Miasto dzieci

Miasteczko Świerkowo leżało na skraju gęstego lasu, z dala od wielkich miast. Miało zaledwie pięć tysięcy mieszkańców, a życie toczyło się tu wolniej niż gdziekolwiek indziej. Sklep spożywczy prowadzony przez państwa Nowaków zamykano o osiemnastej, wieczorami dzieci bawiły się na rynku, a starsi mieszkańcy siedzieli na ławkach i komentowali pogodę. Latem pachniało tu świeżo skoszoną trawą, zimą w powietrzu unosił się zapach palonego drewna. Było spokojnie, bezpiecznie – aż do dnia, kiedy pierwsi dorośli zaczęli umierać.

 

Pani Barbara, właścicielka piekarni, przewróciła się na środku rynku w trakcie porannej sprzedaży pieczywa. Starsza kobieta uchwyciła się za gardło, jakby próbowała coś powiedzieć, ale z jej ust nie wydobyło się żadne słowo. W jej oczach było czyste przerażenie, zanim padła na ziemię.

 

Ludzie rzucili się na pomoc. Ktoś zadzwonił po pogotowie, ktoś próbował sprawdzić puls, ale było już za późno. Gdy sanitariusze podnieśli jej ciało, z nosa popłynęła jej ciemna, gęsta krew.

 

— Zawał? — szepnęła kobieta w tłumie.

 

— Nie miała problemów z sercem — odpowiedział ktoś inny.

 

Tego samego dnia umarło jeszcze troje dorosłych. Listonosz, burmistrz i pan Marian, ojciec jednej z uczennic liceum. Każdy z nich osunął się na ziemię, dławiąc się czymś niewidzialnym.

 

Lekarze byli bezradni. Ludzie zamykali się w domach, przerażeni i niepewni, co ich czeka. Wieczorem, gdy zapadł zmrok, w miasteczku panowała grobowa cisza.

 

Nikt nie wiedział, że to dopiero początek.

 

---

 

Kolejne dni przyniosły chaos.

 

Wszyscy dorośli zaczęli umierać – jedni w łóżkach, inni na ulicach, niektórzy w samochodach, które potem uderzały w latarnie i budynki. Nikt nie rozumiał, co się dzieje. Dzieci i młodzież patrzyły, jak ich rodzice, nauczyciele, sąsiedzi – wszyscy – odchodzą jeden po drugim.

 

Piętnastoletni Kuba znalazł swoją matkę martwą przy kuchennym stole, z głową opartą o talerz zupy. Lena, siedemnastolatka, widziała, jak jej ojciec – burmistrz – zmarł w gabinecie, próbując coś jeszcze napisać na kartce. Sześcioletnia Kasia biegała po domu, wołając mamę, ale nie mogła jej obudzić.

 

Po tygodniu nikt powyżej osiemnastego roku życia nie żył.

 

Ciała wciąż leżały na ulicach, w domach, w samochodach. Telefon na pogotowie przestał działać – nikt już nie odbierał. Policja? Nie było komu jej wezwać.

 

A potem przyszło wojsko.

 

---

 

Helikoptery krążyły nad miastem. Żołnierze w kombinezonach ochronnych ustawili barykady na drogach prowadzących do Świerkowa. Na głównym placu pojawiły się wozy wojskowe, a przez megafony słychać było mechaniczne głosy:

 

— MIASTO ZOSTAJE OBJĘTE KWARANTANNĄ. NIE PRÓBUJCIE OPUSZCZAĆ STREFY. KONTAKT ZE ŚWIATEM ZEWNĘTRZNYM JEST ZABRONIONY.

 

Dzieci patrzyły na to wszystko w milczeniu.

 

Lena, która stała na schodach ratusza, poczuła, jak ktoś chwyta ją za rękę.

 

— Co teraz zrobimy? — zapytała jej młodsza siostra, dziesięcioletnia Jagoda.

 

Lena nie miała odpowiedzi.

 

---

 

Minęły trzy dni od ostatniej śmierci.

 

Najstarsi w miasteczku – siedemnasto- i osiemnastolatkowie – szybko przejęli kontrolę. Musieli.

 

Lena zebrała grupę na rynku. Było ich około pięćdziesięciu, starsze dzieci i nastolatkowie, którzy wiedzieli, że muszą działać.

 

— Musimy się zorganizować — powiedziała, patrząc na nich wszystkich. — Jeśli tego nie zrobimy, umrzemy.

 

Ktoś jej przytaknął. Ktoś inny się rozpłakał.

 

Podzielili się zadaniami. Kuba i jego koledzy sprawdzili sklepy spożywcze – okazało się, że zapasów wystarczy na kilka tygodni, ale prędzej czy później trzeba będzie pomyśleć o czymś więcej.

 

Grupa starszych dziewczyn poszła do apteki. Znaleźli tam mnóstwo leków, ale nie mieli pojęcia, jak ich używać.

 

Największym problemem były ciała.

 

— Musimy je pochować — powiedział jeden z chłopaków, Dawid.

 

— Jak? — zapytała Lena.

 

— Nie wiem, ale nie możemy pozwolić, żeby tak tu leżały.

 

Wiedzieli, że to prawda.

 

Zaczęli wynosić ciała na cmentarz. To była najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek musieli zrobić. Niektórzy płakali, inni nie odzywali się ani słowem.

 

Ale to, co przyszło nocą, było jeszcze gorsze.

 

---

 

Pierwszej nocy po izolacji zaginęła grupa nastolatków. Wyszli sprawdzić, co jest za miastem, i już nie wrócili.

 

Rano znaleziono tylko ich ubrania, porzucone w trawie.

 

Jagoda podbiegła do Leny, przerażona.

 

— Co, jeśli to nie była choroba? — szepnęła.

 

— Co masz na myśli?

 

— Może oni wszyscy… nie umarli tak po prostu. Może coś ich zabrało.

 

Lena chciała zaprzeczyć, powiedzieć, że to bzdury. Ale potem znaleźli notatkę w ratuszu.

 

Był to raport jej ojca, napisany na kilka godzin przed śmiercią.

 

"To nie jest choroba. Kiedy umieramy, coś po nas przychodzi. Nie pozwólcie zapalić światła w nocy. Nie wychodźcie po zmroku. Jeśli to czytacie, przetrwajcie. Inaczej oni zabiorą i was."

 

Pod listem była tylko jedna linijka, napisana drżącym pismem:

 

"Oni są w cieniu."

 

Zapadł zmrok.

 

Lena spojrzała przez okno.

 

Coś stało na ulicy, nieruchome, czarne jak noc.

 

Patrzyło prosto na nią.

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania