Marysia III
III
Do budynku wszedł Damian. Za nim dreptała zapłakana Eliza. Zerknąłem na nich. Podeszli się przywitać. Wyciągnąłem chleb w ich kierunku. Odruch z tamtego życia. Pozostałość. Element usilnie trzymający się rozplecionego różańca. Damian wziął kawałek. Eliza nie chciała. Milczeliśmy. Gdy tak z serca słowa wypłyną, to język lubi je przejąć. Nie w tym świecie. Damian poczęstował mnie papierosem. Musiał się napracować, aby go zdobyć. Za posiadanie papierosa, można stracić głowę. Zasady. Rzecz święta. Spoglądam na Elizę. Trzęsie się cała, wypowiadając niezrozumiałe słowa. Domyślam się, co ją spotkało. Przez moment, chcę ją przytulić. Oczywiście tego nie robię. Nie ma lekarstwa na przypadłości z Hadesu. Przepraszam, jest jedno, malutkie, lecz cholernie drogie i zarezerwowane dla odważnych. Śmierć. Nas jednak na nią nie stać. Wypluwam ślinę. Przerywając milczenie, pytam Damiana o sytuację na ulicach. Wzrusza ramionami. Rozumiem. Wzruszenie ramionami oznacza ciągłość beznadziei. Nadzieja. Słowo to poddane zostało ewaporacji. Uśmiecham się w myślach. Słowo zaczerpnięte z czasów, gdy coś takiego jak książka, miało znaczenie, gdy słowo, choć przecież zawsze wytarte, gdzieś tam jeszcze się rozpychało siłą woli. Gdzieś tam daleko.
Eliza wybucha. My patrzymy w ziemię. Nie ma odważnych na szczere łzy kobiety. Rzadkie są one, lecz gdy już są, wypruwają wszystko z ciebie na wierzch, wiercą ci w sercu i sprawiają, że cały ból świata jest twoim bólem. Patrzymy w ziemię. Budynek milczy. Jest zimno. Patrzymy w ziemię.
– Szliśmy ulicą. Chcieliśmy zobaczyć, czy dzieciaki z Krasińskiego mają choć resztki jedzenia. Byliśmy kurewsko uważni i nic. Nic to nie dało. – Przerywa. Po krótkiej chwili mówi dalej. – Trafiliśmy na nich przy kapliczce. Byli pijani. Śpiewali jakieś, jebane, rosyjskie piosenki. Dostrzegliśmy ich za późno. Nie było, jak się zmyć. Pierwszy w naszą stronę ruszył najgrubszy z nich. Był obleśny. Kawałek brzucha wystawał mu spod koszuli. Przeraźliwie śmierdziało mu z ryja. On zaczął. Odepchnął Damiana, do którego zaraz dopadł kolejny z nich, przykładając mu pistolet do głowy. Robili to po kolei. Milczałam. Owładnęła mną pustka i ta dziwna, sucha bezradność. Wtedy nic nie czułam. Teraz czuję się, jak gówno. Każdy z nich się śmiał w trakcie, wiesz? – pyta mnie. Nie odpowiadam. – Każdy z nich. Dla nich jesteśmy papierkiem na ziemi. Papierkiem do zdeptania. My, ludzie. Czy ja jestem papierkiem, Kacper? Czy można tak po prostu sobie przyjść, stanąć na czyjejś ziemi i ruchać go z obleśnym uśmiechem na twarzy? – Milczę. Damian próbuje złapać Elizę za rękę. Odpycha go. Zaczyna przeraźliwie płakać. Wyć. Czy można sobie tak po prostu przyjść i zabrać komuś życie? Pytanie retoryczne. Uczucia nie do zniesienia.
Trzask. Ktoś wszedł. Eliza momentalnie przestaje płakać. Wojna. Nie ma czasu na człowieczeństwo. Damian przechodzi w maksymalny tryb skupienia. Ja załączam tryb przetrwania. Zerkam za okno. Rosjanie. Kurwa, myślę. Szturcham Damiana. Pokazuje mu moje odkrycie. Nerwowo przełyka ślinę. Nie mamy, jak uciec. Trzeba będzie rozmawiać. To chyba tyle. Nagle czuję ukłucie w klatce piersiowej. Boję się. Ja, Kacper Olszański, bardzo chcę żyć. Czuję to teraz. Styrany, odczłowieczony, brudny i obleśny. Chcę żyć. Otwierają się drzwi. Ja chcę żyć. Bardzo. Myślę o Marysi. Myślę o mamie. Rosjanie krzyczą w naszym kierunku. Każą klękać. Wykonujemy polecenie. Bardzo chcę żyć. Pragnę łąki i smaku piwa. Pragnę prozy życia. Rosjanie zbliżają się w naszym kierunku. Damian zaciska zęby. Eliza spuszcza głowę. Mnie nie ma. Urwałem się z tego budynku. Jestem na łące. Puszczam latawiec. Marysia czyta książkę na kocu. Rosjanin pyta się mnie o nazwisko. Odpowiadam. Ktoś, podający się za Olszańskiego odpowiada. Ja jestem na łące. Biegnie do mnie mój syn. Za nim pędzi córka. Marysia prosi, żeby uważali. Jestem szczęśliwy. Moja rodzina jest szczęśliwa. Poszczęściło mi się. Bardzo.
Dostaję mocno w twarz. Wracam. Jebane Polaki, ryczy ze śmiechu kacap. Podchodzi do mnie. Związali już ręce moim przyjaciołom. Ludziom, z którymi dzielę swój podły los, poprawiam się w myślach. Patrzę w oczy oprawcy. Uśmiecha się.
– Ryj w dół, Polaku. Do roboty jedziecie, kurewki niemyte. Się wam zachciało siedzenia na dupie. Wojna jest, Polaki. Trzeba robić na armię. Naszą armię, a nie na tych waszych popaprańców. – Pluje mi na twarz. Nie reaguję. – Rączki do tyłu. Żeby ci się marzyć nie zachciało. – Wiąże mi dłonie. – No, pięknie teraz, piękne Polaki. Wy dwaj, pojedziecie na ziemie naszą. Panienka zostaje. Z kija trzeba spuszczać. – Rechocze. Poprawia mundur. Każą wstać. Wstajemy. Jak papierek leżący na ziemi. Chęć życia znika. Zostaje apatia. Dobrze mi znana. Przez chwilę myślę o Elizie. Przez chwilę. Nie jestem robotem. Jestem tylko wyprany z uczuć. Mam swoje granice. Wychodzimy z budynku. Ostatni raz mijam się spojrzeniem z Elizą. Elizą, która jeszcze rok temu marzyła o byciu aktorką. Elizy, która kroczyła sobie przez świat z uśmiechem na twarzy. Elizy, skazanej na los lalki, popaprańców z Rosji. Wrzucają nas do sąsiednich pojazdów. Ja i Damian, dostajemy miejsce w ciasnej, obleganej, pace samochodu dostawczego. Eliza spędzi trasę w bagażniku terenówki. Myślę o świętach Bożego Narodzenie. O karpiu, kłótniach politycznych, o wujku Marku, cioci Heli. Myślę o świecie, który przecież był mój. Przecież był. Zerkam na współwięźniów. Ktoś płacze. Ktoś odmawia różaniec. Ktoś próbuje pocieszyć sąsiada. Patrzę na Damiana. Milczy. W oczach ma pustkę. W oczach wszystkich tych ludzi płomyczek zgasł już dawno. A przecież to był mój świat. Był?
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania