Mercosur: Déjà vu. Historia Magistra Vitae Est”,
**Przed nim rozciągało się pole, które według prawideł dziadów powinno być dumą gospodarza. Dziś było jego przekleństwem.
Zamiast żąć, Jakub wziął pochodnię.
– Jakubie, czyś ty oszalał? – głos żony drżał, gdy wybiegła z chałupy. – To chleb! To na zimę!
– Spójrz na to! – Wskazał na sąsiednią wieś, gdzie zarysy stodół uginały się pod ciężarem zboża, którego nikt nie kupował. – Z Ameryki przywieźli tańsze. Statek za statkiem. Nasi handlarze wolą kupić tam, za oceanem, bo taniej niż u nas. To, co mamy, jest warte mniej niż pył na moich butach.
Zarządca dworu (dziś rząd) mówił to samo: "Nie opłaca się zbierać, panie Jakubie. Koszt kosiarzy przewyższy zysk. Zostawcie to, albo spalcie, przynajmniej ziemia zyska popiół".
Ogień chwycił natychmiast. Suche łany, które miały karmić rodzinę, teraz huczały niczym zapalona słoma. To nie był akt rozpaczy wariata. To był pogrzeb. Pogrzeb dawnego porządku, w którym praca rąk na własnej ziemi gwarantowała byt. Teraz, w obliczu wielkiego świata, który stał się nagle tak mały, że zboże z Ameryki podróżowało tysiące kilometrów, by zniszczyć polskiego chłopa, Jakub stał i patrzył, jak płonie jego praca.**
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania