Masakrysta
Obudziłem się w nocy, cisza krzyczy najgłośniej,
myśli wracają tam, gdzie już nie jest tak prosto.
Nie tęsknię za kimś, to byłoby za łatwe,
tęsknię za sobą, tym dawnym, prawdziwym naprawdę.
Za śmiechem bez powodu, co przychodził sam,
za chwilą, co nie pytała: „czy sens jeszcze mam?”.
Za sercem, co biło nie z lęku, lecz z życia,
za tym, że coś znaczył każdy oddech, każda zdobycz.
To nie ludzie zniknęli, to kolory przygasły,
świat stoi w miejscu, choć kiedyś był jasny.
Uczucia jak echo gdzieś są, ale puste,
jak słowa bez znaczeń, jak gesty sztuczne.
Kiedyś miłość była ogniem, co parzył i grzał,
nienawiść też żyła, człowiek coś czuł, coś miał.
Dziś wszystko rozmyte, bez krawędzi i formy,
jakby ktoś wyłączył w środku wszystkie alarmy.
I najgorsza tęsknota, nie za tym, co było,
lecz za tym, kim byłem, zanim coś się skończyło.
Za wersją mnie, która nie znała tej ciszy,
co teraz w głowie jak pusty pokój się słyszy.
Bo kiedyś śmierć była czymś, przed czym się ucieka,
dziś czasem wygląda jak cisza dla człowieka.
I to nie jest pragnienie, to raczej zmęczenie,
gdy życie staje się tylko istnieniem.
Więc jeśli to czujesz — nie jesteś sam,
to nie „koniec ciebie”, tylko zagubiony stan.
To serce nie znikło, ono tylko śpi,
i pamięć o nim to dowód, że jeszcze w tobie tkwi.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania