Poprzednie częściMerfi, Smif, Niekita I Kita

Merfi I Smif

Opowiadanie

 

"Merfi I Smif"

 

gatunek: akcja/podróże/fantastyka/surrealizm/przygoda

 

Planeta Dreamworld, Wielkie Tropikalne Plażowe Miasto Na Dużym Subtropikalno-Tropikalnym Półwyspie, rok 1991.

 

WYPŁYNIĘCIE JACHTEM NA AKCJĘ

 

Ciepły i słoneczny środek dnia. Merfi i Smif, dwaj trzydziestokilkuletni oraz międzywymiarowi łowcy potworów i poszukiwacze przygód, byli ubrani w okulary przeciwsłoneczne, koszulki hawajskie, dżinsowe spodnie oraz w buty sportowe. Szli wzdłuż promenady, oddzielającej długą i szeroką plażę od rzędu otoczonych tropikalnymi ogrodami hoteli z basenami, klubokawiarni i innych lokali.

 

Po drodze minęli kilkuosobową grupkę dwudziestokilkuletnich skejtów i skejtek na deskorolkach, dwudziestokilkuletniego kolportera na rowerze, następnie trzymającego czarną teczkę czterdziestokilkuletniego urzędnika w beżowym garniturze, idącego do pracy, i duży uliczny zespół muzyczny, grający na zestawie perkusyjnym, fortepianie, skrzypcach, kontrabasie, gitarach, ksylofonie, kongach oraz bongosach, a także śpiewający, scatujący i rapujący. Łowcy potworów przechodzili przez duży park w centrum miasta. Nagle, wszędzie w tle zaczęła lecieć muzyka z gatunku techno.

 

— Jeśli wokół nas rozbrzmiewa ten dźwięk, to znaczy, że najprawdopodobniej czeka nas jakaś akcja — stwierdził Merfi.

— Masz rację — potwierdził Smif.

 

Mężczyźni wyszli spomiędzy potężnych drzew liściastych na dosyć rozległy trawnik, a tam czekał na nich nieduży, pomarańczowo-żółto-różowo-zielony helikopter. Podbiegli do niego, otworzyli drzwi, weszli do środka, zamknęli drzwi, a wtedy pojazd oderwał się od powierzchni polany, wzniósł się ponad drzewa i poleciał w kierunku przystani jachtowej. W międzyczasie, rozbrzmiewający w tle utwór muzyczny zmienił się nagle na inny. Odtąd było słychać muzykę z gatunku new wave, synthpop i space disco. Zanim śmigłowiec wylądował na lądowisku dla helikopterów, przefrunął między wieżowcami oraz nad gwarną promenadą, lekko i nie za szybko kołysząc się na boki. Kiedy zetknął się z podłożem, a śmigła przestały się kręcić, poszukiwacze potworów oraz przygód wyszli na zewnątrz, przebiegli przez przystań po całej jej długości, dotarli do jachtu motorowego średnich rozmiarów, weszli na pokład i popłynęli, a wtedy śmigłowiec oderwał się od podłoża oraz poleciał, wkrótce znikając za wieżowcami, drzewami i palmami.

 

— Ruszamy na akcję — oznajmił Smif.

— Ale odlotowo! Pewnie czekają na nas przebojowe przygody! — powiedział z wielkim entuzjazmem Merfi.

 

WALKA Z POTWORAMI NA WYSPIE

 

Murphy i Smith przypłynęli do wybrzeży pięknej, tropikalnej wyspy o urozmaiconym krajobrazie. Jacht zatrzymał się przy drewnianym pomoście, a wówczas oni przeszli z łódki na molo i pobiegli na złocistą plażę z rozsianymi po niej wielkimi kamieniami, które były porośnięte wodorostami. Nad ich głowami przefrunął pelikan, dwie mewy i trzy papugi. Wtedy nagle, spomiędzy stu osiemdziesięciu siedmiu dziewięciometrowych palm wachlarzowych, na których rosły lilie, tulipany, owoce granatu, hibiskusy, banany, kokosy i ananasy, wyskoczyły dwa człekokształtne potwory, posiadające błony pławne między palcami rąk jak i nóg, oraz uzbrojone we włócznie. Jeden zwierzołak był zielonym gadem, a drugi fioletowym płazem. Oba zaczęły biegnąć w kierunku mężczyzn, którzy szybko wyciągnęli zza swoich pleców po jednym brązowo-beżowym pistolecie, wyglądającym jak rewolwer, i zaczęli strzelać do agresywnych stworów. Robili uniki, kucali, biegali, skakali, aby nie zostać trafionym włócznią. Aż w końcu, cudem udało im się to, a było bardzo ciężko. Ustrzelili intruzów, wychodząc przy tym bez szwanku.

 

— Dopiero początek wycieczki, a jedna przygoda już za nami! — zażartował Merfi.

— Bądźmy przygotowani na to, że może czekać nas tu przygód bez liku! — dodał Smif.

 

Nagle, z morza wylazło pięć pięciogłowych i piętnastonogich płazów wielkości muflona. Dzierżyły one w swych błoniasto-szponiastych łapach topory, młoty oraz szpady. Rechocząc, sycząc i warcząc, stwory zaczęły biegnąć prosto na mężczyzn, ale ci wpadli na pomysł, aby biegać między znajdującymi się na plaży wielkimi głazami. Schowali pistolety do międzywymiarowych, niewidzialnych schowków umiejscowionych na swoich plecach i z tych samych, magiczno-kosmicznych, tajnych skrytek wyciągnęli pomarańczowo-żółto-zielone karabiny maszynowe. Uciekali i strzelali. Omal się złapać nie dali, lecz jakimś cudem wszystkich najeźdźców wystrzelali.

 

— No i już druga przygoda za nami! — wypowiedział się z uśmiechem Merfi.

— Może nadejść ich jeszcze więcej, kiedy będziemy przechodzić przez ten las, aby zobaczyć, co znajduje się dookoła nas! — odpowiedział Smif, zapowiadając dalszy rozwój wydarzeń.

 

Podróżujący łowcy potworów weszli do tropikalnej dżungli. W pewnym momencie, przeszli niedaleko bagnistego stawu, w którym kąpały się hipopotam i aligator, ucinając sobie pogawędkę o sensie istnienia, a także o wieloświatowej krainie, czekającej na nich tuż za niewidzialną zasłoną, chodzącą im po głowach.

 

— Widziałeś coś dziwnego? — spytał Smif.

— Nieee, nic! — odpowiedział żartobliwie Merfi.

 

Mężczyźni minęli beżowy kamienny totem, porośnięty roślinami pnącymi o mniejszych oraz większych liściach, a wtedy kilkadziesiąt metrów przed nimi stanęły dwa dinozaury drapieżne średniej wielkości: Baryonyx i Suchomimus.

 

— Chyba nadszedł odpowiedni czas, aby sięgnąć po jakiś bardziej wymyślny i skuteczniejszy oręż! — stwierdził Smif.

— Myślę, że to będzie dobry pomysł! — zgodził się Merfi.

 

Schowali karabiny maszynowe za swoje plecy i wyciągnęli inną broń, mianowicie Smif wyjął wyrzutnię rakiet, a tymczasem Merfi sięgnął po wyrzutnię granatów. Zaczęli strzelać do biegnących w ich kierunku i ryczących dinozaurów, uciekając między potężne drzewa liściaste z lianami. Pokonali prehistoryczne gady w ciągu kilku minut. Wkrótce zjawiły się przeróżne zwierzęta padlinożerne, takie jak sępy, hieny, likaony, warany i różne bezkręgowce, które obgryzły szczątki wielkich stworów aż do samych kości. Tymczasem, łowcy potworów schowali swoją obezwładniającą broń, po czym poszli dalej. Przeszli przez kilka mostów nad rzekami, jak i przez słoneczne wzgórza oraz wilgotne niziny, a wtedy natrafili na nieduże, drewniano-murowane miasteczko, leżące nad morzem lub oceanem, niedaleko dwóch jezior i pełne rzek, kanałów oraz mostów.

 

MIASTECZKO

 

Merfi i Smif przeszli się po ulicach niedużej, przytulnej oraz czarującej miejscowości, pełnej budynków z okiennicami i doniczek z kolorowymi kwiatami pod wieloma oknami, a także po ogrodach przy domach, jak i różnych lokalach. Było słychać skowronki, papużki oraz kanarki, a także instrumenty muzyków grających na deptakach, placach i trawnikach. Uwagę dwóch mężczyzn, podróżujących po wyspie, przykuły tajemnicze, dziwne oraz zaskakujące pudła i skrzynie, które nagle, jakby znikąd, pojawiły się na ulicach oraz chodnikach i w parkach.

 

— Zobacz, po ulicach walają się dziwne, tajemnicze skrzynie i pudła! — spostrzegł Merfi.

— Ciekawe, skąd i dlaczego się tu wzięły? — zastanawiał się Smif.

— Spróbujmy się tego dowiedzieć. Możliwe, że spotka nas kolejna, dziwna, przebojowa przygoda! — zaproponował Merfi.

— Ślad wydaje się prowadzić do dzielnicy przemysłowej — zauważył Smif.

— Chodźmy więc sprawdzić, co może się tam skrywać — zachęcił Merfi.

— Myślę, że to dobry pomysł — stwierdził Smif, po czym obaj poszli za tropem, aż dotarli do dzielnicy przemysłowej.

 

MAGAZYN PEŁNY DZIWNYCH SKRZYŃ I PUDEŁ

 

Poszukiwacze przygód weszli do jednego z wielkich magazynów, otaczających plac, po którym spacerowały gryzonie i karaluchy. Wewnątrz posiadającego trzy kondygnacje budynku, leżały duże ilości tajemniczych, mniejszych oraz większych drewnianych skrzyń i kartonowych pudeł, na których widniały dziwne napisy w niezrozumiałym języku. Mężczyźni unieśli się w powietrzu. Pofruwali po całym wnętrzu pomieszczenia. Wylądowali na dwóch pudłach. Poprzeskakiwali z jednego na drugie. Przez magazyn przefrunęło kilka przenikających przez ściany i świecących rozgwiazd, które unosiły się to do góry, to na dół. Podróżnicy zeskoczyli na podłogę.

 

— Czas na trochę akcji! — ogłosił Merfi.

— Ooo, tak! — dodał Smif.

 

Łowcy potworów wyciągnęli zza swych pleców po dwa złoto-brązowe karabiny maszynowe, a wokół nich zjawiło się pięć niedużych, dwunożnych dinozaurów drapieżnych z rodzaju Achillobator. Jeden z nich był brązowy, drugi pomarańczowy, trzeci żółty, czwarty beżowy, a piąty - zielony. Zaczęły biegnąć w stronę ludzi z zamiarem zabicia i zjedzenia ich, ale ci uciekli dzikim zwierzętom mięsożernym, skrywając się za pudłami, skrzyniami oraz filarami, a w międzyczasie strzelając do krwiożerczych stworów, które w tej potyczce zostały lekko ranne, po czym szybko uciekły z budynku i rozbiegły się po dżungli porastającej dużą część wyspy. Wkrótce mężczyźni również wyszli na zewnątrz, a następnie weszli w głąb lasu, pełnego bananowców, ananasów i strelicji.

 

TROPIKALNY LAS DESZCZOWY

 

Merfi i Smif spacerowali po tropikalnym lesie deszczowym. Przechodzili po drewnianym moście, zawieszonym nad bagienną rzeką, kiedy nagle z wody na rozległe torfowisko wyskoczył zielono-żółto-beżowy dinozaur Baryonyx, który właśnie kończył zjadać świeżo upolowaną rybę, najprawdopodobniej niedużego szczupaka albo suma. Odwrócił się w stronę mężczyzn, którzy zdążyli przejść na drugą stronę mostu. Powoli, i coraz szybciej, zaczął iść w ich kierunku. Zatem więc uciekli, strzelając do niego z karabinów maszynowych. Drapieżny stwór został lekko ranny, natychmiast po czym zrezygnował z dalszego pościgu i prędko skrył się pośród ogromnych drzew z lianami oraz kilkumetrowyych palm o wielkich liściach w kształcie wachlarzy.

 

Podróżnicy schowali broń i poszli dalej. W pewnym momencie, zostali zaatakowani przez trzy bardzo małe, zielono-brązowo-pomarańczowe dinozaury drapieżne z rodzaju Procompsognathus, mające zaledwie po jednym metrze i dziesięciu centymetrach długości. Zwierzęta wyskoczyły zza kolonii około dwudziestu przerośniętych muchomorów, które były duże jak taborety. Ludzie odstraszyli je kopnięciami z półobrotu i poszli dalej. Wspięli się na gigantyczne drzewo liściaste. Zostali zaskoczeni przez cztery agresywne pterozaury wielkości indyka. Jeden był zielony, drugi żółto-beżowy, trzeci brązowo-niebieski, a czwarty - pomarańczowo-niebieski. Łowcy przygód wyciągnęli zza swoich pleców kije i kamienie, a wtedy zaczęli nimi rzucać w drapieżne latające stwory. Dwa spadły na brzeg bagiennego stawu i zostały zjedzone przez salamandry duże jak krowy, a dwa pozostałe odleciały na jedno z setek innych potężnych drzew, po czym schowały się w ogromnej dziupli, w której niegdyś mieszkał dzięcioł rozmiarów strusia. Tymczasem ludzie przeskoczyli z gałęzi na rozległą skałę i poszli dalej.

 

OPUSZCZONA FABRYKA

 

Merfi i Smif zeszli z wielkiej skały na podłoże, które okazało się być wykonane w jednych miejscach z asfaltu, a w innych - z betonowych kafli o różnych kształtach i rozmiarach. Łowcy przygód spojrzeli przed siebie. Za kawałkiem lasu, zobaczyli fabrykę, opuszczoną kilka lat wcześniej. Jej rozmiar sugerował, ze niegdyś mogło w niej pracować nawet kilkaset osób. Podczas pokonywania trasy, mierzącej kilkaset metrów, spotkali dwa spacerujące Brachiosaurusy i cztery biegnące Triceratopsy, a także zostali zaatakowani przez dwa brązowo-pomarańczowo-żółto-beżowe Utahraptory, oraz przez pięć zielono-żółto-beżowych Procompsognathusów. Wyciągnęli srebrno-brązowe pistolety i ustrzelili drapieżniki. Zanim ludzie w końcu dotarli do wrót fabryki, napotkali przebiegające wszędzie dookoła nich stado różowych, pomarańczowych, żółtych, beżowych, brązowych i jasnozielonych Gallimimusów, liczące kilkadziesiąt osobników.

 

— Przebojowe klimaty, yo! — wyraził swoją opinię Merfi.

— Też tak myślę. Uważam, że nasze przygody są tak bardzo niezwykłe, że być może jednego dnia znajdą się w jakimś opowiadaniu — stwierdził Smif.

— To prawdopodobnie byłby ciekawy tekst. Na przykład do czytania na wycieczkach bliższych lub dalszych, albo na spotkaniach koleżeńskich, w domu, ogrodzie, parku lub nad rzeką. Może kiedyś i ja napiszę opowiadanie z elementami autobiograficnzymi?

— Ja chyba też. Dosyć oryginalnie brzmiący sposób na surrealizowanie głowy zarówno przez autora samemu sobie, jak i czytelnikom oraz czytelniczkom. Mam już kilka pomysłów na zadziwiająco i niewiarygodnie brzmiące motywy do fabuły!

— Myślę, że być może dobrym motywem byłoby umieszczenie obu naszych wersji rzekomej historii w jednym tomie.

— W pierwszych kilku latach to mógłby być hit, a przez kolejnych kilkanaście do czterdziestu kilku lat, byłby on klasykiem.

 

Łowcy potworów weszli do wnętrza obszernego budynku. Przez wielkie okna, w których nie było szyb, wyfrunęło pięć pterozaurów wielkości kuropatwy. Ludzie zauważyli drabinę, prowadzącą na wyższą kondygnację, skąd rozpościerał się lepszy widok na całe pomieszczenie. Zaczęli iść w jej kierunku, kiedy niespodziewanie na ich drodze zjawił się kolejny dinozaur drapieżny, Dilophosaurus. Większy niż Procompsognathus, ale mniejszy niż Baryonyx. Rozmiarami ciała bliższy znacznie bardziej Gallimimusowi, strusiokształtnemu roślinożercy. Zaczął otwierać paszczę, rozstawiać przednie łapy i zginać nogi, szykując się do bojowego skoku na ludzi. Na jego widok, mężczyźni schowali pistolety, wyciągnęli karabiny i zaczęli strzelać. Lekko ranny zwierz zrezygnował z ataku, który zamierzał przeprowadzić. Wskoczył na ścianę, przebiegł po suficie i skrył się za stojącą nieopodal wielką metalową skrzynią, z której wystawały rury oraz kable.

 

Podróżnicy weszli po drabinie na wyższą kondygnację, a tam dwa prokompsognaty jadły świeżo upolowanego ślimaka wielkości piżmaka. Ludzie ominęli znalezisko i poszli dalej. Dotarli do schodów. Zeszli na dół oraz wyszli z pomieszczenia na zewnątrz, gdzie zastali rozległy betonowy plac, miejscami porośnięty trawą i polnymi kwiatami. Z jednej strony był on otoczony wyższymi oraz niższymi budynkami, a z drugiej - rozległą, słoneczną łąką. Dalej w tle, na horyzoncie, rosły drzewa liściaste oraz palmy. Po polanie przeszły trzy stegozaury i dwa ankylozaury. Łowcy potworów przeszli przez słoneczną łąkę, po której pełzały żmije wielkości węża strażackiego oraz łaziły skorpiony duże jak koty. Następnie, dwóch kolegów po fachu, pełnych poczucia humoru ale i walecznych, poszło w las, a tam zastali długie, wąskie oraz niezbyt wysokie wzgórze, za którym natrafili na szeroką i głęboką, bagnistą rzekę.

 

BAGIENNA RZEKA

 

Na jednej z niewielkich plaż u brzegów rzeki, Merfi i Smif znaleźli niewielki jacht motorowy, mniejszy niż ten, którym przypłynęli na tę tajemniczą, dziwną, oraz pełną niebezpiecznych stworzeń wyspę. Weszli na pokład, odbili się od brzegu i popłynęli wzdłuż wielkiego zbiornika wodnego, w poszukiwaniu kolejnych przygód oraz akcji. Płynąc i będąc otoczonymi przez setki potężnych drzew z lianami, zobaczyli ławice ryb podobnych do tuńczyków, traszki wielkości dzika, tarbozaura goniącego po polanie stadko Struthiomimusów, cztery kąpiące się w rzece zielono-beżowe brachiozaury z głowami wystającymi ponad powierzchnię wody, a także Spinosaurusa, jedzącego na plaży upolowaną niedawno rybę, podobną do niewielkiego rekina albo do jesiotra. Mężczyźni dopłynęli do wzgórz, rozpościerających się przed nimi. Zeszli na ląd i dalej poszli pieszo, bo rzeka wpływała do jaskini.

 

— To ci bagnista rzeka! — stwierdził żartobliwie Merfi.

— He he he! — zaśmiał się Smif.

 

TAJEMNICZE GÓRY I PODZIEMNE PRZEJŚCIE

 

Kiedy Merfi i Smif szli przed siebie, porośnięte tropikalną dżunglą wzgórza powoli stopniowo ustąpiły miejsca skalistym górom, pokrytym subtropikalnymi lasami, lasostepami oraz stepami. Znaleźli rozległe kamienne kręgi, na których widniały płaskorzeźby i malowidła przedstawiające zagadkowe napisy w niezrozumiałym języku, a także ludzi tańczących wokół ogniska oraz grających na instrumentach muzycznych. Kiedy poszukiwacze przygód przemierzali wietrzny, skąpany w promieniach słonecznych płaskowyż, to od czasu do czasu w oddali, pośród otaczających ich lasostepów, pełnych kwitnących i owocujących roślin liściastych oraz wysokich traw i kwiatów, przebiegł drobny dwunożny dinozaur z rodzaju Archaeornithomimus lub Compsognathus, albo stadko takowych stworzeń.

 

— A co to? Emu? — spytał żartem Smif.

— Nie wiem. Może to i emu? A może to nandu? — odpowiedział zabawnie Merfi, który również nie był pewny, co to było.

 

Podczas spaceru, znaleźli otwór wielkości garażu, a wewnątrz niego schody prowadzące do, jak się okazało, wnętrza pustej skały, czyli ukrytej jaskini. Weszli do środka.

 

— A to ci dopiero niespodzianka! — skomentował żartobliwie Merfi.

 

Wewnątrz tego tajnego, podziemnego korytarza, po ścianach łaziły zaleszczotki i kosarze wielkości mewy, a światło, które sprawiało że panowały tam nie ciemności lecz półmrok, wydostawało się nie wiadomo skąd. Miejscami rosły muchomory, pieczarki i borowiki ogromne jak kolumny.

 

— Jakieś dziwne jest to miejsce! — rzucił z nutą humoru Smif.

 

Nagle, podróżnicy dotarli do zygzakowatego korytarza o jasnobrązowo-żółtawych, drewnianych ścianach, po których łaziły ćmy rozmiarów liści dębu albo klonu. Po jednej stronie znajdowały się dwa kamienne portale międzywymiarowe do innych światów oraz wymiarów, między innymi subtropikalno-morskich, a po drugiej stronie również widniały takie same portale, i także dwa.

 

Mężczyźni weszli do pierwszych drzwi. Kręciła się tam planeta, uformowana z wirującego światła oraz koloru, a otoczona przez srebrzyste chmury, z których złote gwiazdy wylatywały w niebiesko-różową przestrzeń kosmiczną, zamieszkiwaną przez talerze latające o różnych rozmiarach i kolorach. Wyszli z pierwszego portalu, a następnie weszli do drugiego. Tam, na tle dalekiego kosmosu w samym środku nocy, świecąca śniegowa chmura kręciła się w kółko, a oni wraz z nią. Poszybowali na planetę dziwnych barwnych kamieni. Kiedy weszli do klubokawiarni w kształcie graniastosłupa, to zostali wyrzuceni z powrotem do tajemniczego korytarza.

 

Tym razem, z sufitu zwisała lampa w kształcie konewki, która świeciła na zielono, a ściany wyglądały jak lawa. Poszukiwacze przygód przeszli przez trzecie drzwi, a wtedy znaleźli się w innym wymiarze. Kratery po uderzeniach meteorytów były wiotkie jak galareta. Pod przezroczystą ziemią pływały dziwne ryby, wyglądające jak potwory z horrorów albo koszmarów. To chyba były ryby z najgłębszych znanych miejsc w morzach i oceanach. Tymczasem po niebie fruwały huczące oraz buczące banany i ananasy. Mężczyźni wyszli z innego wymiaru, po czym przedostali się za czwarte drzwi. Tutaj przywitała ich plaża, nad którą wisiało różowo-fioletowe niebo, w połowie zasłonięte przez szare chmury, pędzące szybko jak samoloty, albo jak pioruny lub błyskawice. Pod sklepieniem nieba, unosiły się tapiry, siedzące na kanapach, jedzące różne smaczne przekąski i oglądające wesołe reklamy oraz zabawne komedie o klaunach, różowych gorylach, zielonych krowach jeżdżących na moa i udających kowbojów, a także jeszcze wiele innych postaci oraz stworzeń.

 

Wreszcie, czasoprzestrzenna przejażdżka skończyła się i łowcy potworów wrócili do magicznego korytarza, co jakiś czas zmieniającego swoje kształty i barwę. Doczekali niezwykłego i wspaniałego momentu. Przed sobą ujrzeli wyjście na powierzchnię oraz światło ciągle trwającego słonecznego środka dnia. Bardzo niecodziennego, wręcz niesamowitego i niewiarygodnego dnia. Kiedy wyszli na zewnątrz, dookoła nich, i to aż po horyzont, rozciągały się tylko kamienie, skały, piaski oraz żwiry. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo tu było coś jeszcze. I to bardzo dużo tego czegoś. Zdecydowanie. To wisiało w powietrzu. Tak naprawdę, było absolutnie wszędzie. Były to wyższowymiarowe, owadopodobne stworzenia, które wiecznie imprezowały, podróżowały i wypoczywały. Bez przerwy pojawiały się i znikały.

 

PUSTYNIA

 

Merfi i Smif szli po obszarach piaskowych, kamienistych i skalistych. Słońce nad tą strefą świeciło mocniej, ale na szczęście wiał lekki, w miarę chłodny wiatr. Nad spotykanymi od czasu do czasu pojedynczymi palmami, kaktusami, drzewami i kwiatami, tudzież ich niewielkimi skupiskami, liczącymi nie mniej niż dwieście roślin, latały kolorowe motyle, kolibry, kruki, sowy, sępy i papugi. Po piaskach pustyni pełzały węże, żmije i padalce.

 

— He he heee! — śmiały się złowieszczo gady.

 

Podróżnicy stanęli w odległości dziesięciu metrów od siebie, skierowani w stronę błyszczącej tarczy słonecznej, schowali karabiny, rozpostarli swe ręce i zaczęli tańczyć taniec porannej rosy oraz deszczu kwiatów, a wtedy nad nimi przefrunęło mieszane stado kilkudziesięciu pelikanów i flamingów. Na tle jasnoniebieskiego nieba zjawiło się siedem szerokich, płaskich, żółto-pomarańczowo-różowo-fioletowych chmur, a nad nimi tańczyły motyle wielkie jak samoloty. Nieopodal przefrunął roślinny, zielono-brązowy parowóz z czasów międzywojennych, ale z zupełnie innego, alternatywnego świata. Z krainy wieżowców, mających kształt tulipanów i róż. W pięciu wagonach o kształcie zabytkowych tramwajów z San Francisco, Nowego Orleanu, Lizbony, jak i z Sóller na Majorce, siedziały humanoidorośle, sztucznie wyewoluowane przez wielkomózgie spodkoludki, z drzew takich jak platany, magnolie oraz tulipanowce. Roślinne istoty jadły sałatkę z mięczaków, skorupiaków i dziwnych owoców, popijając ją wielobarwnym, dziwnym oraz tajemniczym napojem.

 

Tymczasem, z podłoża wyrósł drewniany dom jednorodzinny średniej wielkości, otoczony wyschniętym trawnikiem i płotem z potężnych badyli. Obok przeszedł wielbłąd ze skorupą żółwia morskiego na grzbiecie, oraz ze szczypcami przerośniętego homara, wyrastającymi z boków zmutowanego ciała. Po kuchni baraszkowały tańczące i śpiewające owady, takie jak fioletowe karaluchy i różowe chrabąszcze. Przed oknem, w powietrzu unosił się granatowy kapelusz, z ukrywającym się w jego wnętrzu zielonym kangurem o skrzydłach złotego pawia.

 

— Ale przebojowe przedstawienie! — wyraził swoją opinię Merfi.

— Naprawdę odlotowe i istnie cyrkowe! Takiego ciągu różnych, niezwykłych zdarzeń oraz zjawisk, to ja raczej dawno nie widziałem! — dodał Smif.

 

Z ziemi, a raczej z piasku, wyłonił się krąg monumentalnych, beżowo-pomarańczowych kolumn, pokrytych bardzo osobliwymi hieroglifami, które były wyryte, a poruszały się jak jakiś zwariowany i zabawny film animowany, albo jak liście trawy plażowej, łopoczące na wietrze tak bardzo silnym, że zmieniającym rozmiar, kształt oraz położenie wielkich ruchomych wydm, będących wręcz fantazyjnym cudem natury.

 

Między nimi wyrósł wielki kamień, który zmienił się w luksusowy zamek, pełny tajemniczych pomieszczeń i dziwnych zakątków. Nad nim fruwały kolorowe chmury w kształtach różnych figur geometrycznych, takich jak gwiazdy pięcioramienne i ośmioramienne. Majestatycznie tańczyły po niebie z różnymi planetami oraz mgławicami, wesoło śpiewając przy tym, a barwne nuty wznosiły się wysoko w powietrze, po czym znikały, zamieniając się w świecący i błyszczący, gwiezdny pył, który następnie przeobrażał się w modliszki, ważki oraz ćmy, odlatujące daleko za horyzont, nad jezioro otoczone pasmem lasów i lasostepów, gdzie rosły maślaki, porosty, gąbki, koralowce, ukwiały oraz glony.

 

— Łooooo! — krzyknęli zaskoczeni łowcy potworów na widok zamku. Podbiegli pod jego wrota.

— Łooooouuuuu! — zaśpiewały kolumny.

 

Ludzie weszli do środka. Wewnątrz natrafili na duże, bogato ozdobione pomieszczenie. Wydawało się, że to sala tronowa. Zza jednej z kolumn wyskoczyło sześć człekokształtnych istot z głowami zwierząt: ibisa, jamnika, lwa, krokodyla, sępa i węża. Każda z tych niecodziennych oraz oryginalnych postaci miała głowę innego gatunku.

 

— He, he, he, he, he! — zaśmiały się stwory.

— Co? — spytali zaskoczeni Merfi i Smif.

— Nic — odpowiedziały dziwne i tajemnicze postacie.

— He, he, he, he, he! — zaśmiali się Merfi i Smif.

— Dziwna historia — stwierdził Smif.

— Dziwna historia dopiero nadchodzi. Właśnie do głowy wpadła mi rakieta, zawierająca nowy kapitalny pomysł! — obwieścił Merfi.

— Pomysł na co? — spytał Smif.

— Pomysł na napisanie opowiadania zainspirowanego dziwnymi czasami, a także utworami parodiującymi dziwne czasy.

— Myślę, że ten dziwny pomysł brzmi bardzo dobrze!

 

Postacie o głowach zwierząt wskoczyły na ściany i zaczęły szybko po nich biegać. Coraz wyżej, coraz wyżej, aż w końcu wyfrunęły, przenikając przez dach, a następnie poszybowały do tajemniczych wielkich chmur, zawieszonych pod nieboskłonem, wlatując w sam ich środek i zatrzymując się tam, niczym marmolada w pączkach. Dwaj podróżnicy również opuścili pomieszczenie, jak i budynek. Wyszli przez drzwi, nie przez sufit. Poszli dalej przed siebie. W pewnym momencie, zauważyli wreszcie koniec pustyni i początek sawanny. Podążyli w jej kierunku.

 

SAWANNA

 

Merfi i Smif przybiegli na sawannę, miejscami równinną, a miejscami górzystą. Rosły tu drzewa w kształcie potężnych parasoli, a wszędzie dookoła rozpościerały się rozległe łąki, pełne wysokich traw i kwiatów. Po okolicy biegały różowe szarańczaki wielkości wielbłądów, a wysoko nad nimi fruwały motyle o rozmiarach sępów. Biegnąc, podróżnicy natrafili na jezioro z plażami i basen kąpielowy, wypełniony niebieską przejrzystą wodą. Doświadczyli zupełnego błogostanu.

 

Rosnące wokół jeziora trzciny pachniały cytryną, a na drzewach, pochylonych nad zbiornikiem wodnym, odpoczywały i relaksowały się jaszczurki oraz żaby. Pod przybrzeżną płytką wodą pływały płaszczki, flądry, trzcinniki, cierniooczki, gambuzje, drobniczki, dyskowce oraz skalary. Nad bardzo płytką rzekę o przejrzystej wodzie, z dnem z piasku i otoczaków, wolno oraz delikatnie przepływającą między widocznymi na horyzoncie wzgórzami, przyszły zebry, żyrafy, bażanty, impale, kangury i emu, aby ochłodzić się podczas upalnego, słonecznego dnia.

 

— Ale zwariowany dzień! — westchnął Merfi.

— A to jeszcze nie koniec przygód na dziś! — zapowiedział uradowany Smif.

 

Mężczyźni biegli przez słoneczną równinę, obok rzeki, wraz z otaczającymi ich czterema Gallimimusami o pomarańczowych grzbietach i beżowych brzuchach, podczas gdy słońce tańczyło po niebie, wywijając salta. Nagle, nieduże dinozaury roślinożerne uciekły w różne strony, po czym pobiegły na porośnięte bagnistymi lasami wzgórza, otaczające w niektórych miejscach jezioro, bo wyczuły zbliżające się zagrożenie.

 

Niebawem nadciągnęła licząca sześć osobników grupka dwunożnych i czworonożnych, agresywnych praz drapieżnych stworów. Ludzie w ostatniej chwili zauważyli dwa pasące się w pobliżu patyczaki wielkie jak nosorożce. Podbiegli do niecodziennych stworzeń oraz wsiedli na nie. Jeżdżąc na tych nietypowych zwierzakach, które okazały szybkie jak grzmoty wydobywające z jasnego nieba podczas wystąpienia wyjątkowo osobliwej pogody, wyciągnęli zza swoich pleców po futurystycznym, złoto-srebrnym kolcie z brązowo-pomarańczowym chwytem i po oddaniu około osiemnastu celnych strzałów na osobnika, ustrzelili całą grupkę kosmicznych potworów, pochodzących z jakiegoś złowieszczego i ponurego wymiaru, znajdującego się gdzieś w jednej ze śmietnikowych stref międzywymiarowej czasoprzestrzeni.

 

— He, he, heee! Co za zwariowana akcja! — podsumował wesoło Merfi.

— Yooo! Przebojowa! — odpowiedział Smif, podzielając entuzjazm swojego ziomka.

 

Kiedy skończyli akcję, zeszli z superszybkich przerośniętych insektów, schowali kolty do swoich niewidzialnych, tajnych, przenośnych i megapojemnych schowków, zdołających pomieścić całe wielkie miasta, a następnie poszli dalej przed siebie. W pewnym momencie, ich oczom ukazały się wybrzeża morza lub oceanu. To była piękna plaża, usypana przede wszystkim z beżowego piasku, i w znacznie mniejszym stopniu z wielobarwnego żwiru oraz otoczaków. Zauważyli także znajdujące się w jej okolicy miasteczko. Pobiegli w kierunku brzegu, podobnego do tych, które inspirowały twórców gier komputerowych, piosenek, obrazów, poematów, powieści i opowiadań.

 

WALKA Z POTWORAMI NA PLAŻY

 

Merfi i Smif przyszli na plażę, po której spacerowały kraby oraz pełzały przegrzebki, rozgwiazdy, ośmiornice i ślimaki. Od strony wody, sięgającej aż po horyzont, wiał lekki, chłodny, przyjemny wiatr. Niedaleko znajdowała się przystań, w której dryfowało kilka jachtów, a zaraz za nią leżało nieduże, czarujące miasteczko z beżowymi budynkami, otoczonymi subtropikalnymi oraz liściastymi ogrodami i posiadającymi czerwonawe lub pomarańczowe dachy.

 

Podróżnicy weszli na płaski pas przybrzeżnego piasku, a wtedy zostali otoczeni przez około piętnaście dwunożnych, człekokształtnych szakali, ibisów, węży, sępów oraz krokodyli, uzbrojonych w miecze, maczety, maczugi, topory i szpadle.

 

— Oooh yeeeah! Ach, kurczę! Znowu będzie akcja! — ucieszył się Merfi.

— Yeeeaaahaaahaaahaaa! — wesoło i zabawnie zaśmiał się podekscytowany Smif.

 

Łowcy potworów prędko wyciągnęli zza swoich pleców po złoto-brązowo-zielono-różowym karabinie maszynowym, a wtedy zaczęli ostro i zabójczo strzelać do mających ich zamiar zaatakować intruzów. Szybko biegali, robili uniki, wykonywali przewroty w przód oraz w tył, a także chowali się za pobliskimi drzewami i ruinami po neolitycznych, megalitycznych kamiennych kręgach. W końcu pokonali wszystkich najeźdźców. Cudem nie zostali zranieni ani razu. Byli zmęczeni jak przysłowiowe konie po westernie, a do tego tacy głodni, że by zjedli metaforycznego konia z kopytami. Schowali karabiny z powrotem do tajnych, międzywymiarowo-futurystycznych schowków, noszonych na plecach. Poszli w stronę przystani jachtowej, a po drodze ucięli sobie luzacką, zabawną, "ziomalską" pogawędkę.

 

— Jestem zmęczony jak koń po westernie — zażartował Merfi.

— Ja też. I głodny tak bardzo, że zjadłbym konia z kopytami — dodał Smif.

— Ooo, właśnie! Jak wrócimy do Wielkiego Tropikalnego Plażowego Miasta Na Dużym Subtropikalno-Tropikalnym Półwyspie, to strzelimy sobie po burgerze w restauracji serwującej dania w stylu północnoamerykańskim. Dobry pomysł?

— Bardzo dobry pomysł. Dosłownie dobry, heh!

 

PRZYSTAŃ JACHTOWA I UCIECZKA Z WYSPY

 

Dopiero teraz, nienaturalnie długi środek dnia, nagle i w zadziwiająco bardzo krótkim czasie przeobraził się w niecierpliwie wyczekiwany, piękny zachód słońca o barwach ognistych, na tle nieba w kolorach jakby zapożyczonych od kwiatów ogrodowych oraz motyli łąkowych. Merfi i Smif weszli na przystań, gdzie dryfował ten sam jacht, którym wcześniej przypłynęli na wyspę, ale zeszli na ląd około dziewiętnaście kilometrów dalej. Stawiając ostatnie kroki na tej wyspie, minęli cztery tańczące na plaży zwierzęta, a były to papuga, maskonur, lemur i kangur. Koledzy przeskoczyli z pomostu na pokład, a wtedy odbili od brzegu oraz odpłynęli. Ruszyli w radosną podróż powrotną do domów, mieszczących się w Wielkim Tropikalnym Plażowym Mieście Na Dużym Subtropikalno-Tropikalnym Półwyspie.

 

W tle zaczęła lecieć szybka, skoczna, melodyjna, wesoła, zabawna muzyka w stylu wakacyjno-plażowo-polinezyjsko-imprezowym.

 

KONIEC.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Vincent Vega 16.02.2021
    Troszeczkę długie, ale warto było dobrnąć do końca. Podziwiam :)
  • Piotrek P. 1988 16.02.2021
    Dziękuję za motywujący komentarz, pozdrawiam :-)
  • Bożena Joanna 16.02.2021
    Wyobraźnią przewyższasz wielu autorów i zadziwiasz znajomością zoologii, tyle stworzeń, tyle nazw. Powtórzę jeszcze raz, że to gotowy scenariusz na pełnometrażowy film przygodowy albo kreskówkę. Liczy się bardziej otoczenie niż bohaterowie.
    Pozdrowienia!
  • Piotrek P. 1988 16.02.2021
    Dziękuję za przebojowy komentarz w gwiazdorskim stylu, pozdrawiam :-)
  • illibro 16.02.2021
    Dzięki za możliwość odkrywania fascynujących, nieznanych mi światów:) Podziemne miasto to bomba, a to" Byli zmęczeni, jak koń po westernie, a do tego tak głodni, że by zjedli metaforycznego konia z kopytami - padłem ze śmiechu.

    Bardzo mi się to wszystko podoba, wycieczki światoznawcze po nieznanych światach:) Bomba!
  • Piotrek P. 1988 16.02.2021
    Dziękuję za inspirujący, bombowy i wesoły komentarz, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi 26.02.2021
    Piotrek P. 1988↔Nadal jesteś w dobrej formie w swoich – jedynych w swoim rodzaju tekstach.
    A to i tak za mało powiedziane. Kolejny raz powtórzę↔Ino brać i wrzucać na ekran i płacić nadgodziny,
    ekipie od efektów i pomysłów specjalnych:))↔Pozdrawiam:))↔5
  • Piotrek P. 1988 26.02.2021
    Dziękuję za oryginalny, inspirujący i przebojowy komentarz oraz za ocenę, pozdrawiam :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania