MIASTO ZBRODNI. CZ. I
Było zimno. Dorożki jeździły w kółko po promenadzie, a kupcy siedzieli w swoich barakach handlując ziemniakami i groszkiem. Szedłem na pocztę zapłacić rachunek za telefon. Byłem przemęczony. Ostatnie dwie noce z rzędu spędziłem w fabryce. Ogarniała mnie z lekka senność. Gdy wszedłem do urzędu na sam widok zrobiło mi się nie dobrze. Kolejka ciągnęła się jak guma przylepiona do blatu. Nie wiedziałem co robić. Po chwili usiadłem i zdecydowałem się poczekać. Czytałem jakiegoś brukowca, w którym nie było nawet działu sportowego. Niech to szlak. Miałem ochotę zapalić, ale bałem się, że jakiś burak wpierdoli mi się w paradę. Odpuściłem. Sterczałem tam około godziny pocieszając się fajną laską w kolejce, której złocisty brokat z policzków sypał się na posadzkę. W końcu udało się dotrzeć do okienka. Po drugiej stronie dla odmiany siedziała nieprzyjemna babka z wyrazem twarzy jak by posadzili ją tam za kare. Całe szczęście dość szybko załatwiłem formalności i opuściłem tą niewdzięczną instytucję.
Na dworze było dalej zimno. Postanowiłem, że skocze gdzieś napić się grzanego piwa. Tak też zrobiłem. Mianowicie udałem się do jednej z ulubionych knajp mojej byłej ponieważ zawsze grała tam dobra muzyka. Zamówiłem kufel Budweisera i cieszyłem się chwilą relaksu. Kobieta za barem miała gustowne szpilki i sporawy dekolt także miałem dość interesujący widok naprzeciw. Tak rozmyślałem nad wszystkim i niczym gdy nagle do lokalu wparowało czterech osiłków z wielkimi głowami. Podeszli do baru zasłaniając mi widok swoimi szerokimi jak szafa plecami po czym zamówili cztery duże piwa. - Buce…Warknąłem pod nosem. Jeden z nich rozglądał się w koło jakby kogoś szukał. Piana dosłownie ciekła mu z ust. Zniesmaczony sytuacją dokończyłem bystro napitek i wstałem od stolika gotowy do wyjścia gdy jeden z kolesi spojrzał na mnie złowrogo i spytał …
- Dokąd ci dziadku tak śpieszno?
- Do domu drogi kolego. Obowiązki wzywają – Odpowiedziałem.
- Nigdzie nie pójdziesz - Odwarknął niemile.
- A do czego ci jestem potrzebny chłopcze? Masz do mnie jakiś interes?
- Może mam może nie mam. Siadaj kurwa bo zaraz sam cię usadzę.
- Dobrze, dobrze. Tylko liczę, że łaskawie powiesz mi o co chodzi.
Towarzystwo odwróciło się w stronę zakłopotanych klientów po czym zaczęli wypytywać o niejakiego Franka. Skąd miałem wiedzieć kto to kurwa jest Frank. Paranoja.
- Pytamy jeszcze raz…Gdzie jest Frank Dojl? Wiemy, że wita tu czasem. Mamy z nim do pogadania. Nie wyjdziemy póki ktoś nam nie powie gdzie go szukać.
Wkurwiłem się. Do czego to podobne, że przez jakiegoś Franka będę siedział tu bóg wie do której godziny. Wyjąłem spluwę i wymierzyłem w bydlaków.
- Ej. Gówno mnie obchodzi kim jest wasz Frank. Mam zamiar w ciągu pięciu sekund opuścić to miejsce i udać się spokojnie do domu kapujecie? Nie zamierzam mieszać się w wasze interesy.
Ich miny od razu przybrały inną formę. Nie interesowało mnie co to za hołota. Chciałem tylko wrócić do siebie.
- Dobrze dziadku. Spokojnie. Nie zatrzymujemy. Jednak coś mi się wydaje, że jeszcze się spotkamy.
Odpowiedział jeden z nich.
- Miło było poznać. Jak widzicie wiecie gdzie mnie szukać w przeciwieństwie do pana Franka. Tymczasem wybaczcie, ale spadam.
Tak wyszedłem z knajpy. Wybrałem spacer mimo chłodnego popołudnia gdyż mieszkałem zaledwie trzy przecznice dalej. Odpaliłem papierosa i spokojnym marszem kierowałem się na Green street 13. Robiło się coraz zimniej. Zapadał zmrok. Dorożkarze dalej robili pętle, kupcy pomału zwijali towar, a miasto budziło się do nocnego życia. Droga dłużyła mi się jednak jak nigdy. Jakbym szedł w miejscu. Pies ujadał pod bramą, jakiś pijaczek grzebał w śmietniku, a ja cały czas dziwnie się czułem. Dziwka dosypała mi coś do piwa pomyślałem. Nagle poczułem mocne uderzenie w łeb. Upadłem. Obok zauważyłem ślady krwi na chodniku.
- I co teraz powiesz dziadku? Taki byłeś cwaniak?
To znowu te oprychy z baru. Poturbowali mi głowę. Leżałem tak w kałuży swojej krwi, a oni drwili ze starego Pluma. Byłem w szoku. Nie mogłem wydusić słowa. Skurwiele zabrali mi buty i poszli w swoją stronę. Nie mogłem się podnieść. I nie wiem ile tam leżałem, dopóki nie ujrzałem nad sobą pięknej, jasnowłosej kobiety w seledynowym żakiecie. Była jak anioł który przegonił wieczorną ciemność i rozświetlił te szare ulice. Wyciągnęła w moim kierunku dłoń i postawiła do pionu.
- Kim jesteś? - Spytałem.
- Mam na imię Andżela. Choć. Trzeba opatrzyć Ci głowę. Straciłeś dużo krwi.
Tym samym udałem się z Andżelą do niej. Mieszkała po drugiej stronie miasta. Niewielkie mieszkanko, ale schludnie urządzone, a wszędzie łaziło pełno kotów. Opatrzyła mi stłuczoną głowę i podała jakiś cuchnący napar. Była niezwykle seksowna. Długie nogi, kusa spódniczka i wspaniałe piersi. Po głowie chodziły mi świńskie myśli, ale pohamowałem się w porę.
- Kto ci to zrobił? - Spytała Andżela.
- Nie wiem. Jakaś banda gówniarzy szukała szybkiego zarobku i traf chciał, że to ja miałem pecha. Zdarza się. Nie ma o czym mówić.
- Musisz to zgłosić jak najszybciej. Nie może im to ujść na sucho.
- Daj spokój. Naprawdę wdzięczny ci jestem za pomoc, ale dalej już sobie poradzę.
- Zostań jeszcze trochę. Możesz mieć wstrząs mózgu – Nalegała.
- Nie jest tak źle. Do wesela się wyliże. Daj mi tylko jakieś buty i uciekam do domu. Nie będę zawracał ci więcej gitary.
Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem. Do domu miałem jednak szmat drogi, a pogoda pierdoliła się z każdą kolejną godziną. Może wrócić i przeczekać do jutra pomyślałem…Zdecydowałem się rzucić monetą. I tu los zdecydował, że zostanę u nowej koleżanki dlatego też tym razem bez wahania wróciłem na górę. Ucieszyła się. Widać było, że ma wobec mnie jakiś niecne zamiary, ale nie pytałem o co chodzi. Piliśmy kawę i słuchaliśmy polskiego radia kiedy koty dalej chodziły swoimi drogami, a miasto przykrywała coraz to ciemniejsza noc wypuszczając na ulice hordy recydywistów, schizofreników, zboczeńców, zdeprawowanych, zdemoralizowanych, głodnych zbrodni szuj i szumowin. Browster - miasto zła i obłudy. W tym czasie zwykle siedzę w swoim pokoju albo jakimś motelu i pisze kolejne rzeczy. Wychodzę zazwyczaj kiedy zabraknie flaszki, ale staram się przeważnie wcześniej zadbać o zaopatrzenie.
Andżela nieustannie mi się przyglądała. Byłem trochę onieśmielony z racji, że było sporo młodsza. Spytałem czy nie znajdzie się jakiś alkohol. Wtedy wyciągnęła z barku butelkę burbonu. Tak siedzieliśmy sącząc drinki patrząc sobie głęboko w oczy, z każdą minutą coraz namiętniej, mocniej. Rozmowa z każdą chwilą zbliżyła nas do siebie. Finalnie wylądowaliśmy w łóżku. To było do przewidzenia. Dobrze się pieprzyła. Widać było, że kobieta ma doświadczenie w temacie. W sumie nie było się co dziwić. Nic jej nie brakowało.
Rankiem słońce zawitało nam z buta do salonu, bo nie miała nawet rolet. Wstałem i nakryłem jakimś kocem okno. Tak zajęty tym problemem nie zauważyłem w pierwszej chwili, że Andżeli nie było w łóżku obok. Co jest pomyślałem. Gdzie ona zniknęła u licha. Na kredensie leżała kartka. WYSZŁAM DO PRACY. CZUJ SIĘ JAK U SIEBIE. Zajrzałem do barku gdzie znalazła się resztka whisky. Po wypiciu drinka pojechałem do parku pokarmić łabędzie. W dzień miasto żyło zupełnie innym rytmem. Po mrocznym i przestępczym świecie nie było widać śladu. Żadnych wybitych szyb wystawowych, plam zaschniętej krwi na chodnikach, palonych gum po pościgach, łusek po kulach. Nic. Harmonia i spokój. Zacząłem się zastanawiać gdzie Andżela pracuje. Co może robić tak piękna kobieta. Na dawanie dupy trochę za wcześnie więc może kurwa jest modelką? A zresztą. Dowiem się w swoim czasie albo chuj mnie to obchodzi. Tak spacerowałem po zielonym parku, a pożółkłe liście spadały z drzew. Pierwszy rok na emeryturze i już człowiekowi doskwiera brak zajęcia. Może przejdę się na karuzelę?
Nastał wieczór. Czekałem na Andżele w jej mieszkaniu by oddać klucze i wrócić do siebie. Gdy wróciła była zalana. Płakała majacząc coś pod nosem, ale nie mogłem za nic zrozumieć tego bełkotu.
- Co się stało dziewczyno? Ktoś ci spuścił łomot? Mów mi tu szybko!
- Niee…Wydukała. Taki jeden dup…
- Już dobrze – Przerwałem – Spokojnie. Teraz kładź się do wyra i dojdź do siebie. Ja uciekam zanim zapomnę gdzie mieszkam.
Trzasnąłem drzwiami i wyszedłem na przystanek. Było trochę cieplej niż wczoraj, chociaż nieprzyjemnie wiało. Podjechał bimbaj i wszedłem do środka. Kierowca wyglądał jakby pił przez tydzień. Zdenerwowałem się. Naprzeciwko mnie siedziała jakaś dziwka z podartymi rajstopami, obok tłusty Afroamerykanin z podróbką roleksa, a tuż za nim menel w szarym swetrze. Wszędzie zajeżdżało kałem i starymi ludźmi. Tak jechałem gapiąc się w szybę, obserwując te splamione krwią ulice, gdzie dominuje seks i przemoc. Na jednej ze stacji wsiadło dwóch gości przypominających posturą moich wczorajszych przyjaciół. A może to byli oni? Usiedli obok. Jeden z nich coś gadał do drugiego kierując wzrok na mnie. Uwzięli się na starego Jeffa czy jak kurwa. Przecież są jeszcze inni pasażerowie. Nagle jeden z nich wstał i podszedł do mnie wyciągając nóż sprężynowy.
- Dawaj kasę dziadu bo oberwiesz.
- Panowie. Jestem biednym emerytem, nie mam forsy. Jedynie zegarek po ojcu. To wszystko.
Autobus zatrzymał się. Do środka wchodzi kontroler biletów. Facet dwa razy większy od moich napastników. Speszeni schowali nóż i grzecznie wrócili na miejsce. To był moment by dać dyla na najbliższej stacji. Biletu oczywiście nie posiadałem za co zostałem potraktowany dwustu dolarowym mandatem, ale jak na cenę za swoje życie to niewiele. Gdy drzwi otworzyły się, migiem wybiegłem z autobusu i schowałem się w jednej z bram. W sumie o tej porze nigdzie nie jest bezpiecznie. Cóż. Może się po farci. I tak po przeczekaniu sytuacji udało się zgubić drani. Wróciłem do siebie i napiłem się piwa. Znowu zacząłem myśleć o Andżeli. O jej nogach, dupci, cyckach…Ciekaw byłem czy wstała, co robi, jak wygląda. Postanowiłem, że odwiedzę ją jeszcze raz.
Nazajutrz pojechałem do niej pod wieczór. Czekając na klatce paliłem papierosa nucąc pod nosem Carlosa Santanę. A co jeśli nie przyjedzie? Może umówiła się z kimś na mieście…? Tak czekając dwie godziny, po raz kolejny musiałem przeprawić się nocą przez te pieprzoną metropolie. Na szczęście tym razem nic się nie wydarzyło.
Tak jeździłem przez kolejne dwa dni, ale nigdy Andżeli nie zastałem. Jak się potem okazało było to niemożliwe. Przejeżdżając któregoś dnia okolicą zatrzymałem się na moment pod jej klatką. Na drzwiach zauważyłem białą kartkę…Była to klepsydra z informacją o śmierci dziewczyny. Nie mogłem w to uwierzyć. Gdzieś tam ją polubiłem. W końcu zawdzięczałem jej poniekąd życie, a tak naprawdę nic o niej nie wiedziałem. Kim była, czym się zajmowała, kim byli jej rodzice, co lubiła jeść, kim byli jej znajomi, ile miała lat, skąd pochodziła…Jak zginęła. Została zgwałcona? Poćwiartowana? Utopiona w rzece? Rozjechana przez pędzący samochód sportowy? Spłonęła? Popełniła samobójstwo? Wylew? Atak serca….? Zostanie to już chyba tajemnicą. Naprawdę było mi przykro.
Przez tydzień piłem rozmyślając nad tym co się stało. Gryzłem się tą całą dziwną historią. Być może została uprowadzona i siedzi teraz zupełnie sama, przestraszona, przywiązana do kaloryfera w jakiejś zimnej piwnicy. Wątpliwości nie dawały mi spokoju. Pewnego dnia zabrałem gnata i udałem się ponownie do ulubionej knajpy swojej byłej. Jak zwykle grała dobra muzyka, cycasta nalewała piwo z kija, a elita okupowała strefę wipowską. Usiadłem do stolika i gapiłem się w okno. Liczyłem, że banda tych łobuzów ponownie zaszczyci nas swoją obecnością, a wtedy będę mógł zrewanżować się skurwielom za mój rozbity łeb. Tym razem jednak nie przyszli. Może odnaleźli swojego Franka i dali sobie spokój. Nosiło mnie. Wyszedłem z knajpy i wsiadłem do najbliższej taryfy. Tak jeździłem bez celu obserwując miasto. Nic nie zapowiadało adrenaliny i tego co wydarzyło się za pewien czas.
Cierp zatrzymał wóz.
- Poczeka pan chwile. Skocze tylko po fajki i coś na ząb.
Zostałem. Słuchałem jakiejś chujowej audycji w radio, po drugiej stronie ulicy przechodziła liczna grupa tureckich demonstrantów, a wycie syren policyjnych rozsadzało mi niedawno obitą głowę. Upłynęło jakieś dwadzieścia minut a frajer nie wracał. Nagle usłyszałem strzały. Zdenerwowany wysiadłem z auta. Rozejrzałem się w koło po czym wsiadłem za kółko i ruszyłem. Doszedłem do wniosku, że nie będę się z kolesiem pierdolił. I tak jeździłem do czasu kiedy zastał mnie wieczór. Czułem się pewnie siedząc w furze, poza tym w lewej kieszeni marynarki miałem swoją trzydziestkę trójkę. Pojechałem nad rzekę. Kiedyś lubiłem jeździć tam nocą palić ognisko pod mostem. Dziś stało się to zbyt niebezpieczne. Wszędzie pełno lumpów, złodziei i narkusów na głodzie gotowych wsadzić ci kose za dwadzieścia centów. Mimo wszystko zaryzykowałem. Zaparkowałem na zboczu i zszedłem na dół na brzeg. Rozświetlone miasto wyglądało wspaniale. Odpaliłem papierosa i przyglądałem się spacerującym tuż nade mną. Pozornie było wyjątkowo spokojnie, cicho. Jednak nic bardziej mylnego…W pewnym momencie usłyszałem głosy około pięćdziesięciu metrów od siebie. Kilku kolesi ciągnęło jakiegoś biedaka po plaży. Schowałem się za krzakiem i czekałem z zainteresowaniem co się wydarzy.
- Litości. Dajcie mi jeszcze tydzień. Oddam co do grosza. Błagam was! Mam dwójkę dzieci.
- Pierdolą mnie Twoje dzieci Frank. Zalegasz dziesięć koła i twój czas dobiegł końca.
Nie mogłem uwierzyć. Niejaki Frank Dojl, którego szukali ci gnoje klęczał na piachu prosząc o łaskę. Świat jest mały pomyślałem. Jeden z egzekutorów przeładował swojego glocka i wymierzył w przerażonego delikwenta. W tym momencie obudziła się we mnie chęć pomocy. Byłem ciekawy kim jest ten cały Frank, od którego notabene tak naprawdę zaczęła się moja krótka znajomość z Andżelą. Nie mogłem patrzeć obojętnie na ten incydent i wyskoczyłem z ukrycia celując w jednego z gości…
- Rzuć to śmieciu, albo zostaniesz potraktowany ołowiem między oczy! Zrozumiałeś?
- Proszę, proszę. Znowu się spotykamy dziadku. Widzę, że niczego cię nie nauczyła ostatnia lekcja. Nie wiem kurwa skąd się tu wziąłeś, ale radzę żebyś grzecznie zabrał stąd swoją dupę i nie wtrącał się w nieswoje sprawy.
- Posłuchaj. Liczę do trzech, jeśli w tym czasie nie znikniesz mi z oczu razem ze swoimi uroczymi kolegami zrobię z ciebie sito.
- Jesteś głupszy niż myślałem. Obiecuje, że pożałujesz tych słów starcze. Następnym razem nie będziemy się z Tobą cackać. Dobra. Spadamy chłopaki.
I takim sposobem ocaliłem skórę Franka Dojla. Człowieka, o którym nic nie wiedziałem, co zresztą miałem zamiar w najbliższym czasie szybko nadrobić. Wsiedliśmy do taksówki i udaliśmy się na kufel piwa zamienić parę słów. Liczyłem na szczegółową relacje pana Dojla na swój temat. Nie mogłem go tak po prostu puścić. Znalazłem niewielki zajazd na przedmieściach, postawiłem kolejkę i zacząłem wyciągać informację…
- Dobrze panie Dojl. Jestem Jeff. Zacznijmy od tego, że nie jest mi pan nic winny. Chciałbym tylko wiedzieć kim pan jest i czego chcieli te bandziory. Potem odwiozę pana gdzie pan sobie życzy.
- Zacznę może od podziękowań. Uratował mi pan życie…A co do całej historii to jest ona dość skomplikowana. Krótko mówiąc wiszę forsę lichwiarzom z North City. Mam mało czasu, właściwie moje dni są już policzone. Wydali na mnie wyrok.
- To rzeczywiście nie ciekawie. Nie za bardzo mogę pomóc…Za to mam jeszcze jedno pytanie…Wspomniał pan o North City.
- Tak. Wpadałem tam do lokalnego kasyna, tam też poznałem tych oprychów, którzy podpuścili mnie z pieniędzmi.
- A dziewczyna o imieniu Andżela? Wysoka, atrakcyjna blondynka…Mówi to panu coś?
- Andżela…Hm. Chociaż, zaraz, zaraz…Kręciła się taka jedna. Wychodziła na zaplecze z Gejblem. Właścicielem kasyna. Często źle ją traktował, wielokrotnie groził. Między nami nieprzyjemny z niego typ. To jemu właśnie winny jestem kesz. Mam mało czasu…Musze zabrać dzieciaki i żonę i zniknąć z miasta.
- W porządku. Dzięki za informację.
Po północy odwiozłem Franka do domu, życzyłem powodzenia i porzucając taryfę wróciłem do siebie przyciąć komara. Następnego dnia powęszyłem trochę w sprawię tego całego Gejbla zastanawiając się czy pociągnąć tą sprawę do końca. Moje życie nie było nigdy zbyt ciekawe, teraz czasu jest w brud, a umrzeć kiedyś i tak będzie trzeba. Zamówiłem pizze, otworzyłem zimne piwo i wyjąłem pięciocentówkę. Złapałem dobrego łyka po czym wyrzuciłem bilon w powietrze, który upadł na dywan turlając się jak kulka gówna toczona przez żuka. Po raz kolejny zdałem się na los. Nie było wyjścia. Jeśli tego dnia mam dołączyć do Andżeli niech się tak stanie. A nóż będę miał więcej szczęścia niż rozumu jak Brudny Harry i dam im wszystkim wycisk ? Dokończyłem piwo, olałem chłopca od pizzy, który zmuszony będzie pocałować klamkę i wylazłem na ulice z zamiarem odwiedzenia lokalu Gejbla. Tym razem wsiadłem w autobus. Dzień był naprawdę piękny, a niebo całkowicie bezchmurne. Żyć nie umierać jak to mówią. Ludzie biegli. Dorożki, kupcy, żebracy…Ten sam dzień, ten sam sen starego tetryka na emeryturze. Wszystko kręciło się swoim rytmem. Wtedy uświadomiłem sobie, że najwyższy czas zaszaleć. Nie ma na co czekać…
Kiedy ustałem przed wielkimi, niebieskimi drzwiami kasyna, które przypominały bardziej wrota do niebios niż wejście do świata pełnego pokus, obleciał mnie delikatny strach. Nie byłem pewny co robię, ale czułem, że jest mi to potrzebne. Złapałem za klamkę i wszedłem do środka. Bramkarz przypominający orangutana zaczął macać mnie po jajach. Na szczęście idiota nie znalazł pukawki którą schowałem sobie do skarpety. Śmiało wszedłem po schodach na piętro. Było wcześnie. Kilku rówieśników grało w brydża, jakaś lolitka obracała się na rurze, a znudzony barman dłubał w nosie czytając gazetę. Usiadłem za bar. Zamówiłem sto z colą i dyskretnie zapytałem o swoją znajomą.
- Witam młody człowieku. Ostatnio miałem okazję poznać tu jedną z waszych dziewczyn i zależy mi na kolejnym spotkaniu. Mówili na nią Andżela. Pewnie kojarzysz?
- Nie bardzo. Jestem tu nowy. Ale ktoś na pewno powinien wiedzieć.
- Yhy…A kto dowodzi tym okrętem co?
- Pan Gejbl. Niestety obecnie go nie ma. Załatwia swoje biznesy na mieście, ale za jakąś godzinę powinienem się pojawić. Może coś przekazać? - Spytał.
- Nie, nie trzeba. Poczekam sobie gdzieś tutaj na niego.
Pomyślałem, że zaskoczę dupka. Szybko zorganizowałem sobie najlepszy punkt widokowy i koczowałem na Gejbla na tarasie. Wypaliłem chyba z dziesięć papierosów, czułem się chwilami jak pieprzony ornitolog w krzakach z lornetką w rękach. W co ja się kurwa bawię pomyślałem. Nagle podjechał czarny jaguar. Z auta wyszło dwóch kafarów wożących się jak dwie dziwki po centrum handlowym po czym weszli obaj do środka. Wyszedłem z tarasu i przemieszczałem się w okolice parteru. Tam ukryłem się za winklem i nadsłuchiwałem rozmowy. Chrzanili coś o Franku i jakimś obcym facecie, który wyciągnął go z tarapatów. Zdałem sobie sprawę, że teraz nie tylko Dojl ma przejebane i zaraz zrobi się naprawdę gorąco. Wybiegłem z korytarza i wszedłem do kibla gdzie jebało jak w końskiej stajni. Wyjąłem mojego guna, sprawdziłem zawartość magazynka i obmyśliłem szybki plan działania. Za oknem była drabina na dół. Skorzystałem z tego patentu i zszedłem z powrotem przed budynek. Po drugiej stronie ulicy stała ławka, wziąłem z automatu prasę i zasłoniwszy twarz spocząłem. Niestety jeśli chciałem dopaść Gejbla, musiałem trafić na odpowiedni moment. Zbyt duża brawura mogła by mnie drogo kosztować. Cierpliwie czekałem.
Około godziny dwudziestej pierwszej pojawił się przed lokalem. Tym razem był sam. Wyjął kluczyki i wsiadł do swojego jaguara. Złapałem taksi i kazałem kierowcy jechać za nim. Miałem nadzieje, że nie okaże się kolejnym głodnym frajerem i nie zjedzie gdzieś na burgera. Na szczęście nie przyszedł mu do głowy taki pomysł. Zatrzymaliśmy się. Gejbl wyszedł z fury i wszedł do jakiegoś motelu. W tym czasie ja wysiadłem z taryfy i podbiegłem do jego auta. Doświadczenie z przed lat kiedy jak gnojek werbowałem części drogich maszyn, przydało się jak znalazł. Bez problemu otworzyłem auto po czym wsiadłem do środka pakując się na tylne siedzenie. Zalatywało mahoniem i kubańskimi cygarami, a sam komfort i wygoda robiły wrażenie. Kiedy Gejbl wyszedł skuliłem tyłek pod siebie i przykucnąłem za fotelem kierowcy. Przeładowałem broń…Odliczałem sekundy. Gdy wszedł pozwoliłem mu jeszcze odpalić, po czym przystawiłem powoli lufę do skroni. Zdębiał…
- Cześć…. - Wyszeptałem.
- Witam. Yyy…Czy my się znamy? - Spytał przełykając powoli ślinę.
- Jeszcze nie, ale zaraz na pewno się poznamy. A teraz jedź gdzie każę. Zrobimy sobie małą wycieczkę. I drgnij tylko, a twój mózg znajdzie się na przedniej szybie.
Pojechaliśmy nad rzekę. Dokładnie w te samo miejsce gdzie byłem poprzednim razem. Wyszliśmy z wozu, zeszliśmy zboczem w dół i znaleźliśmy się na plaży. Koleś był serio dobrze zdezorientowany. Nie przypuszczał w pierwszej chwili, że to mnie oprócz Franka jeszcze szuka.
- Ok. Mogę chociaż wiedzieć co się dzieje? - Spytał.
- Już przechodzę do sedna Gejbl, bo z tego co się orientuje to tak masz na imię…Wiem też jaki z ciebie gnida. Zatruwasz te miasto od dawna pakując ludzi w kłopoty. Dziwki, hazard, prochy, wymuszenia. I pominął bym ten fakt, ale nie mogę zapomnieć o jednej fajnej lasce. Z tego co wiem, pracowała u Ciebie. Wysoka, blond włosy, długie nogi.
- Aaa…Teraz wszystko rozumiem. Tylko po co te nerwy człowieku. Jeśli wpadła ci w oko wystarczyło zapytać, a nie wlec mnie nad wodę i robić przedstawienie by o tym pogadać.
- Co z nią zrobiłeś? - Przerwałem.
- A dlaczego zakładasz, że coś z nią zrobiłem? Poszła sobie. Robiła jako kelnerka, ale nie sprawdzała się i pogoniłem sukę. Mogę podać Ci adres.
- Łżesz! Dziewczyna od jakiegoś czasu gryzie ziemię i dobrze o tym wiesz.
- Słucham? Myślisz kurwa, że stuknąłem laskę bo nie dawała dotykać się klientom? Straciłeś rozum dziadku? Poza tym skąd ci to przyszło do głowy? Skąd w ogóle mnie znasz?
Zmieszałem się. Z jednej strony zachowywał się wiarygodnie, ale z drugiej musiał do cholery być w to zamieszany. W końcu to pozbawiony skrupułów gangus i nic tu nie dzieje się bez jego wiedzy.
- No właśnie. Tak się składa, że miałem przyjemność poznać wczoraj Franka Dojla. Twierdzi, że dziewczyna była zastraszana i poniewierana. Następnie wylatuje z roboty, a kilka dni później kończy na cmentarzu. Może za dużo wiedziała o twoich przekrętach co Gejbl?
- Acha. Teraz wszystko jasne. To ty jesteś tym facetem, który odbił mi moją kasę. Nie dobrze. Nie wiem co nagadał ci ten naćpany zbok, który mnie okradł, ale nie masz żadnych dowodów. Nie będę ci się tłumaczył. Nic nie zrobiłem tej lasce i nie wiem co ją spotkało. Proponuje byś odłożył spluwę i dał mi spokojnie wrócić do swojego lokalu.
- Czemu miałbym ci wierzyć?
- Bo jesteś rozsądny i wiesz, że nie masz wyjścia.
- Dobra Gejbl. Masz szczęście, że nie jestem z twojej gliny i nie odstrzelę ci tego brzydkiego łba, ale jeśli mnie oszukałeś to wrócę, a nasze spotkanie skończy się już inaczej.
- Trzymam za słowo. - Odpowiedział z cwaniackim wyrazem twarzy.
Następnego dnia wstałem na morderczym kacu. Zrobiłem sobie jajecznice na boczku i mocną kawę. Żałowałem, że nie odjebałem tego skurwiela. Zrobił bym pożytek na przyszłość i oszczędził kilka niewinnych istot.
Po zjedzeniu obfitego śniadania i wzięciu zimnego prysznica postanowiłem, że odwiedzę Franka. Miałem nadzieję, że uda mi się go jeszcze złapać zanim zniknie na zawsze. I w tym wypadku po farciło mi się. Po godzinie męczącej podróży komunikacją miejską dotarłem na miejsce gdzie zastałem go jak pakował rzeczy do wozu gotów do wyjazdu.
- Witam Frank. Widzę, że jeszcze się trzymasz w jednym kawałku.
- Tak. Jak widzę też masz się całkiem dobrze. Nie wyjeżdżasz?
- Nie. Wiesz…Zżyłem się z tym miastem. Ciężko było by mi się z nim rozstać. A jak twoja rodzina sobie z tym radzi? Zabierasz ich ze sobą?
- Rodzina? – Spytał zdziwiony.
- Tak. Dzieci, żona?
- Ach tak… Wyjechali wczoraj do matki. Przepraszam, ale trochę się śpieszę. Jeszcze raz dzięki za pomoc.
Nagle w aucie Dojla zauważyłem zieloną apaszkę na tylnym siedzeniu. Identyczną miała na sobie Andżela w dniu w którym podniosła mnie z asfaltu. Może Gejbl miał rację co do Franka. Może to ćpun i mitoman zasłaniający się rodziną, dbający tylko o swoją chudą dupę? Do tego ta apaszka. Przypadek? Musiałem to sprawdzić. Miałem dość tej farsy.
-Frank…Pozwolisz może jednak, że pojadę z Tobą. Może rzeczywiście powinienem zwiać…
- Jadę na wschód. Nie wiem czy odpowiada ci taka opcja…Poza tym jak chcesz jechać…Teraz? Nie masz żadnych rzeczy.
- Nie potrzebuję nic Frank. Mam w kieszeni parę dolców, na początek wystarczy. Nie martw się. Możemy śmiało wsiadać do środka i ruszać w drogę.
Tak też zrobiliśmy. Dojl od początku dziwnie się zachowywał. Jechał właściwie w milczeniu, spięty, blady, niepewny. Ewidentnie naćpany. Także mało mówiłem. Podniosłem z tylnego siedzenia chustkę i zacząłem się nią bawić.
- Ładna apaszka. Żony? - Spytałem podstępnie.
- Tak…Zostawiła ostatnio.
- A powiedz mi Frank. Często bywałeś u Gejbla w tym kasynie?
- Zdarzało się, że bywałem codziennie wieczorami przez pewien czas. A czemu pytasz?
- Wiesz…A kontakt z kobietami, dragi? W takich miejscach to chleb powszedni. Nie kusiło cię?
- Miałem parę epizodów, ale skończyłem z tym.
- A kiedy z tym skończyłeś? – Spytałem podejrzliwie widząc jak biedak pocąc się myli fakty.
- …Po takiej pewnej akcji. Jedna suka była strasznie oporna. To się łasi, uśmiecha, a jak podchodzisz to karze trzymać łapy przy sobie. Wkurwiła mnie szmata.
- I co zrobiłeś?
- Nic. Nie będę cię zanudzać…
- Spokojnie. Mamy czas Frank. Chętnie posłucham.
- Aleś ty uparty. Ok. Tylko to zostaje między nami. I tak mamy zdrowo przesrane…Tak więc przegrywałem akurat sporą sumę, którą wziąłem w komis u tych goryli przed którymi mnie uchroniłeś…Piłem…Traciłem panowanie nad sobą i w pewnym momencie po którymś rozdaniu poszedłem dobrać się do suki. Widziałem jak wchodzi na zaplecze. Poszedłem tam za nią, ale jeden z ochroniarzy mnie widział więc się wycofałem. Wróciłem i piłem dalej czekając aż skończy zmianę. Hajs przetrwoniłem, byłem w kiepskiej kondycji i wtedy totalnie mi odwaliło. Kiedy skończyła, zauważyłem, że wychodzi z płaczem, a jeden z goryli krzyczał żeby już nie wracała. Będąc w amoku wyszedłem za nią około północy i na jednej z przecznic zajechawszy drogę zaciągnąłem ją siłą do auta. Pojechaliśmy nad rzekę. Tam nie miałem już hamulców. Skoro ją wylali nikt nie będzie po niej płakał pomyślałem.
W tym momencie włosy zjeżyły mi się na całym ciele, a krew uderzyła gwałtownie do głowy. Przełknąłem ślinę i słuchałem dzielnie do końca.
- Najpierw obiłem jej tą śliczną buziulkę by zapamiętała sobie raz na zawsze, że mi się nie odmawia. Rozumiesz Jeff. Wyjąłem penisa, zdjąłem jej majtki i kotłowałem kurwę do krwi póki nie zaczęła jebana rzygać. Nie był to już tak miły widok. Wyciągnąłem pół przytomną z bryki, przyjebałem kilka razy łomem i wrzuciłem do rzeki. Po wszystkim wróciłem do siebie. Jakby tego było mało teraz uciekam przed tymi bydlakami. Niezły pasztet stary.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałem co robić. Ten wariat ciągle gadał, a ja nie mogłem już tego dłużej słuchać. Z każdą kolejną sekundą robiło mi się coraz bardziej niedobrze na jego widok. Złapałem za gnata przez płaszcz. Następnie spojrzałem jeszcze raz na Franka. W tym momencie jakby wszystko spowolniło. Czas, ruch, głos, prędkość…
- Zatrzymaj się! – Krzyknąłem.
- Co się stało? Chcesz się odlać? Wytrzymaj chwile, zaraz dojedziemy do stacji benzynowej.
- Zatrzymaj się! – Krzyknąłem po raz drugi – Już!!
Stanął…Wysiedliśmy z wozu. Spojrzałem mu głęboko w oczy. Ten kurczowo zaczął grzebać w portfelu, pewnie w poszukiwaniu pieprzonych prochów, ale nie mógł nic znaleźć. Obserwowałem jak wpadał w furię, zaczął skakać po masce i dachu auta drąc przy tym straszliwie ryja. Czekałem aż się uspokoi. Wtedy podszedłem do niego. Jeszcze raz spojrzałem w oczy dogłębnie i przenikliwie po czym przeładowałem…Na ten dźwięk Dojl zeszczał się w pory, a w oczach ujrzałem obłęd którego nic nie było już w stanie uspokoić . Pociągnąłem za spust. Wypalony pocisk przeleciał przez lewę stronę mojego płaszcza po czym trafił ścierwo prosto w czoło. Padł na glebę jak ustrzelony guziec, a krew trysnęła na wszystkie strony. Po raz trzeci spojrzałem śmieciowi w oczy. Nie widziałem już nic. Nie czułem nic. Ni ulgi, ni satysfakcji, nie spadł mi w jakikolwiek sposób kamień z serca. Totalna obojętność. Zwłoki zaniosłem do lasu, a sam wybrałem się w dalszą podróż splamionym krwią wozem, który porzuciłem wraz z tym co się stało tuż przed kolejnym miastem gdzie zatrzymałem się na pewien czas w hotelu by ochłonąć i ostudzić nerwy. Jedno było pewne. Frank Dojl nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi. Mogę się tylko cieszyć, że uszedłem z życiem z tej chorej historii, której tak naprawdę nigdy nie zapomnę. Tak jak nie zapomnę wspaniałych nóg, delikatnych dłoni, pięknej buzi. Tak jak nie zapomnę jej - Andżeli.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania