w swoich pożądliwościach. Człowiek zaś nigdy nie pragnie niczego bardziej, niż wolności. Muzyka Marsjasza pociągnęła ich do buntu wobec zniewalającego ich świata Panów, Lordów i Rządców. Kipiącą nienawiść przelali w wyśpiewywane słowa, które nie pasowały do muzyki, ta zaś zaklinała ich ogniem, sama nie będąc przecież żadnym żywiołem.
Kiedy Marsjasz zauważył to, początkowo przejęty lękiem przestał grać, nerwowo obserwując rozwój wypadków. Powstanie ludzi wobec elit, to znaczy. tych, którzy zawodowo zajmują się wyzyskiem na bardzo szeroką skalę, wydawało mu się bardzo złą interpretacją tego, co przekazywał przez swą muzykę. Siedząc na brzegu jeziora spojrzał w swoje odbicie w tafli wody i ujrzał to, co powinien – twarz, w której cechy bestii, dzikości i nieprzewidywalności mieszają się z cechami ludzkimi. Cień człowieka był na niej jedynie znikomy i ginął w bogactwie zwierzęcych instynktów.
Taka namiastka wystarczyła ludziom, aby uznali go za swojego lidera. Przywódca w walce z ustalonym porządkiem musiał być bestią, inaczej budziłby tylko politowanie. Pierwiastek człowieczeństwa, choć mały, również jest niezbędny do wzbudzenia niezbędnych emocji: do poczucia dumy, która z czasem zaczęła napełniać również serce Marsjasza. Uznany za twórcę nowego porządku przyjął w końcu tę rolę z najwyższym namaszczeniem. Duma, to właśnie duma pozwoliła mu napełniać serca uciskanych ludzi rozgrzanym do czerwoności gniewem i pasją, kiedy zaczęli zarzynać swoich dawnych panów z gorącą krwią i kąpiąc się w ich krwi. Z chaotyczną melodią w uszach nieśli pogrom wszędzie, gdzie mogli dosięgnąć, rozsypując w proch cały porządek, jaki istniał. Cnotą tych poczciwych ludzi stała się przypadkowość, która nieuchronnie dąży do rozpadu; maszerowali nie niosąc nic na swoich sztandarach.
Marsjasz na ich czele, niczym anioł zniszczenia, niewiele o tym myślał; wszak satyry nie są od myślenia na tym świecie. Łatwość z jaką mógł przewodzić zastępom za pomocą aulosa przyprawiał go o coraz większą dumę: intelektualizm nie obronił się przed zwykłym uniesieniem i emocją, natura wygrała ostatecznie, harmonia była już przeżytkiem.
Pijany swoim zwycięstwem i ukochanym winem, późno w nocy z zielonego wzgórza obserwował płonące miasta. Pokaz świateł i tańczących cieni był wspaniały i tak miało pozostać już na zawsze – rodzaj ludzki porwany przez swoją wewnętrzną bestię mistrzowsko opanował sztukę niszczenia, za to nie potrafił budować i porządkować. Pyszny widok gruzów starego świata przemawiał prosto i dosadnie, jednak treść tych słów zaraz ginęła, przestawała być uchwytna. Podobnie coraz dalsze
i zamglone stawały się myśli fauna, który zasypiał, przygnieciony ciężarem wypitego alkoholu.
Obudziły go rozmowy i śmiechy pełne gracji, tak niespotykany tu dźwięk, że od razu podniósł się do siadu. Przed sobą ujrzał grupę młodych kobiet tak pięknych, że poczuł on nieznane w sobie uczucie onieśmielenia. Choć Marsjasz zdecydowanie nie był wstydliwy jeśli chodzi o dziewczęta, tu czuł, że ma do czynienia z pięknem tak czystym i tak wysokim, które nie może należeć do tego płonącego świata, którego rzeki spływały krwią. Ich głosy były czystsze niż wody górskich strumieni i wiatry unoszące się nad nimi, zaś zwiewne, delikatne jak rosa suknie biły blaskiem już wzniosłego słońca
i oślepiały kojącym blaskiem jego zmęczone oczy. Te piękne istoty siedziały na słonecznej polanie pośród wysokich drzew,
w miejscu, którego Marsjasz sobie nie przypominał. Siedział w bezruchu z twarzą pełną niemego zachwytu, tak, że nie zauważył postaci, która musiała w międzyczasie podejść do niego z boku.
Był to młodzieniec odziany w lekką lazurową tunikę. Jego ciało było wręcz ideałem męskiego piękna, ukształtowane niby dłutem mistrza. Umięśnienie dawało jego postaci siłę, a proporcje i cechy jego twarzy tworzyły wrażenie człowieka młodego, zdrowego, ale równocześnie mądrego i doświadczonego. Jego błękitne oczy skrzyły się iskrami radości, dumy, inteligencji i piękna, które nigdy nie mogą zgasnąć. Lśniące jasne włosy pokrywał wieniec, a w prawej ręce trzymał instrument, pozłacaną lirę, która biła blaskiem nie mniejszym niż jego właściciel.
Kiedy Marsjasz zauważył go, jego serce opanował jeszcze większy zachwyt niż przedtem, połączony z przestrachem. Młodzieniec przemówił głębokim, głośnym, pięknym głosem:
- powstań, Marsjaszu, oddany sługo Dionizosa, bowiem dziś nadszedł wielki dzień. W końcu odnalazłem muzyka, który w grze na instrumencie i umiejętności zapalania za pomocą muzyki emocji w duszach ludzkich jest równy mi. Masz serce pełne dumy, satyrze, rozstrzygnijmy, czy jest ona uzasadniona. Wyzywam Cię na pojedynek; będziemy grać, a moje siostry, Muzy, osądzą, czy Twoja muzyka może się równać z moją. Wstań, i chodź za mną.
Marsjasz, oszołomiony spotkaniem i mocą usłyszanych snów, przez chwilę z opadniętą szczęką wpatrywał się w odchodzącą od niego powoli wysoką postać. Wiedział, kim ona jest – był to sam Apollo, który rzadko mieszał się w sprawy satyrów. Bóg ten i rasa faunów była wręcz przeciwieństwami i pozostawił ich samych sobie wraz z ich, wiecznie pijanym, Dionizosem. Kiedy dotarło do niego, co usłyszał, poczuł początkowo strach przed potężnym bóstwem, jednak strach zaczął słabnąć a na jego miejsce zaczęło narastać poczucie dumy, które już poznał, wiara we własne możliwości i w swoją sztukę, która ma moc sprawczą naprawy świata przez zniszczenie. Pomimo zmęczenia i bolącej głowy, uniósł się jak na skrzydłach i podniósł swój aulos, który choć nie lśnił tak żywym blaskiem jak złota lira, był źródłem mocy równie wielkiej, a być może nawet większej: sztuka Apollina nigdy nie potrafiła dotrzeć do głębszych warstw ludzkości. Szczycili się nią ludzie najzamożniejsi, wykształceni, którzy na zgromadzeniach wyrastali bardzo wysoko, wyciągając swoją szyję ku górze, aby być zauważonym
i popisać się znajomością takich spraw i swoją pięknie wyuczoną zdolnością retoryczną. Parali się polityką, ustalaniem porządku, który przynosił tylko płacz i nieszczęście, tworzył ludzi gnuśnych, którzy w swoim zmęczeniu nie widzą już nic.
Dwanaście Muz ustawiło się w półokręgu w środku którego stało wyprostowane wcielenie sztuki i piękna. Marsjasz dołączył do niego, stając obok niego. Cóż to był za duet, doprawdy! Uosobienia piękna i brzydoty, porządku i chaosu, mądrości i instynktu, tkwiły obok siebie, każde z nich dumne i pewne swego. Starcie dwóch porządków miało nastąpić teraz,
i choć córki Zeusa wiedziały, że jeden nie może istnieć bez drugiego, to wydanie werdyktu było konieczne, słabszy musiał ukorzyć się przed silniejszym.
Bitwę rozpoczął Apollo, dotykając strun liry tak delikatnie, że aż nieuchwytnie. W powietrze wzbiła się cudowna melodia zdająca koić całe zło i ból duszy, przywracając do porządku wszystko co wypaczone i piekielne. Przypominała koncert słowików nad gniazdami, świerszczy, którym w pewnym momencie udało się zgrać w idealną melodię, swoją delikatnością uosabiała harmonijne aspekty natury, te, przed którymi nie ucieka się w popłochu, ale zatrzymuje się przy nich pełen zachwytu. Szczęście, które zagościło w duszach publiczności, również Marsjasza, było nieopisane. Czas zatrzymał się i skupił w tym jednym momencie, wszystko było jednością, cały świat i stworzenie na nim znalazło na ten krótki moment swoje własne miejsce, nienękane przez resztę. Marsjasz za zamkniętymi powiekami widział miasta, które zniszczyła jego sztuka, odbudowane na gruzach przez pracę intelektualistów, którzy w harmonii żyją z prostymi ludźmi i razem mogą osiągnąć niemożliwe.
Muzyka Apollina była bardzo uporządkowana, ale mimo to bardzo zmienna, opisując melodyjnie wzloty i upadki, szczęście
i grozę, które są losem każdego. Faun odczuwał swój upadek, swoją miałkość i nicość wobec Absolutu, wobec sztuki życia
i tworzenia, ustanowionej od dawien dawna, upiększoną jednak indywidualnymi wstawkami i modyfikacjami. Niepodobna było zagrać i usłyszeć drugi raz w historii tego wykonania, które właśnie skończyło się melancholijnie i równocześnie z mocą.
Nawet same Muzy zdawały się stracić głos po takim wystąpieniu. Kiedy Apollo ukłonił się przymilnie i z gracją, odsunął się nieco na bok i wbił wzrok w Marsjasza, który poczuł, że jego nogi drżą pod nim, jakby były zrobione z waty. Powoli docierało do niego, co się tu odbywa, z kim się mierzy i to, że cała sprawa jest przegrana z góry. Nić jego losu pociągnęła go dokładnie tutaj, tu następował koniec jego dzieła, jego roztańczonego życia i jego pracy pełnej chaosu, która wobec tak nieskazitelnej harmonii wypowiedzianej za pomocą muzyki, zdawała się jedynie drobnym przejawem nic nie znaczącej siły. Jedyne co pozostało, to zagrać łabędzią pieśń. I chociaż to, co wydobył za pomocą swojego instrumentu było żywe i porywające, to brakowało w tym już duszy. Faun czuł, że duszy tej nie ma już w ogóle, tak kruchy był jego duch, że Absolut potrafił stłamsić go najprościej jak tylko się da, jego własną bronią. Miasta już nie płonęły, straty nie były tak duże, jak można by sądzić, rewolucjoniści zaś rzucili broń i zdjęli bojowe barwy, wracając do swoich zajęć, zaraz zapominając o swoich ideałach.
Gdyby wykształceni, greccy politycy mogli usłyszeć ten pojedynek, prawdopodobnie symfonia grana na aulosie, spodobałaby im się bardziej, gdyż była to pieśń ich zwycięstwa, jednego z wielu. Porządek zawsze wyłania się z ognia
w stałym cyklu, za każdym razem kusząc pieniędzmi do zarobienia i ludźmi do wyzyskiwania. Marsjasz dmący w aulos miał łzy w oczach, gorzkie łzy porażki, kiedy zakończył swój występ piekielnie ostrym pasażem. Nie skłonił się na koniec i od razu, bez wahania, odrzucił swój instrument na bok.
Werdykt bogiń sztuki mógł być tylko jeden – Apollo lepiej władał swoim instrumentem. Ukłonił się on rozkosznie
w stronę jury a następnie wyciągnął do Marsjasza dłoń. Nie uścisnął on jej jednak, patrząc nienawistnym wzrokiem wprost
w boskie oczy Apolla. Czuł, że nie pozostało mu nic oprócz czystej nienawiści i poczucia wstydu, w którym się roztapiał. Na twarzy Apolla błąkał się ślad lekkiego uśmiechu, a oczy błyskały radośnie, jak u człowieka, który właśnie wpadł na wspaniały pomysł.
Marsjasz nie mógł obronić się przed boską siłą mięśni, które zaciągnęły go pod jedno z pobliskich drzew, wysokich,
o szerokim pniu i rozłożystej koronie. Jego członki zostały na nim z łatwością rozpięte, boleśnie napinając mięśnie. Marsjasz dobrze wiedział co za chwile nastąpi, nie czuł jednak wcale lęku, bo czy mądrym jest bać się tego, co w bólu rodzi prawdziwą chwałę? Kiedy piękny Apollo brutalnie zdzierał skórę z jego ciała za pomocą swoich świętych noży, jego krzyki, choć pozornie bezładne, brzmiały dla płaczących i zasłaniających sobie oczy przed tym widokiem Muz równie harmonijnie
co wcześniejsze muzyczne wyczyny boga. Marsjasz, choć jego postać skurczyła się tylko do odczuwania potwornego bólu,
w końcu zwyciężał, szczerość jego muzyki była tym, co naprawdę poruszało serca, budziło emocje i inspirowało. Apollo, który bez emocji kończył swoje dzieło, nie mógł tego słyszeć, gdyż absolut, choć piękny sam w sobie, nie ma nic ludzkiego.
Krzyki Marsjasza niosły się jeszcze długo nad polanami i łąkami, płosząc zwierzęta i wypełniając powietrze bolesnym zwycięstwem. Po skończonej pracy Apollo odszedł wraz z towarzyszkami do nieosiągalnych dla człowieka boskich hal, tak jak zawsze po swoich ziemskich wizytach – świat pozostał jednak taki jaki był. Po okresie chaosu powoli rodził się nowy ład, wcale nie różny od poprzednich. Miasta zostały odnowione, wzniesiono nowe, bogatsze niż kiedyś. Rządzący i rządzeni po raz kolejny pogardzali sobą nawzajem, przemoc tym razem była wymierzana przez Panów, ubrana w szaty praworządności i ładu, tak dobrze ukryta, iż nikt nie śmiał porównywać jej z poprzednią krwawą rewolucją. Marsjasz, którego już od dawna nie było, którego muzyka i krzyki zamilkły, został szybko zapomniany, gdyż rodzaj ludzki ma bardzo krótką pamięć. Ci, którzy
go znali, mówili często, że jego ofiara poszła na marne, inni uznawali go za szarlatana, który otrzymał sprawiedliwość
od opatrzności, ale w końcu utracili go z pamięci i oni.
Marsjasz nie żył, a wraz z nim jego idea.
Komentarze (1)
Zbigniew Herbert: Apollo i Marsjasz
Właściwy pojedynek Apollona
z Marsjaszem
(słuch absolutny
contra ogromna skala)
odbywa się pod wieczór
gdy jak już wiemy
sędziowie
przyznali zwycięstwo bogu
mocno przywiązany do drzewa
dokładnie odarty ze skóry
Marsjasz
krzyczy
zanim krzyk dojdzie
do jego wysokich uszu
wypoczywa w cieniu tego krzyku
wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument
tylko z pozoru
głos Marsjasza
jest monotonny
i składa się z jednej samogłoski
A
w istocie
opowiada
Marsjasz
nieprzebrane bogactwo
swego ciała
łyse góry wątroby
pokarmów białe wąwozy
szumiące lasy płuc
słodkie pagórki mięśni
stawy żółć krew i dreszcze
zimowy wiatr kości
nad solą pamięci
wstrząsany dreszczem obrzydzenia
Apollo czyści swój instrument
teraz do chóru
przyłącza się stos pacierzowy Marsjasza
w zasadzie to samo A
tylko głębsze z dodatkiem rdzy
to już jest ponad wytrzymałość
boga o nerwach z tworzyw sztucznych
żwirową aleją
wysadzaną bukszpanem
odchodzi zwycięzca
zastanawiając się
czy z wycia Marsjasza
nie powstanie z czasem
nowa gałąź
sztuki – powiedzmy – konkretnej
nagle
pod nogi upada mu
skamieniały słowik
odwraca głowę
i widzi
że drzewo do którego przywiązany był Marsjasz
jest siwe
zupełnie
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania