Pokaż listęUkryj listę

Merks i magiczny medalion: Wyrocznia, Trójkąt Mocy i podstępny czarownik /14

– Panie, mam dla ciebie ważne informacje – powiedział Midor, przekraczając próg komnaty.

– Co tym razem? – Horn wyglądał przez małe okienko i ani myślał spojrzeć na strażnika.

Jego wzrok i myśli skupione były na tym, co począć dalej ze swoim podłym losem.

– Hestiony zostały wskrzeszone i maszerują właśnie w stronę wioski – wydukał Midor przez zaciśnięte zęby, jakby słowa nie chciały opuścić strun głosowych, na których zawisły.

Reakcja pana nie była taka, jakiej się spodziewał – poważna mina bez cienia zdziwienia.

– Po ostatniej wizycie w osadzie, Galar przekazał Wyroczni informacje, że mieszkańcy mają problemy z żywnością, więc… – Nabrał powietrza. – Zatrzymaliśmy na razie spekulacje na wersji, że potrzebują ich do rozmnożenia jedzenia i postanowiliśmy nie wszczynać alarmu przedwcześnie. – Przeniósł wzrok na Norka, stojącego z boku i skinieniem ręki, odprawił Midora, który do tej pory nie potrafił wymazać zdziwienia z wytrzeszczonych oczu. – Norku, zejdziemy do lochu – rozkazał i ruszył w stronę drzwi jak burza, potrącając Midora, który nie zdążył jeszcze opuścić komnaty.

Horn stwarzał pozory opanowania na tyle, ile umiał, aby nie okazywać lęku przed ludźmi. Co działo się w jego umyśle, kiedy usłyszał o Hestionach, tylko on raczy wiedzieć?

No, może jeszcze Wyrocznia i na pewno, nie były to miłe kłębiska myśli.

Ramię w ramię przemierzyli kręte korytarze, pokonali kamienne schody, aby zatrzymać się w końcu przed zardzewiałą, żelazną kratą, zagradzającą dostęp do obskurnego pomieszczenia, rozświetlonego słabym blaskiem dogasających świec.

Czuć było wilgoć i zimne powietrze, wlatujące przez małe okienko. Na zewnątrz było ciemno, zapadł już mrok. W środku widoczność była znikoma. Rzucały się w oczy tylko pręty, belki i kopki świeżej słomy. W jednej z takich właśnie mocarnych celi siedział Kron, przygarbiony i wpatrzony w nicość otaczających go cieni.

– Witaj, bracie – fuknął władca, strącając z kraty żelazną miskę ze starym jedzeniem.

– A kogo to moje oczy widzą – zdziwił się Kron, otworzył szerzej oczy i wzniósł wychudzone ciało do pionu, podpierając zastałe kości o spróchniałą belkę.

Podszedł bliżej i wlepił wzrok w brata, przyglądając mu się z uwagą, przy skąpym blasku świecy, trzymanej przez Norka.

– Mam ci coś do powiedzenia i będą to dla ciebie naprawdę dobre wieści. – Władca przybliżył oblicze do prętów i wykrzywił usta z niesmakiem. – Wyobraź sobie, że twoja ukochana powróciła na planetę i nie…

– Zerna – przerwał bratu wypowiedź, nie potrafiąc zatrzymać słów cisnących się do gardła. Ekscytacja osiągnęła apogeum. – A moje dziecko… żyje?

Zapadła twarz Krona rozpromieniała i wpełzł na nią szeroki uśmiech. Oczy rozbłysły ze szczęścia, a dłonie powędrowały w okolice serca.

Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.

– Tak… – zamilkł, jakby się zastanawiał, czy ma ciągnąć ten wątek dalej – masz syna, braciszku – oznajmił władca z pogardą w głosie.

– Mój syn! Mam syna! – wykrzyczał ile sił w płucach, podskakując przy tym koślawo ze szczęścia. – Żyją… udało im się przetrwać! – Moje modlitwy zostały wysłuchane!

– Nie ekscytuj się tak, bo ci serce stanie – drwił Horn, przybierając coraz ciemniejsze odcienie czerwieni na zaciętej twarzy. – I tak ich nie zobaczysz, zgnijesz tutaj w tym lochu.

– Zamknij się, potworze! – Rzucił się na władcę, próbując dosięgnąć jego kuszącej szyi przez kratę.

Oczami wyobraźni widział, jak zaciska palce i miażdży krtań, gasząc jad w zalążku i odcina dopływ powietrza, usatysfakcjonowany widokiem gasnących oczu.

– Uspokój się i przestań pokazywać, jaki jesteś prymitywny. – Horn wzniósł kąciki ust i zagryzł dolną wargę. – Powinieneś mi dziękować, że raczyłem ci w ogóle o tym powiedzieć – dodał z przekąsem, powstrzymując śmiech, na widok głupkowatej miny brata.

Mimika Horna zmieniała wyraz nadzwyczaj szybko. Rozbawienie, pomieszane z frustracją, nie oddawało tego, co chciał.

Groźny na co dzień władca wyglądał teraz raczej jak zagubione dziecko, pełne sprzeczności; śmiać się, czy płakać?

– Niedoczekanie twoje – warknął i wsparł ciało o pręty, nie przestając wymachiwać rękoma przed zniesmaczoną twarzą brata. – Ty bezduszna kreaturo!

– Na moje nieszczęście udało im się jakoś aktywować trójkąt z części, które wcześniej ukradli. – Horn zaczął krążyć po ciasnym korytarzu, próbując rozładować powstałe napięcie.

Odkąd pamiętał, Kron jednym słowem potrafił wyprowadzić go z równowagi na dłuższy czas.

Teraz to Horn był górą, ale i tak reagował zbyt emocjonalnie na słowa brata.

– Moja krew – zaśmiał się Kron prosto w buraczaną twarz brata. – Poluźnij mięśnie, bo wybuchniesz i dopiero będzie smród, który będę musiał wdychać; po twoim odejściu.

Władca nie skomentował wywodu brata. Zrobił tylko parę głębszych wdechów i poluzował spięty kark. Chwilę trwało, zanim przemówił:

– Twój syn miał po prostu dużo szczęścia i jest to dla mnie zła wiadomość. – Zacisnął szczękę. – Dobra to taka, że wskrzesił Hestiony. – Uśmiech przepędził zacięte rysy.

– Chyba na odwrót, pacanie. – Kron się uśmiechnął.

– Nie, dla mnie wskrzeszenie tych potworów to dobra nowina, a wiesz czemu, powinieneś to wiedzieć? – Spojrzenia braci się skrzyżowały i na pewno, nie były przyjacielskie.

– Oświecisz mnie, panie wszystko wiedzący? – Przeniósł wzrok na Norka, który stał cichuteńko w kacie, jakby go tutaj wcale nie było.

Był posłusznym sługą i Kron zachodził w głowę, jak tak długo wytrzymał z jego marudnym bratem i nie powyrywał sobie jeszcze piór, mając u swojego boku, króla nieudacznika?

– Bo umrze prędzej, niż ty zobaczysz niebo – prychnął władca, a Kron wytrzeszczył oczy. – Za ich wskrzeszenie oddał serce skrzatom we władanie, a sam wiesz, że te stworki są dziwne i nie wiadomo co im przyjdzie na myśl i kiedy.

Horn nie przepadał za starym skrzatem, tak samo zresztą, jak Wyrocznia. Jego widok przywoływał im na źrenice czarownika „Ja”, a to samo w sobie, nie napawało szczęściem.

Horn miał ten zaszczyt i poznał „Ja” osobiście, parę lat temu. Nikt o tym nie wiedział, bo taki był warunek.

Horn dostał dar nieśmiertelności i miał strzec córki czarownika, przed nią samą.

– Zamilknij, proszę i nie mów nic więcej o moim synu, rozumiesz! – oznajmił Kron uniesionym i drżącym głosem.

Dopiero co dowiedział się, że ma syna, a brat już z niego kpił i obrażał, nic o nim nie wiedząc.

– Domniemam, że będzie chciał cię uwolnić, ale czy zdąży tego dokonać? – Władca uniósł pytająco brew i spojrzał na brata, po czym machnął ręka od niechcenia, jakby miał wszystko gdzieś.

– Zdąży bądź tego pewien. Zrobi to, a moje miejsce w tym lochu zajmiesz ty – syknął Kron dość głośno.

– Wątpię – fuknął, odwrócił się na pięcie i bez słowa, ruszył w stronę wyjścia.

Norek podążył za nim z podkuloną głową.

***

 

Słowa brata wzbudziły we władcy jeszcze większe obawy i strach. Martwił się również o córkę, która coraz częściej buntowała się i nie można było przewidzieć jej kolejnego posunięcia. Postanowił jak najszybciej porozmawiać z Wyrocznią.

Przecież nie zamknę córki w lochu tak jak brata, pomyślał i wzruszył ramionami.

Obrał kierunek i chwilę później, stanął przed obliczem kobiety demona.

– Słyszałeś już najnowsze doniesienia? – zagadnęła Wyrocznia, usiadła w fotelu i przypatrywała się dziwnemu zachowaniu swojego pana, który nie wiedział, co zrobić z rękoma. Nie panował nad nimi i podskubywał, jakby zdejmował ze skóry pijawki.

– Tak – odparł beznamiętnie, ale za mało przekonująco, aby zaspokoić ciekawskie spojrzenie kobiety, czekającej na jego reakcję. – Tobie kto przekazał te rewelacyjne wiadomości?

– Galar widział Hestiony maszerujące w pobliżu muru i odkąd wrócił do zamku, zaszył się w kącie i nie wychodzi nawet po jedzenie.

– Jakieś plany na przyszłość? Robi się niebezpiecznie i…

Horn zamilkł.

Twarz Wyroczni wykrzywił grymas bólu, jakby ktoś stał obok i zadawał katusze.

Kiedy Horn po raz pierwszy zobaczył ukochaną w takim stanie, myślał, że umiera. Teraz wiedział, że to wszystko przez Hestiony, w których płynęła ta sama, magiczna krew, co w jej cienkich żyłkach.

– Nie wybiegam tak dalece w przyszłość, nie mając żadnych podstaw, do nadwyrężania mózgu – rzuciła beznamiętnie i zaczęła rozmasowywać skronie. – Poczekam na ich ruch. Muszą mieć jakiś plan.

– Będą chcieli uwolnić Krona… to jasne. – Władca dreptał wokół piaskowego kopca, zachodząc w głowę, dlaczego Wyrocznia bagatelizuje fakt, że wrogowie rosną w siłę, a ona sama słabnie?

– Nie odważną się zaatakować zamku, jeszcze nie teraz – zabrała głos i odpowiedziała po części na jego podświadome pytanie, jakby czytała w myślach.

– Zastanawia mnie, w jaki sposób dokonali wskrzeszenia, skoro pakt nie został zerwany? – Popatrzył przed siebie, mętnym wzrokiem.

Wytężał szare komórki, do logicznego myślenia w jej obecności – im bardziej się starał, tym gorzej wychodziło.

Był na tyle ślepy, że nadal nie potrafił zrozumieć, że ta jego głupkowatość, podobała się Wyroczni najbardziej, bo odbierała go jako kogoś, kto zawsze będzie potrzebował jej obecności i wsparcia.

– Kto to wie – stwierdziła i podeszła do okrągłego okienka, nabierając głęboko powietrza do płuc. – Jeszcze nikomu nie udało się odgadnąć, jakimi pobudkami kierują się te małe istotki. Na pewno obiecał staremu skrzatowi coś, co go do tego przekonało.

Horn wodził za kobietą wzrokiem, oblizywał wargi i spinał mięśnie, jakby hamował odruch podbiegnięcia do niej i pochwycenia w ramiona.

Zdawał sobie sprawę, że pojawienie się Hestionów, może odmienić pogodny stan ducha Wyroczni pod byle pozorem i na powrót zacznie zionąć nienawiścią do wszystkiego i wszystkich wokół.

– Powiedź mi lepiej, co mam zrobić z Tacją? – Władca zmienił temat, bo tak naprawdę w tej sprawie do niej przyszedł. – Jak przekonać tę upartą dziewczynę, że wszystko, co dzieje się ostatnio w zamku, jest wyłącznie dla jej dobra?

Wyrocznia spojrzała na niego spode łba, tępym wzrokiem i szczerze powiedziawszy, ciepłego spojrzenia się nie spodziewał.

– Rozpuściłeś tę pannicę i teraz wchodzi nam na głowę – oświadczyła podniesionym głosem i zaplotła ręce na piersi. – Zachowaj stanowczość i nie ulegaj jej maślanym oczom… pokrzyczy i się uspokoi.

– Tylko tyle! – ryknął, aż świeca zgasła. – Mam tego dość! – dopowiedział i wyszedł, zaciskając szczękę z nerwów.

***

 

– Witaj kochana, co porabiasz? – zagadnął władca, podchodząc bliżej córki, która siedziała przed biurkiem i wspierała głowę na rękach. Chciał ją ucałować, ale odchyliła ciało i wstała.

– Nic, bo co można robić w tych czterech ścianach – odparła opryskliwie, demonstrując niezadowolenie.

– Weź Taurona i wyjdźcie na dziedziniec – zaproponował miękkim głosem i dość szybko pożałował wypowiedzianych słów.

– Po co – prychnęła Tacja, patrząc mu prosto w oczy. – Pochodzić to ja mogę tutaj. Chcę polatać! – Ton wypowiedzi przybierał na sile.

Horn wiedział, że nie będzie łatwo i nie obędzie się bez protestu i pogardy dla jego osoby.

– Przestań zachowywać się jak małe dziecko! – Ich ostre spojrzenia skrzyżowały bieg. – Gdyby nie było to konieczne, nie prosiłbym cię o to. Myślisz, że mi się to podoba… otóż powiem ci, że nie. Co dzień widzę, jak oddalasz się ode mnie i powiem, że sprawiasz mi tym ogromny ból.

Władca powstrzymywał furię, która w nim narastała po każdorazowym spojrzeniu na niezadowoloną twarz córki.

Była diabłem o anielskiej buzi i każdy, kto ją znał, unikał jak ognia.

– Tato, mam już trzynaście lat i sama umiem o siebie zadbać – stwierdziła, zmieniając ton na milszy, próbując w ten sposób wpłynąć na decyzję władcy.

– Dalsza rozmowa nie ma sensu, kochana. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł, pozostawiając córkę w lekkim szoku.

Musiał to zrobić, bo dobrze znał swoje dziecko i wiedział, do czego córka była zdolna, aby osiągnąć cel. Będzie: lament, płacz i obwinianie go za wszystko.

Oparł się o drzwi i westchnął głośno. Słyszał, jak Tacja mówi do siebie i wybucha płaczem. Po dłuższym nasłuchu wyłapał, że postanowiła jednak wyjść na zewnątrz.

Czmychnął szybko spod drzwi i ukrył się w pobliskiej komnacie.

Po chwili usłyszał trzeszczące zawiasy i szuranie stopami po kamiennej posadzce.

Dziewczyna psioczyła pod nosem, idąc długim korytarzem. Jej naburmuszona mina była w stanie stłuc najtwardsze szkło samym odbiciem.

Posuwistym krokiem wkroczyła na podwórze i skierowała stopy w stronę stajni. Wyprowadziła Taurona i zaczęli spacerować wokół zamku ze spuszczonymi głowami.

– Mam już dość tej niewoli – westchnęła. – Duszę się w tym zamku. Tylko zakazy i zakazy – mówiła poddenerwowanym i oschłym głosem, pełnym niesprawiedliwości.

Tacja nigdy wcześniej nie doświadczyła takiej sytuacji, w której ojciec odmówił jej czegokolwiek.

Nie rozumiała jego postępowania i nie dopuszczała do siebie argumentacji, która za tym stała.

– Doskonale cię rozumiem – parsknął Tauron i pokiwał głową – również potrzebuję przestrzeni. Skrzydła mam całe zdrętwiałe i zwiotczałe – dodał, próbując je rozprostować.

– Musimy robić, co karze tata i jak co dzień, zostaje nam latanie wokół zamku – przyznała Tacja ze smutkiem, patrząc przed siebie wypalonym wzrokiem.

– Wiem – burknął pod nosem i przechylił szyję w bok, obserwując, jak Tacja dosiada jego grzbietu i chwyta za grzywę.

Wzlecieli w powietrze.

– Mam pewien pomysł. – Dziewczyna pochyliła ciało do przodu i przywarła do szyi skrzydłokorna. Zbliżyła twarz do ucha zwierzęcia i szepnęła coś, unosząc kąciki ust.

Jej twarz rozpogodziła się, a oczy rozbłysły, kiedy powróciła do poprzedniej pozycji.

W tym samym czasie Wyrocznia przez małe okienko obserwowała Tację, latającą wokół zamku. Na chwilę oderwała wzrok od dziewczyny i jej zwierzęcia, bo zaswędziała ją kostka. Gdy powróciła do oglądania, spostrzegła, że dziewczyna kieruje zwierzę poza mury zamczyska i odlatuje w dal.

Podniosła alarm, a w tym samym momencie Tacja poganiała Taurona.

Zwierzę nie wnosiło sprzeciwu, szybując przed siebie.

Wyrocznia widziała już tylko mały, czarny punkcik falujący w oddali. Wybiegła na zewnątrz, aby obserwować przygotowania do pogoni. Strażnicy dosiedli zwierzęta i ruszyli za uciekinierką. Po chwili dołączył do niej wzburzony władca i nie mówiąc nic, otoczył ją ramieniem.

– Jak cudownie! – krzyknęła Tacja, czując wiatr we włosach i upragnioną wolność.

Odwróciła się i ujrzała strażników w nieznacznej odległości, lecących za nimi.

– Szybciej kochany, szybciej! - Poklepywała skrzydłokorna po szyi i zachęcała do jeszcze szybszego lotu.

– Już szybciej nie potrafię, pani – charknął i nabrał powietrza przez małe dziurki, wywalając suchy język poza uchylony dziób.

Lecieli prosto przed siebie, nie orientując się za bardzo, gdzie się obecnie znajdują. Pod nimi był tylko czerwony pył, rozpadliny i wyschnięta roślinność. Załzawione oczy utrudniały widoczność i nie byli świadomi – może nie wiedzieli – że lecą gdzieś, gdzie nie powinni.

Szybowali jeszcze jakiś czas, po czym Tauron zatrzymał się w miejscu, jak wryty a panienka spadła pod wpływem gwałtownego szarpnięcia i wylądowała na kępce trawy. Rozejrzała się wokół przymglonym wzrokiem, kompletnie zaskoczona zajściem i jęknęła z bólu, kiedy próbowała wstać. Zrezygnowała z dalszych prób i odgarnęła włosy z twarzy, starając się nie ruszać za bardzo. Strzepała kurz i resztki trawy z ubrania, po czym dostrzegła strażnika, który wylądował tuż obok niej, twarzą do ziemi.

– Co ty wyprawiasz? Chciałeś mnie zabić? – fuknęła, łapiąc się dłonią w okolice uda.

Ostry ból przeszył ciało, aż zobaczyła gwiazdki przed oczyma. Zacisnęła zęby i starła łzę z policzka.

Strażnik wstał oszołomiony i poprawił pelerynę.

– Przepraszam pani, za późno dostrzegłem granicę i nie zdążyłem wykręcić – tłumaczył pospiesznie, uciekając wzrokiem, po czym zamarł, odnajdując swojego kruka, wiszącego tuż nad jego głową w towarzystwie Taurona.

– Nie mówiłam do ciebie, pacanie tylko do tego tu. – Wskazała na czerwoną postać w kapturze. – Kim jesteś i dlaczego uwięziłeś moje zwierzę? – odpowiedziała jej cisza i ciekawski wzrok nieznajomego stwora. – Gdzie ja w ogóle jestem?

Tacja czuła się zagubiona i nie ukrywała strachu, drżąc na całym ciele. Nigdy nie widziała takiej maszkary i jak zawsze musiała postawić kropkę nad „i”, tym razem przełknęła ślinkę i spróbowała po dobroci i bez przejawów wrogości, bo nie mogła przewidzieć, jak jej paplanina wpłynie na mózg tej istoty.

Kiedy przechyliła głowę w bok, zauważyła, że ten osobnik ma towarzyszy, którzy podążali właśnie z odsieczą.

– Dlaczego nikt nie udziela mi odpowiedzi… głusi jesteście? – spytała najłagodniej, jak umiała, uśmiechając się nawet nieznacznie. Szukała niemej pomocy w oczach strażnika, ale dostrzegła tylko wytrzeszcz i trwogę.

Zemdlał.

Tacja nie otrzymała odpowiedzi, za to zaczęło jej się robić ciemno przed oczami. Niewyraźnie widziała jeszcze, jak czerwona postać sprowadza lewitujące zwierzęta na ziemię, następnie zamknęła powieki.

***

 

– Dlaczego to zwierzę nadal żyje? – spytał Merks, patrząc z podziwem na czarne coś. – Jest odporne na waszą moc? – Przystanął przed wejściem do chatki i podrapał się po policzku. – Tamten ptak gdzie?

– Jest dobrą energią, nie możemy go zgładzić, paniczu, a kruk, spłonął – poinformował grzecznie Hestion, nie patrząc na rozmówcę.

– Co z dziewczyną? – spytał, przekraczając próg i cicho zamknął za sobą drzwi. Zerknął na niewiastę leżącą na łóżku i usiadł na pobliskim krześle, nie przestając lustrować nieznajomym wzrokiem.

– Nic jej nie jest – zabrał głos Hestion, który był za nią odpowiedzialny. – Doznała szoku, ale niedługo powinna się obudzić.

– Jak dojdzie do siebie, przyprowadź ją do mnie, proszę. – Odchodząc, Merks raz jeszcze spojrzał na dziewczynę, dochodząc do wniosku, że jeszcze takiej ładnej twarzy nie widział.

– Oczywiście, paniczu.

***

 

Przy kolacji zebrali się wszyscy najbliżsi przyjaciele Merksa. Nie mogło również zabraknąć Chrapka, który skrył się pod stołem i zasnął.

– Cóż to za okazja, że spotykamy się w tak zacnym gronie? – zapytał Morfus, nie kryjąc, że jest mu niezmiernie miło, że może być teraz z nimi, a nie tkwić samotnie w jaskini.

Odkąd w życie starca wkroczył Merks, nie był już tak pozytywnie nastawiony do unikania ludzi. Można śmiało stwierdzić, że nawet się do nich garnął i spędzał dużo czasu na pogawędkach.

– Mamy gościa zza tamtej strony – wyjaśnił Merks, zerkając co rusz w stronę drzwi.

Był poddenerwowany i drygał za każdym razem, kiedy coś zaskrzypiało. Tajemnicza nieznajoma siedziała w jego głowie i nie był w stanie, jej stamtąd wyrzucić.

Drzwi stanęły otworem, a nad głową Hestiona, fruwała ona.

Hestion utrzymywał dziewczynę w uścisku niemocy. Lewitowała w powietrzu, przesuwając się wolno do przodu, jakby była cieniem. Nie mogła wykonać najmniejszego ruchu ani gestu.

– Uwolnij ją… nic nam nie zrobi – poprosił chłopak, obserwując pierwszą reakcję, będącej w lekkim szoku dziewczyny, po zetknięciu z podłożem. – Jak będzie rozrabiać, na pewno poproszę cię o pomoc.

– Jak sobie życzysz, paniczu. – Wypuścił ją z uścisku niemocy, po czym zniknął za drzwiami.

– Jak się tutaj znalazłaś, dziecko? – zagadnęła Sanyra miękkim głosem.

– Nie jestem dzieckiem i nie wiem, co się stało i co tutaj robię – odpyskowała Tacja przez zaciśnięte zęby, jakby mówienie, sprawiało jej dyskomfort. – Leciałam sobie i nagle jakiś dziwak pozbawił moje zwierzę mocy. Spadłam i obudziłam się w jakimś małym pomieszczeniu.

– Jak masz na imię i skąd pochodzisz? – dopytywała Sanyra, wielce zainteresowana przybyłą osobą.

Nie tylko ona zresztą: Morfus, Merks i Zerna wlepiali w nią oczy, jakby była pokryta złotem i klejnotami.

– Co wy tacy ciekawscy? – Zmierzyła wszystkich spod rzęs i spojrzała na krzesło. – Też zadałam parę pytań temu tam, czerwonemu i nie dostałam odpowiedzi.

Tacja usiadła, nie czekając, aż ktoś raczy jej to zaproponować. Nie czuła się jeszcze za dobrze po upadku i odczuwała silny ból głowy. Wykrzywiła usta, ale nie jęknęła, kiedy zbyt gwałtownie przechyliła ciało w bok.

– Nie mogłaś jej otrzymać, bo oni wszyscy odpowiadają tylko na nasze pytania – powiedział Morfus i sięgnął po kubek z miętą, stojący tuż przed nim na stole. – Mogłaś jedynie poprosić o spotkanie z mieszkańcami, wtedy by ci któryś odpowiedział co i jak.

– No dobrze… rozumiem – burknęła. – Mam na imię Tacja i pochodzę z zamku. Zadowoleni.

Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na siebie, po czym zapanowała przerażająca cisza.

– Jak tata dowie się, że mnie tutaj przetrzymujecie, to zrówna tę osadę z ziemią, a wasze ciała zaserwuje zwierzętom na kolację – rzuciła stanowczym tonem i wydęła usta w podkówkę.

– Nie boimy się nikogo, więc dlaczego mielibyśmy lękać się twojego ojca? – Morfus przytemperował zakusy Tacji, doprowadzając wszystkich do śmiechu.

– Nie wiesz, do kogo mówisz staruszku. – Poderwała się z miejsca, ale nie po to, aby uciec, czy spoliczkować, po prostu musiała, bo w pozycji siedzącej ból głowy był nie do zniesienia. – Nie powinieneś w ogóle się do mnie odzywać bez mojej zgody – dodała i obdarzyła go lodowatym spojrzeniem.

– Patrzcie, jaka pyskata – Wybuchnął śmiechem. – To uświadom mnie łaskawie, do kogo dane mi było przemawiać?

Cała reszta zgromadzonych, również śmiała się i ocierała łzy z policzków. Gdy tylko trochę ochłonęli, spoglądali na jej nadąsaną minę i zaczynali czynność od nowa.

– Jestem córką władcy Zerytora – odpowiedziała dumnie, prężąc się z satysfakcją z tego, kim jest.

Śmiechy ustały, atmosfera zrobiła się napięta; wpatrywali się w nią, ale wystarczyła chwila i bez słów przekazali sobie, że na razie zakończą ten wątek.

Nowina była zbyt świeża i wymagała pomyślunku, przed dalszym roztrząsaniem.

Był to dla wszystkich szok, który musieli przetrawić.

– Tak czy siak może zjesz z nami? - zaproponowała Zerna, chcąc odciągnąć dziewczynę od tematu ojca i wskazała na puste krzesło przy stole.

– Nie będę jadła z wami – syknęła. – Nie znam was.

– Jestem Zerna, mama tego młodzieńca imieniem Merks. To jest Sanyra a ten starzec to Morfus. – Wskazywała na każdego, chcąc przekonać Tację, aby zmieniła zdanie. – Merks jest twoim kuzynem, to tak jak byś była wśród swoich. – Położyła synowi dłoń na obojczyku i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.

– Kuzynem. – Dziewczyna przygryzła wargę i popukała dłonią po czole. – Nie mam żadnych kuzynów… Co wy mi tu za głupoty mówicie!

– Jestem synem Krona – oznajmił chłopiec, dostrzegając w wyrazie twarzy Tacji, coraz większe zdziwienie na każde słowo, które wypowiadali.

– Nie wiedziałam, że wuj miał dziecko.

– Dlaczego mówisz o nim w czasie przeszłym? – zainteresowała się Zerna, a na jej twarz wpełzły kolory szarości.

– Wuj nie żyje – powiedziała szybko i bez cienia zawahania się w głosie. – Zmarł, zanim się urodziłam.

Zerna osunęła się na ziemię, blada jak kreda, a siedząca obok niej Sanyra, zbierała szczękę z podłogi. Merks zastygł z otwartymi ustami, a Morfus sflaczał na krześle i spuścił ramiona.

– Wuj był złym człowiekiem i ty na pewno jesteś taki sam jak on. – Tacja plotła, co jej ślina na język przyniosła, mając satysfakcję z ich krzywych min. – Przez niego ojciec na okrągło słucha tej głupiej kobiety z zamku, bo wuj ciągle robił mu na złość i sprawiał problemy.

– To nie jego wina – zdołał wydusić Merks, głosem ledwie słyszalnym przez niego samego.

– Jego – dodała i korzystając z okazji, że wszyscy inni byli oszołomieni, podjęła nieprzemyślaną próbę ucieczki. Drogę, tuż za drzwiami zastąpił jej Hestion, zwabiony podniesionymi tonami i od razu, nie prosząc o pozwolenie, objął niedoszłą uciekinierkę uściskiem niemocy.

– Zabierz ją stąd! – rozkazał Merks i podbiegł do omdlałej matki, którą Sanyra wraz z Morfusem zdążyli już położyć na łóżku i przykryć kocem.

Kiedy Zerna usnęła, Morfus wraz z Sanyrą poszli do swoich domostw, zostawiając załamanego Merksa samemu sobie – chciał zostać sam.

Posiedział chwilę przy śpiącej matce, po czym sam udał się na spoczynek.

Tej nocy Merks spał niespokojnie, znów śnił mu się ojciec. Uśmiechał się do chłopaka wesoło, wychodząc z jakiegoś ciemnego, mrocznego pomieszczenia i wędrował bez końca pod przykryciem nocy. Dotarł w końcu pod jakieś drzwi, ale nie mógł wejść do środka; coś nie pozwalało mu tego zrobić. Merks przebudził się gwałtownie, cały spocony, sapiąc głośno.

– Przecież ty nie żyjesz – szepnął. – Dlaczego nadal śnie o tobie i mam wrażenie, że próbujesz mi coś powiedzieć? – zachodził w głowę, po czym opadł na siennik i zamknął powieki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (10)

  • MKP 7 miesięcy temu
    "Groźny władca wyglądał bardziej niż zagubione dziecko, pełne sprzeczności;" - wygladał bardziej co? Samo wyglądał bardziej nie może zostać😉

    Tylko to mi się rzuciło w oczy do tego momentu 😉😉
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    Fakt, bezsensowne zdanie. Coś się nie klei. :)
  • MKP 7 miesięcy temu
    "Zdawał sobie sprawę, że pojawienie się Hestionów, może odmienić pogodny stan ducha Wyroczni" - a ona była kiedyś pogodna?

    "– Jest dobrą energią, nie możemy go zgładzić," - czyli mnie też by nie zgładzili😁😁

    "Zerna osunęła się na ziemię, blada jak kreda, a siedząca obok niej Sanyra, zbierała szczękę z podłogi. Merks zastygł z otwartymi ustami, a Morfus sflaczał na krześle i spuścił ramiona." - troszkę ci to nazbyt komiczne wyszło. To o zbieraniu szczęki, no nie pasuje - rozdziawiła usta z przejęcia, coś w tym stylu, i nie sflaczał tylko omdlał, zwiotczał...
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    Zanim poraził ją Trójkąt Mocy, zmieniając w potwora, Wyrocznia była miłą dziewczyną. Skoro Horn obawia się, że diablica może powrócić, to na pewno wie, co mówi i kobieta musiała mu pokazać swoje inne oblicze, od tego, które znają wszyscy. ;).'' Czego oczy nie widzą, tego duszy nie żal".
    Myślałam, że jesteś raczej demonem... żartuję. :) Jesteś miłym i pomocnym człowiekiem, więc na pewno nie zostaniesz zamieniony w zwierzę, no chyba, że jednak ta twoja energia nie jest do końca taka czysta?
    Przez tę" piękną" pogodę za oknem dopadł mnie pesymizm i to zdanie dla mnie wcale nie jest zabawne, raczej ciut przekombinowane, jak to u mnie. :)
  • MKP 7 miesięcy temu
    Klikaj "Odpowiedz" jak odpowiadasz komuś, bo inaczej nie widzi tego w powiadomieniach:) Chyba że ma nie wiedzieć, bo napiszesz np: "Goń się!" wtedy nie musisz:)
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    MKP, sorki. Zapominam, aby to wcisnąć. Szkoda, że skleroza nie boli. :)
  • MKP 7 miesięcy temu
    Joan Tiger Dobrze, że nie boli - po trzydziestce już wystarczająco dużo boli :)
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    MKP, no właśnie i zasadniczo, to po co? Czasami przydały by się nadprzyrodzone moce, aby zatrzymać ten proceder i zatrzymać bieg lat na okresie, który był by dla nas najodpowiedniejszy. :)
  • MKP 7 miesięcy temu
    Joan Tiger W tym wypadku mam dysonans bo chciałbym się zatrzymać fizycznie na 25-30 ale być na emeryturze 🤣🤣
  • Joan Tiger 7 miesięcy temu
    MKP, nie inaczej. Co dzień mieć za co żyć i nie myśleć, co przyniesie jutro.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania