Matylda i dzbanek
Matylda lubiła odwiedzać swoich teściów. Nie tylko dlatego, że byli oni kulturalnymi i inteligentnymi ludźmi, mieszkającymi w pięknej rezydencji nad brzegiem morza, a właściwie to oceanu, ale dlatego, że w ich domu działy się rzeczy niezwykłe, które dla niej, sieroty wychowanej przez zakonnice były zupełnie nieoczekiwane i ekscytujące. Wśród zaproszonych przez Barbarę i Thomasa gości byli ludzie, których twarze gdzieś już widziała. Rozmawiała z ludźmi, których nazwiska gdzieś już słyszała. Z lubością wtrącała się w nudne i jałowe dyskusje, które dzięki niej nabierały rozpędu. Z uśmiechem i dowcipem przycierała noska co niektórym wszechwiedzącym gościom, znającym się na wszystkim, a szczególnie na stopach procentowych i wpływie ich zmian na gospodarkę krajową. Po jakimś czasie nawet starsi, szpakowaci panowie szukali jej wzrokiem, aby utwierdzić się czy ich tok rozumowania w danej sprawie był słuszny.
Któregoś dnia, nudząc się śmiertelnie oglądała „starocie”, stojące w szklanej szafie i zupełnie niechcący stłukła dzbanek do herbaty. Wydawał jej się on taki zwykły, nijaki, o barwie ni to białej ni to kremowej. Brzusiec dzbanka oplatały cieniutkie gałązki bezlitośnie udekorowane maleńkimi różyczkami i zielonymi listeczkami. Na uchwycie i pokrywce widoczne były resztki złoceń. Matylda przepełniona poczuciem winy obiecała, że odkupi im naczynie w podobnym guście. Barbara, lekko ironizując stwierdziła, że musiałaby cofnąć się w czasie o jakieś 300 lat i przenieść się do Środkowej Europy. Okazało się bowiem, że ten brzydki dzbanuszek był jednym z pierwszych porcelanowych naczyń wytwarzanych w Europie. Był on częścią wielkiej zastawy porcelanowej, która od wielu pokoleń należała do rodziny Daniela - jej męża, gdy jego pra - pra - przodkowie mieszkali jeszcze gdzieś w okolicach Drezna. Nikt ze zgromadzonych wówczas gości nie wiedział, czy to miasto nadal istnieje.
Dzbanek rozpadł się na kilka kawałków. Pokrywka i uchwyt rozpołowiły się. Całe szczęście spód został nietknięty. A on był najważniejszy. Znajdował się tam znak firmowy – dwa skrzyżowane miecze wymalowane niebieskim kobaltem. Barbara uspokajała Matyldę. Tłumaczyła jej żeby się tym nie przejmowała, że nic się nie stało, że to tylko dzbanek. Pieczołowitość z jaką zbierała potłuczoną porcelanę i wkładała ją delikatnie do pudełka wyściełanego pluszem wskazywała na coś zupełnie odmiennego.
Po roku Matylda zobaczyła ten sam dzbanek, który wydawał jej się po stokroć piękniejszy. Zauroczona nie śmiała go dotknąć. Śledziła przebieg delikatnych, złotych żyłek biegnących nieregularnie przez jego brzusiec, pokrywkę i uchwyt. Dodawały mu one tyle niepowtarzalnego uroku. Dzbanek promieniał blaskiem i tajemnicą misternej, japońskiej sztuki przywracania ładu z chaosu.
Matylda wyobrażała sobie setki osób, których dłonie dotykały brzuśca dzbanka, podnosiły pokrywkę, sprawdzając, czy herbata się już zaparzyła i nalewały ją do filiżanek w podobnym stylu. Popijając herbatkę dyskutowali, plotkowali, wspominali historię przodków pochodzących z okolic miasta, które nie wiadomo czy jeszcze istnieje. A teraz, dzięki dłoniom mistrza Kintsugi dzbanek nabrał nowego życia i nowe dłonie zadbają o jego dobrostan.
Barbara z oddali patrzyła na nią. Podeszła i powiedziała:
- Dzięki Tobie jest piękniejszy!
Uśmiechnęły się do siebie i patrzyły razem na dzbanek. Po chwili dorzuciła:
- Dzięki Tobie cały świat jest piękniejszy!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania