Miasteczko nad jeziorem cz.1

Początek jesieni. Pora, którą kiedyś lubiłem za jej spokój, chłód i kolory. Teraz nie czułem nic poza rosnącym w piersi ciężarem. Siedziałem w rozklekotanym samochodzie, w starym oplu, który rzęził i kaszlał, jakby miał wyzionąć ducha. Jechałem w stronę małego miasteczka nad jeziorem. Jezioro Kruków, tak nazywali je miejscowi.

Rozdział 1: Podróż

Dzwonek telefonu, który zadzwonił w środku nocy, zawsze zwiastuje coś złego. Odebrałem, a w słuchawce usłyszałem Kasię. Jej głos, zazwyczaj opanowany, teraz drżał. Jej słowa, choć wypowiedziane cicho, uderzyły mnie jak cios.

"Dawid, Justyna zaginęła."

Justyna, jej przyrodnia siostra. Dziewczyna, którą pamiętałem jako buntowniczkę z kasztanowymi włosami i bursztynowymi oczami. Kasia błagała mnie o pomoc. Mówiła, że policja w tym małym miasteczku nie bierze sprawy na poważnie, traktując Justynę jak kolejną nastolatkę, która uciekła z domu. Ja jednak wiedziałem, że Kasia się nie myliła. Słyszałem w jej głosie strach i desperację, które były mi bliskie.

Gdy spytałem, czy powinna zgłosić to na większej komendzie, usłyszałem tylko:

"Przyjedź. Proszę."

Słowa „proszę” Kasi brzmiały jak rozkaz, na który nie mogłem się nie zgodzić. W tamtym momencie, choć nie miałem pojęcia, jak mam pomóc, czułem, że muszę tam pojechać. Dla niej, dla Kasi, której obecność w moim życiu była jak światło w tunelu. Kobiety, w której się potajemnie zakochałem, ale nigdy nie miałem odwagi wyznać, co czuję. Bałem się, że mógłbym zepsuć naszą przyjaźń, ten kruchy most, który nas łączył.

Wyruszyłem natychmiast. Na sobie miałem swoje ulubione ciuchy: bojówki koloru khaki, czarną bluzę z kapturem i wojskową kurtkę, która chroniła mnie przed chłodem. Zabrałem ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, w tym latarkę, nóż, butelkę wody i mapę okolicy, którą udało mi się znaleźć w internecie. Przez całą drogę czułem, jak w moim brzuchu zaciska się pętla. Bałem się. Bałem się o Justynę, ale jeszcze bardziej bałem się o Kasię. O jej zdrowie psychiczne. O to, że ten koszmar, w którym się znalazła, ją zniszczy.

Zbliżając się do miasteczka, zauważyłem, że otoczenie staje się coraz bardziej ponure. Gęsty las, którego drzewa wyglądały jak upiory, pochylał się nad drogą. Z daleka zobaczyłem ciemną taflę wody i poczułem przeszywający chłód. Pomyślałem, że może to zły omen. Zły omen dla Kasi, dla mnie, dla wszystkich.

Rozdział 2: Miasto

Kasia czekała na mnie na skraju miasteczka, pod małym, drewnianym znakiem. Była tak samo piękna, jak ją zapamiętałem, choć jej twarz, zazwyczaj spokojna, teraz była ściągnięta przez zmęczenie i troskę. Na sobie miała niebieskie jeansy, białą koszulkę i czarną skórzaną kurtkę. Jej kruczo czarne włosy poruszały się lekko na wietrze. Kiedy wyszedłem z samochodu, rzuciła mi się w ramiona. Jej uścisk był mocny, jakby chciała sprawdzić, czy naprawdę tu jestem.

"Dawid, dziękuję, że przyjechałeś" – szepnęła, a ja poczułem, jak moje serce bije szybciej.

"Nie ma za co, Kasiu" – odpowiedziałem. Chciałem jej powiedzieć coś więcej, coś, co by ją uspokoiło, ale nie mogłem znaleźć odpowiednich słów.

Poszliśmy do domu, który dzieliła z rodzicami, domem, z którego Justyna zniknęła. Był to duży, drewniany budynek, otoczony przez gęste drzewa. W środku panował bałagan, a matka Justyny, kobieta o zmęczonych oczach, siedziała na krześle i szlochała. Ojciec Kasi, mężczyzna o surowej twarzy, stał z boku, próbując ją pocieszyć.

Kasia zabrała mnie do pokoju Justyny. Był typowy dla nastolatki: plakaty, zdjęcia, książki. Na podłodze leżała otwarta książka o tytule "Sztuka przetrwania w lesie". Podniosłem ją i poczułem, jak po moim ciele przechodzi dreszcz. Justyna interesowała się survivalem, tak jak ja. To było jedyne, co nas łączyło. Wiedziałem, że jej wiedza jest głównie teoretyczna, ale z drugiej strony była buntowniczką, nie bała się ryzyka. Być może to był jakiś trop.

Wyszliśmy z domu. Kasia powiedziała, że policja przeszukała dom i nie znalazła żadnych śladów. Sugerowali, że Justyna mogła pojechać do miasta. Ale na co? Miała przy sobie tylko telefon i mały plecak. Musieliśmy znaleźć jakiś inny trop.

Zaczęliśmy chodzić po miasteczku, pytając o Justynę. W małym sklepie spożywczym, kobieta za ladą powiedziała, że Justyna była tu kilka dni temu. Była sama. Zapytała o drogę do starego, opuszczonego tartaku, który znajdował się nad jeziorem.

"Słyszałam, że to miejsce ma złą reputację. Mówią, że tam straszy" - powiedziała kobieta.

Poszliśmy tam. Był to stary, zniszczony budynek. W środku leżały stare narzędzia i porzucone ubrania. Nic, co by nas naprowadziło na jakikolwiek ślad. Wtedy Kasia nagle złapała mnie za ramię.

"Dawid, patrz" - szepnęła.

Na ścianie, ktoś napisał sprayem "KASIA". Obok były dwa serca, jedno obok drugiego, a w jednym z nich była literka "J". Drugie było puste.

Rozdział 3: Las

Po ujrzeniu napisu serce Kasi zabiło szybciej, a w jej oczach zobaczyłem błysk strachu. W tej małej wiadomości dostrzegliśmy coś, co umknęło policji: osobistą wiadomość, skierowaną bezpośrednio do Kasi. Wiedziałem, że nie możemy czekać.

Spędziłem całe życie, pochłaniając wiedzę o survivalu. Czytałem, oglądałem, wyobrażałem sobie, co bym zrobił w takiej sytuacji. A teraz, gdy stanąłem twarzą w twarz z prawdziwym wyzwaniem, poczułem, jak cała ta wiedza miesza się w mojej głowie.

"Musiała iść w głąb lasu. Wiedziała, że tam jej nikt nie znajdzie. To jedyne, co mi przyszło do głowy" - powiedziałem, starając się, żeby mój głos brzmiał pewnie.

Kasia poszła ze mną. Wiedziałem, że powinienem ją odesłać, że to zbyt niebezpieczne, ale nie mogłem.

"Nie zostawię cię samej" - powiedziała, a jej szare oczy, choć zmartwione, były pełne determinacji.

Kasia była cicha, lecz pewna siebie. Wiedziałem, że nic jej nie powstrzyma.

Przez kilka godzin przeszukiwaliśmy las. W miarę jak słońce zaczynało zachodzić, czułem, jak w moich piersiach rośnie coraz większy strach. Las stawał się coraz ciemniejszy, a drzewa wydawały się wyższe i bardziej groźne. Słyszałem, jak wiatr szumi w koronach drzew, a ja sam zaczynałem czuć chłód. Pomyślałem o Justynie, o tym, co mogła przeżywać.

Nagle, w oddali, zobaczyłem coś błyszczącego. Słońce, które już prawie zachodziło, odbijało się od czegoś metalowego. Błysk był tak krótki, że byłem prawie pewien, że mi się to przywidziało. Ale po chwili, zobaczyłem go znowu.

Pobiegłem w tamtą stronę. Kasia biegła za mną, jej oddech był nierówny, ale nie odpuszczała. Po kilku minutach dotarliśmy do małej, leśnej chatki. Była zniszczona i opuszczona. Przy wejściu, na ziemi, leżał mały, metalowy notes.

Kasia podniosła go, a w jej oczach zobaczyłem łzy.

"To jej. Zawsze go nosiła przy sobie" - szepnęła.

W środku, w notesie, były rysunki, notatki. W jednej z nich było zdanie: "Szukam prawdy o ojcu Kasi".

To była bomba. Wiedziałem, że to jest klucz do zagadki. A następnie w innej notatce było coś więcej, coś, co mnie przeraziło. Rysunek, na którym Justyna stała na krawędzi klifu, a obok niej stał ktoś, kogo nie mogłem rozpoznać. I podpis: "Sama. Na klifie. Czuję, że muszę tu być".

Nagle Kasia złapała mnie za ramię i wskazała palcem. Na ścianie, obok notesu, był kolejny napis sprayem: "SZUKAJ MNIE NA KLIFIE".

Bez zastanowienia pobiegłem w stronę klifu. Kasia biegła tuż za mną.

Dotarliśmy na miejsce, gdy słońce już prawie zniknęło za horyzontem. Przed nami, na samym końcu klifu, stała Justyna. Była sama. Wyglądała jak cień w mroku.

"Justyna!" - krzyknęła Kasia.

Dziewczyna odwróciła się, a jej oczy, bursztynowe i puste, spojrzały na nas.

"Znalazłam coś, co mogłoby was zniszczyć" - powiedziała, a jej głos drżał.

Poczułem, jak moje serce wali jak młot. Wtedy zrozumiałem, że to nie jest tylko opowieść o zaginionej dziewczynie, ale coś o wiele bardziej skomplikowanego. Coś, co może zniszczyć Kasię, a może i mnie. A w głębi duszy, czułem, że to dopiero początek.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania