Mecz Otwarcia, Mecz o Wszystko, Mecz o Honor
Gdyby przeprowadzić badania nad polską tożsamością narodową, okazuje się, że nic nie łączy nas tak silnie jak piłka nożna. Nie chodzi jednak o samą grę, bieganie za skórzaną kulą czy taktyczne zawiłości układane przez zagranicznych trenerów. Naszym prawdziwym sportem narodowym, dyscypliną, w której zdobywamy złote medale rok w rok jest cykliczne przechodzenie od absolutnej euforii do głębokiej, egzystencjalnej rozpaczy.
Każdy wielki turniej lub eliminacje przebiegają według tego samego, usankcjonowanego tradycją rytuału. Rozpoczyna się od fazy pompowania balonika. W mediach pojawiają się nagłówki o „husarii”, „najlepszym pokoleniu od lat” i „młodych talentach z zagranicznych klubów”. Wszyscy stajemy się ekspertami od taktyki, wyliczamy szanse w grupie i kupujemy biało-czerwone gadżety. Na tym etapie jesteśmy gotowi podbić świat, a przynajmniej wyjść z grupy bez straty bramki.
Potem następuje zderzenie z rzeczywistością, podzielone tradycyjnie na trzy akty. Mecz otwarcia, pełen nadziei, zakończony zimnym prysznicem i szukaniem winnych (zwykle murawy, sędziego albo klimatu). Mecz o wszystko, rozgrywany w atmosferze narodowej mobilizacji, po którym okazuje się, że matematycznie wciąż mamy szanse, jeśli drużyna X przegra z drużyną Y, a w czwartek spadnie deszcz ze śniegiem. I wreszcie mecz o honor, spotkanie, w którym nasi grają jak z nożem na gardle, wygrywają 1:0 i pozwalają nam z dumą powiedzieć: „A nie mówiłem? Potrafią, tylko im się wcześniej nie chciało!”.
Co jest najbardziej fascynujące w polskich piłkarzach? Ich niezwykła zdolność do generowania nagłówków prasowych po meczu. Po dotkliwej porażce w strefie mieszanej zawsze padają te same, nieśmiertelne zdania: „Musimy wyciągnąć wnioski”, „Zabrakło nam kropki nad i” oraz legendarne „Przeciwnik postawił trudne warunki”. To fantastyczna figura retoryczna, sugeruje bowiem, że największym problemem naszej reprezentacji jest fakt, że po drugiej stronie boiska ktoś w ogóle odważył się wyjść i przeszkadzać.
A to, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze, że przy następnym meczu znów zasiądziemy przed telewizorami. Kupimy przekąski, założymy koszulki i z zapartym tchem będziemy krzyczeć przy każdym podaniu. Gdyż polski kibic to niepoprawny romantyk. Nie kibicuje dla łatwych zwycięstw, kibicuje dla tego jednego momentu na dziesięć lat, kiedy wszystko wychodzi idealnie, a my możemy czuć się jak mistrzowie świata.
A że pomiędzy tymi momentami musimy przełknąć kilkadziesiąt „meczów o honor”? Cóż, najwyraźniej budowanie charakteru wymaga poświęceń.
Komentarze (1)
https://www.opowi.pl/nic-sie-nie-stalo-obym-sie-mylil-a94308/
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania