Poprzednie części:  Maska ze Szkła i Krwi
Pokaż listęUkryj listę

Maska ze Szkła, Krwi i... Kaczuszek

Finał na Dzień Dobry (Który Jest Początkiem, Ale W Czasie Przeszłym Dokonanym)

– Podpisałeś tę klauzulę krwią z nosa czy keczupem? – zapytała Wiktoria, wisząc do góry nogami na żyrandolu, podczas gdy Julian zajadał się gulaszem zrobionym z jej ulubionych torebek po herbacie.

Byli idealnym małżeństwem. Tak idealnym, że ich pies był kotem, a kot – szefem lokalnego kartelu narkotykowego. Julian leżał na suficie, bo grawitacja miała akurat wolne i poszła na zakupy do Biedronki, natomiast Wiktoria – pyszałkowata, pewna siebie i ubrana w kombinezon kosmonauty wyszywany cekinami – uważała go za najgłupszego męża w tej galaktyce, co było o tyle dziwne, że Julian w ogóle nie istniał, dopóki Helena nie weszła do pokoju przez telewizor, robiąc unik przed trzydziestoma latającymi tostami.

Środek, Który Jest Wstępem, Czyli Kto Tutaj kogo Zdradza?

Trzy dni wcześniej, czyli w najbliższy czwartek po południu, Remigiusz (który w rzeczywistości był trzema krasnalami ogrodowymi ubranymi w jeden długi prochowiec) otworzył drzwi lodówki i znalazł tam żonę. Żona nazywała się Helena, ale miała na imię Zbigniew, co bardzo komplikowało rozliczenia podatkowe.

– Remi! – krzyknęła Wiktoria, zeskakując z sufitu prosto w talerz z rosołem. – Twój mąż znowu udaje, że jest mądrzejszy ode mnie! Przez niego moje konto w szwajcarskim banku na Seszelach ma paszport Polsatu!

W tym momencie Julian wpadł do pokoju na wózku widłowym, driftując wokół dywanu. Był ślepo, głupio, wręcz absurdalnie zakochany w fakcie, że Wiktoria uważa go za idiotę, ponieważ dzięki temu mógł bezkarnie kraść własnemu psu skarpetki.

– Kochanie! – wrzasnął Julian, wyciągając z kieszeni żywego homara zamiast telefonu. – Przyniosłem dowody! Nasz dom płonie, policja jedzie na rowerach, a Helena właśnie zdradza mnie z twoim kochankiem, który jest moją teściową!

Cofamy Się do Przodu (Wrzątek w Lodówce)

Helena wyszła z piekarnika, strzepując z ramion pyłek księżycowy. W jednej ręce trzymała dowód osobisty Napoleona Bonaparte, a w drugiej – teczkę pełną zdjęć, na których Wiktoria całuje się z... samą sobą w lustrze.

– Słuchaj no, panie Von-Hallen! – zagrzmiała Helena głosem Donalda Ducka po pięciu kawach. – Twój mąż, który jest moją żoną, sypia z twoim psem za plecami nas wszystkich! Odkryłam spisek! Oni chcą ukraść klif, na którym stoimy, i sprzedać go kosmitom za paczkę fajek!

Wiktoria zmrużyła oczy. Jej pyszałkowatość osiągnęła poziom, w którym zaczęła świecić w ciemności jak psujemy się neon nad tanim barem mlecznym.

– Myślisz, że możesz mnie oszukać, ty... ty... kuchenna szafko?! – wrzaszczała, ciskając w Helenę plikiem fałszywych przelewów napisanych kredką świecową. – Julian jest tak głupi, że pewnie nawet nie wie, w którym wymiarze aktualnie się znajdujemy!

Julian zatrzymał wózek widłowy, wysiadł, poprawił krawat zawiązany na lewym uchu i spojrzał na Wiktorię z czystą, lodowatą nienawiścią wymieszaną z uwielbieniem do pierogów ruskich.

– Wiktorio – powiedział z powagą filozofa, który pomylił solniczkę z cukierniczką. – Owszem, jestem głupi. Ale nie na tyle, by nie zauważyć, że ta historia nie ma ani początku, ani końca, a cały ten klif to w rzeczywistości gigantyczny tort urodzinowy z okazji mojego 150. opowiadania.

Wielki Finał, Który Wydarzył Się Wczoraj

W tym momencie cała rezydencja pękła na pół. Z sufitu zaczęły padać konfetti, pieczone kurczaki i mandarynki. Policja wjechała do salonu na rolkach, a naczelny komendant okazał się być... starym budzikiem Juliana, który dzwonił tak głośno, że aż obudził czytelnika.

Wiktoria została aresztowana przez trzech krasnali ogrodowych, którzy okazali się być agentami FBI pod przykryciem zrobionym z waty cukrowej. Zanim jednak zniknęła w czarnej dziurie pod kanapą, krzyknęła dumno:

– I tak wygrałam! Bo w tym opowiadaniu nikt nie ma pojęcia, o co chodzi!

Julian stał na ruinach klifu, trzymając w ramionach Helenę, która właśnie zamieniła się w kanapkę z szynką. Słońce wschodziło na zachodzie, deszcz padał do góry nogami, a pies-kot miau szczekał na chmury.

– Cóż... – pomyślał Julian, zjadając własny kapelusz. – Przynajmniej jubileusz mamy z głowy.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania