Miasto Świat
Musiałem wczoraj opuścić swe pustelnicze gniazdo. Podróż pociągiem i wizytę w mieście uprzyjemniał mi Miles, sączący się przez słuchawki wprost do samego środka głowy. A tam, w środku tej biednej głowy, schowany przed innymi dźwiękami, siedziałem ja — podróżny.
W pociągu, z niemałym zdumieniem, ale i z ciekawością, odkryłem, że otaczający mnie ludzie — ci, których rozmów bałem się słuchać, ponieważ cierpiałbym z każdym słowem, cierpiałbym jak pustelnik biorący udział w teleturnieju „Jak oni śpiewają” — otóż odkryłem, że jestem jednym z nich. A to, że nie mówię, że postanowiłem nie mówić, jest tylko wynikiem wiary w słabość własnych myśli. Oni tej wiary jeszcze nie posiedli. Być może to miłe uczucie, tak sobie pogawędzić, ale ja nie potrafię.
Tymczasem za oknem przesuwający się krajobraz przypominał surowością polskie kino lat sześćdziesiątych. Miles, niczym Komeda, prześlicznie zawodził, uwodził, przenosił mnie poza niewidzialną granicę dzielącą od współbraci we własnych słabościach. Dlaczego się odcinam? Czyżbym bał się ludzi słabych? Przecież sam jestem jednym z nich.
Miasto jak miasto. Dużo zaaferowanych ludzi, starannie udających obojętność wobec bliźnich i siebie. Wszechobecne sklepy i samochody, wypielęgnowane niczym tipsy. Reklamy zachęcają mnie do kupowania. Na szczęście nie muszę nic kupować, bo mam ze sobą niezawodną czekoladę Toblerone, która jest jak chleb mój pustelniczy codzienny.
Miasto jest brudne i przez to zionie mi prosto w twarz syfem zaszczanych podwórek i klatek schodowych, w których mieszkają ludzkie cienie, tuż obok bestii. Już wiem, dlaczego tak starannie udają obojętność. Oni nie udają! To jest jak w „Kongresie futurologicznym” Lema. Dosypują im czegoś do żarcia, żeby świadomość nie odebrała zmysłów.
Wracam do domu pekaesem. Na przedniej szybie pojawiają się pierwsze krople deszczu, tak długo oczekiwanego. Z przystanku dalsza droga prowadzi przez lipową aleję. Oddycham pełną piersią. Jak biały pył wciągam w głąb siebie krajobraz, tak bardzo znajomy i uspokajający. Zapadam w lipowy sen, a tam, za laskiem, jest mały sklepik — a jakże! W sklepie spotykam zimnego Lecha. Przez chwilę gadamy o urokach butelkowego szkła. Więc jednak potrafię rozmawiać? Kolor butelkowy przenosi nas nad szmaragdowe morza. Mówię do Lecha, że bycie upadłym to wynik wiary w brak szczęścia i życia wiecznego. Wiem, bo sam taki byłem. Amen.
Komentarze (2)
W głowie namiesza na Amen.
Coś się ruszyło, może to nie statek, ale pociąg. Lubię takie proste rozkminy :)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania