Medalik

Moje pierwsze wspomnienie, co prawda mgliste, ale jednak utrwalone po dziś wizją pleneru, w którym główną atrakcję stanowił dąb i zielona ławeczka, sięga mojego czteroletniego wieku. Nigdy tego nie mogłem zlokalizować, było to miejsce bardzo zwyczajne, niczym niewyróżniającym się pośród tych, które miałem okazję poznawać w późniejszych latach życia. I to właśnie budziło we mnie dylemat, stanowiło powód do powielania pytania, dlaczego to zostało usytuowane wśród znaczących wydarzeń

Nigdy nie pozwoliłem sobie zdjąć medalika, który za wszelką cenę usiłowała mi odebrać mama posiłkując się argumentacją o zbyt wielkiej wartości. Nie posiadałem wiedzy na temat jego darczyńcy, ale na pewno nie był nim nikt z członków rodziny, co bardziej czułem niż wiedziałem.

Matka była dla mnie osobą z którą nie wiązałem cieplejszych uczuć niż życzliwe, rezerwa z jaką podchodziłem do niej, spowodowana była jej mową ciała, a nade wszystko spojrzeniem bez głębi. Co dziwne nie wykazywałem większego zainteresowania, by ten proces odwrócić, by stworzyć podwaliny pod więź, jaką powinienem odczuwać. Potrzebowałem tego, byłem spragniony ale nie wierzyłem, że ona może to mi zagwarantować.

Pewnego dnia w szkole, gdy mieliśmy narysować coś swojego, takiego domowego, Ania narysowała bławatki, ogródek i piaskownicę. W analogicznym czasie, na mej kartce znalazł się mój cocker spaniel Amor, dąb, ławeczka, a więc moje niewyparte wspomnienie. Ania zapytana, dla kogo te kwiaty, odpowiedziała, że dla swej mamusi, co dało mi do zrozumienia, że ja nawet o niej nie pomyślałem, nie mówiąc o obdarowaniu jej kwiatami.

Jako nastolatek przefiltrowałem swą bierność uczuciową na gnuśność, wręcz podłość, zaspokajaną czynami, których apogeum nastąpił w postaci kradzieży. Skierowane to było na zniszczenie dobrego imienia matki, jej unicestwienie, jako poprawnego wychowawcy młodego człowieka. Nie zależało mi na zaistnieniu, wypłynięciu wśród swej braci, bo tych nie miałem na uwadze, ale ze świadomością jej, jedynej mej niewiadomej. Zawsze wyrachowanej, wiedzącej, co powiedzieć, utrzymującej fason, galanterię, poziom, jakby miała wycięty układ nerwowy.

Miałem psa i podczas jednej z wypraw z Amorem poznałem Wiktorię, której suczka polubiła bawić się z moim ulubieńcem, co doprowadziło w konsekwencji i do naszego zbliżenia. Nim staliśmy się pełnoletni nakłoniłem ją do kopulowania, wcześniej szantażując, wymuszałem na niej zaufanie, wyśmiewałem małostkowość, katolicką mentalność. Nie zważałem na przyszłość, choć nie liczyłem się z konsekwencjami, więc gdy zadzwoniła zapłakana przekazując mi wiadomość o 6 tygodniu, nie odebrałem to jako jej tragedii, ale jednak mnie zaskoczyło.

Jej matka była innego zdania, wyłożyła to mojej w sposób niepodlegający dwuznaczności, o czym usłyszeli nawet ci mniej ciekawscy. Siedziałem w swoim pokoju, czekając na kulminację po wyjściu tej histeryczki, nie spodziewałem się jak bardzo będzie to przełomowa chwila. Musiała mi w tym pomóc Weronika, dopiero to ją rozłożyło, sprawiło, że wygrałem, udowodniłem jej swą rację.

Wystarczyło tylko zapytać, jak zamierza wyedukować moje dziecko, skoro nie wychodzi jej rola rodzicielki, nie ma pojęcia o uczuciach wyższych. Podeszła do mnie, spojrzała jak osoba deklamująca poemat i rzekła, że źle się stało, nigdy nie powinna mnie zabierać mojej matce. Wprawiła mnie w stanie osłupienia, by po chwili dotarło do mnie, że to przez nią straciłem wiele lat, moja podświadomość została naznaczona jej zachcianką

Wyciągnąłem wszystkie swe żale, wyimaginowane możliwości, utracone ciepło, szanse, co mi przyszło do głowy, a ona stała nieporuszona, jakby była w amoku. Wymogłem fakty, relacje, wszelkie wiadomości, niuanse, dane, żądając podania aktualnego adresu. Podeszła do biurka, zapisała miejscowość i wyciągnęła 300 złotych.

Spakowałem plecak, obmyślając swoje nowe życie, nie chciałem nawet minuty zostać dłużej w tym miejscu obłudy. Opatrzność wreszcie pozwoliła mi zacząć działać, mogłem odblokować swoje serce, nic już mnie nie połamie. Wychodząc jeszcze raz się ośmieszyła, chcąc zagłuszyć swoje sumienie, zapewniała, że tu zawsze jest miejsce dla mnie.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Marian 03.04.2017
    Zupełnie niezły tekst mówiący o trudnych relacjach matka-dziecko. Mam pewne zastrzeżenia co do jego poprawności językowej. Pozdrawiam.
  • Robert. M 03.04.2017
    Tak, tak, ta część z medalikiem powinna być inaczej sformułowana, zbyt wiele w niej chaosu, poprzestawiany szyk zdania, no i końcówka, gdzie ni w Pis ni w Po nie wiadomo kto wyszedł. Powinno być - "Gdy wychodziłem...." a i zaznaczyć jakimś sentymentalnym akcentem rolę medalika. ...Dzięki za chwilę uwagi i sumienny komentarz....Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania