Mgła (6)
Ogłuszony i porządnie poobijany wygrzebałem się spod sterty puszek i słoików. Miałem spore szczęście, że te cholerstwo nie trafiło mnie w głowę. Inaczej pewnie już leżał bym tutaj martwy.
Mojej partnerki nigdzie nie było; przypuszczam, że zdążyła uciec.
Poruszyłem się i jęknąłem. Obmacałem ręką twarz. Miałem rozciętą skroń, w prawym boku rwało mnie tak, że bałem się oddychać, a ból w lewym kolanie mówił mi, że z moją nogą działo się coś bardzo niedobrego.
Nim zdążyłem doliczyć się kolejnego poważnego uszkodzenia ciała, usłyszałem syk. Przewróciłem się na lewy bok i zastygłem w miejscu. Strach ścisnął mnie za gardło. Otaczały mnie. Cztery jaszczury, stojące na tylnych nogach, jak ludzie, osaczały mnie z każdej strony. A podobno nie dobija się leżącego, pomyślałem z ironią.
Wtem przypomniałem sobie o karabinie szturmowym; okazało się, że leżał przy mojej prawej nodze. Na moje nieszczęście jaszczury rozstawiły się tak, że w żaden sposób nie potrafiłbym ich zabić za jednym zamachem. Jeśli pozbędę się dwójki przede mną, pozostałe dwa stwory rzucą mi się do gardła, nim zdążę powiedzieć „rachatłukum”.
Nie wiedziałem, czy mam się śmiać czy płakać. Jakbym się nie obrócił, dupa z tyłu. Nie miałem żadnych szans na przeżycie.
Nagle jaszczury jakby się spłoszyły. Powróciły do swoich zwykłych pozycji, ich pyski znajdowały się tuż przy podłodze. Rozbiegane czerwone ślepia obserwowały bacznie otoczenie. Pierwszy raz widziałem coś takiego.
Moje rozmyślania przerwał potężny ryk, od którego zatrzęsły się fasady supermarketu. Jaszczury pouciekały. Spanikowałem. Adrenalina dodała mi sił i zdołałem się podnieść. Kuśtykając, zacząłem udawać się w stronę wyjścia.
Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Jaszczury, jeszcze do tej pory niepokonane, biegały jak oszalałe. Uciekałem najszybciej, jak tylko mogłem. Wiedziałem, że za chwilę stanie się coś naprawdę strasznego.
Miałem do wyjścia około dwudziestu metrów, kiedy budynek zaczął się walić. W momencie gruzy odcięły mi drogę ucieczki. To był koniec.
***
Niewiele pamiętam z tamtego dnia. Nie wiem, czemu dane mi było przeżyć. Stoję teraz nad grobem tej kobiety; miała na imię Isabelle. Zginęła, mając zaledwie dwadzieścia pięć lat.
Kładę białą różę na jej pomniku. Obiecałem sobie, że nie pozwolę, by pamięć o niej zaginęła. I dotrzymam słowa.
EPILOG
Spacerująca para nie podejrzewała niczego. To tylko mgła, mówili lekceważąco. Minutę później on już nie żył. Ona zginęła zaraz po nim. Mgła zaczęła się rozprzestrzeniać w mgnieniu oka. Strzeżcie się jej, bo nigdy nie wiadomo, co się w niej kryje...
Komentarze (8)
Minusy: Podobnie jak u "Władcy Kruków", czuć przeskoki rozdziałowe chociaż zdecydowanie mniej. I tak samo też jak w WK nie czuło się więzi z bohaterami :( No i dialogi: dobre, ale oszczędne. I w sumie to tyle. Może jeszcze długość rozdziałów, albo raczej jej brak to też minus. ;)
Plusy: Rozdział I (prolog) i II były mistrzowskie. Klimat co prawda trochę przyblakł w porównaniu z WK, ale za to ilość akcji nadrobiła to z nawiązką. Fajnie wykreowany świat, szczególnie w pierwszych rozdziałach wydał mi się tajemniczy i niebezpieczny. Trochę a la Dead Island :D (chociaż zambiaki łatwiej się ubija :D). Guglowałem właśnie "Rachatłukum", coś to wymyśliła Georgowi za herezje, a tu proszę bardzo, chodziło o ciastka :D Fabularnie wypadło znacznie lepiej od WK, opisy też podobały mi się bardziej (np. ten z upływającą rzeką krwi).
Za całokształt daje 4,8 / 5
A teraz powrót do Kinga i dlaczego mnie zawiódł :< Ano zawiódł bo nie napisał zakończenia pozostawiając "resztę wyobraźni czytelnika" i dlatego nigdy więcej go nie czytałem :( Tu też urwało się, kiedy zaczynało się rozkręcać i nie uchylono rąbka tajemnicy na temat tej plagi gekonów :> Szkoda bo bardzo fajnie mi się czytało :( Pozdrawiam :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania