Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

MIDRAJ - Rozdział VII - TANIEC DESZCZU

Gabor był wściekły. Od tygodnia kury znosiły co prawda jajka jak szalone, ale ich nocne pokrzykiwania nie pozwoliły mu zmrużyć ani jednego oka. Ustalili nawet wspólną wachtę z kupcem, aby lis nie przekradł się do kurnika, a oni mogli spać na zmianę, dopóki go nie dopadną. Minął tydzień i nadal nic. Co więcej, gospodarz był gazdą starej szkoły gazdowania – nie ufał w powodzenie niczego, czego sam nie dotknął. Nie spał w związku z tym ani na swojej zmianie, ani na kupieckiej. Nie był w stanie tego zmienić, choćby nawet chciał. Mentalne przyzwyczajenie gospodarcze.

 

Co do jajek, był zaskoczony nagłym dobrodziejstwem. Zwykle o tej porze roku ptactwo nie było jeszcze tak produktywne, ale chyba jego gość miał rękę do zwierząt. Kury na widok kupca Brune znosiły jajka jak na zawołanie. Kiedy brał je na ręce, czasem nawet dwa naraz. Gospodarz nie mógł się na to napatrzeć.

 

- Widzisz Aliz, zaraz znać człowieka interesów mruknął pewnego ranka z nieskrywaną zazdrością - Aż żal, że wyjechać musi.

 

Aliz potaknęła w milczeniu głową. Ostatnie kilka dni w gospodarstwie nie były najłatwiejszymi. Przez tego przeklętego lisa i brak snu, jej mąż chodził rozdrażniony, nieswój. Nie bała się go – nie był raczej z tych, co bili z frustracji na oślep, dla przywrócenia cnót, ale napięcie udzielało się także jej. I dziecku. Lili narzucała się ostatnio zauważalnie mniej niż zwykle, więcej czasu spędzając z kupcem.

 

Kupiec. Coś z nim było nie tak, czuła to intuicyjnie. Z zewnątrz wydawał się normalnym, ba, nawet dobrym człowiekiem, ale ten dziwny wzrok, nierzadko pełen napięcia… . Na początku tego nie zauważała, ale może jej percepcja wyostrzyła się w ostatnich, pełnych emocjonalnego naprężenia dniach. A może po prostu wcześniej nic się nie działo.

 

Przyzwyczaiła się już do faktu, że mężczyźni się za nią oglądali. Do lubieżnych, ukradkowych spojrzeń. Do bezczelnych zresztą też. Oto Brune nie patrzył na nią w żaden z tych sposobów, nie czuła w nim seksualnego pożądania. A jednak…

 

Spoglądał na nią czasem niepokojąco, z tym swoim świdrującym błyskiem w oku. Jak gdyby starał się przejrzeć ją na wylot. Jakby szukał czegoś w jej duszy, co tylko dla niego było przeznaczone, dla niego zrozumiałe. Starała się zrzucać to na karb swojego stanu – rozjątrzenia nerwowego na ostatniej prostej przed porodem, ale nie zawsze się udawało. Rzucała mu ukradkowe spojrzenia, kiedy myślał, że nikt nie widzi. Na jego spiętą i nieobecną twarz. Nie podobało jej się to, co widziała.

 

Na co dzień wszystko wyglądało normalnie. Nie dostrzegała nigdzie efektów nieprzyjaznej magii czy rzucanych uroków. Przeszło jej przez myśl, że to może demon leśny, chochlik w ludzkiej skórze, albo i gorzej. Znała historie o stworach wychodzących z lasu, z ciemności. O bebokach. Stara Szabó opowiadała je wszystkim dzieciom we wsi, gdy Aliz była jeszcze małą dziewczynką. Dom obłożyła dyskretnie talizmanami już dawno temu, od czasu do czasu spalała również nieco szałwi, kiedy męża nie było w pobliżu. Gabor nie wierzył w uroki, w magię. W zaświaty. Nigdy nie naśmiewał się co prawda otwarcie z jej przekonań, dobrze jednak znała jego drwiący wzrok.

Starała się tym nie przejmować, być mądra za nich oboje.

 

Kiedy mężczyźni rozgrzali się już przy rąbaniu drewna i nie zanosiło się na ich rychły powrót, odprawiła krótki rytuał. Świeżo zebranym z kurnika jajkiem zatoczyła trzydzieści trzy kręgi nad swoją głową, po czym rozbiła je o brzeg glinianej misy. Nie zdążyła niestety przyjrzeć się żółtku – w tym momencie Lili weszła z jakimś nowym kaprysem, nad którym należało zapanować. Potem należało dojrzeć obiadu bulgoczącego w saganie, upewnić się, że córka nadal była gdzie być miała, a gdy w końcu Aliz znalazła chwilę dla siebie, rozbite jajko do niczego się już nie nadawało. Dała je kotu w sieni – ostatnio mieli urodzaj w nabiale, jedno mogła poświęcić. Poczuła się bezpieczniejsza w swej przezorności, a jednak… nadal coś ją w kupcu niepokoiło.

 

Potrząsnęła głową, chcąc wytrząsnąć z niej niewygodne myśli. Musiała przyznać, że po ludzku rzecz biorąc, w gospodarstwie nie działo się nic złego. Wręcz przeciwnie – dodatkowa para silnych rąk przekładała się bardzo pozytywnie na stan obejścia. Wszystko byłoby wręcz idealnie, gdyby nie ten chędożony lis. Jej mąż podkręcałby teraz wąsa, w pełni zadowolony z życia. Czekaliby na nowego członka rodziny cierpliwie, spokojnie. Zawsze jednak jakiś rudy musiał coś zepsuć – choćby i rudy lis.

 

Gabor wydawał się przekonany, wręcz utwierdzony w wierze, że urodzi syna. Przed zniknięciem Joszka uśmiechała się czasem na tę radosną obsesję, ale teraz stawała się ona powoli nie do zniesienia. Była żywym przypomnieniem o stracie, ubranym w cudzą radość. Nigdy nie zwierzyła się z tego mężowi, ale była pewna, że w jej łonie śpi spokojnie dziewczynka. Nigdy nie kochała go z wyboru, ale nie chciała mu robić przykrości. Czuła, że to nie byłoby sprawiedliwe. Gabor był dobrym człowiekiem, dbał o nią i dzieci, choć do pasierba odnosił się z widoczną rezerwą. Doceniała jego starania - w tych niegościnnych stronach trudno było o lepszego towarzysza w ogołoconym nagle z męskości gospodarstwie. Kochała jednak i tęskniła za swoją pierwszą i jedyną miłością. Syn przypominał ojca tak bardzo, że potrafiła w dużej mierze przeboleć dzięki niemu jego stratę. Mogła kochać chłopaka matczyną miłością i kochać tęsknotę za jego ojcem, którego obraz widziała w swoim synu. Teraz, gdy i on zniknął, straciła zarazem miłość, jak i wspomnienie o niej.

 

- Gabor! – zawołała z progu domu, okrywając się szczelniej chustą. Zima wciąż jeszcze hulała w powietrzu. – Obiad zaraz, kończcie rąbać i ręce mi umyć porządnie!

 

Gospodarz tym razem nie uśmiechnął się przekornie pod nosem, nie rzucił jej zawadiackiego spojrzenia. Zmęczony brakiem snu stał się nerwowy, drażniło go byle co. Starał się nad sobą panować, nie denerwować ukochanej żony. Pamiętaj o synu, powtarzał sobie w takich momentach. Dla pomyślnego urzeczywistnienia tego pragnienia był w stanie zmilczeć wiele. Aliz potrzebowała spokoju, zwłaszcza ostatnio.

 

Zamyślony nad niefortunnością ostatnich dni spudłował kolejne uderzenie siekierą, ryzykując odrąbaniem sobie stopy. Przeklął pod nosem i wyprostował się, wciągając głośno powietrze.

 

- Dajcie, panie gospodarzu, ja dokończę – zaoferował się Sajmonella. – Zmęczeniście, niewyspani, jeszcze co wam się stanie.

 

- Dzięki panie kupiec, ale i wy w nie lepszej kondycji przez tego pieprzonego lisa – odsapnął się Gabor. – Dajcie pokój, później dokończymy. Skoro Aluszka obiad zgotowała, to i nie wypada nam kobiecie kazać na siebie czekać, nie tak mówią w wielkim świecie?

 

- Święta prawda, święta zaiste – uśmiechnął się żerca, ocierając z czoła pot. Schwycił podaną mu siekierę i wbił obie w gruby pniak. – Grzechem byłoby gardzić jedzeniem i kobiecą dobrocią.

 

- Ano – skwitował krótko gazda, ruszając zmęczonym krokiem w kierunku chaty. W ślad za nim podążył po chwili mości pan kupiec, uśmiechając się półgębkiem. Z satysfakcją.

 

Żerca był zachwycony nieoczekiwanym efektem swojego treningu. Kiedy po trzech dniach bezbłędnie żonglował już nastrojami w kurniku, postanowił zacząć eksperymenty na ludziach. Spostrzegł jednak, że nie były one potrzebne. Wystarczyło podjudzać co noc kilka kur, wmówić gospodarzom, że to wina lisa, a reszta zrobiła się sama. Zamiast manipulować każdym z domowników z osobna, skupił się na znacznie łatwiejszym ptactwie, a efekt był i tak zamierzony. Nawet spokojna dotąd Aliz chodziła coraz częściej rozjątrzona. Trzeba pracować mądrzej, a nie ciężej, przechwalał się którejś nocy Metahowi.

 

Pytaniem pozostawało, jak długo należało rozgrywać gospodarstwo, aby nie przeciągnąć struny. Gdyby wskutek ciągłego stresu poród gospodyni zaczął się wcześniej niż przewidywali, cały plan szlag by trafił. Wszelka możliwość poważniejszego skłócenia małżonków opierała się na skupieniu emocji. Gabor nie mógł się rozproszyć, musiał nabrzmiewać i pęknąć. Gdyby jego żona zaczęła rodzić, troska i miłość wzięłyby górę nad brakiem snu i rozeźleniem. Na to nie można było pozwolić. Burza musiała przerwać ciszę. Czas odprawić taniec deszczu, zawyrokował Sajmonella.

 

- Kurwa mać… - mruknął pod nosem mężczyzna, zwlekając się z łóżka. Starał się ubrać najciszej jak potrafił, aby nie obudzić śpiącej obok żony i córki. Tym razem się nie spieszył. A niechby i ten pieprzony lis zeżarł wszystkie kury, przynajmniej byłoby cicho, pomyślał półprzytomnie, wychodząc na dwór.

 

Morderca…

 

Zatrzymał się jak wryty pośrodku ciemnego o tej porze nocy podwórka. Do świtu było już niedaleko, ale pierw-sze szarobure promienie słońca były jeszcze w drodze. Jedynie księżyc w pełni przyodziewał okolicę w niewy-raźne cienie. Rozejrzał się ostrożnie wokół, niepewny, czy się nie przesłyszał. Już miał ruszyć dalej, gdy jakiś szept w jego głowie powtórzył zeznanie.

 

Dzieciobójca…

 

Gabor zbladł. Przetarł twarz rękami, przeczesał włosy. Ja śnię, jeszcze żem się nie obudził. Ukrył twarz w dłoniach, czekając na koniec koszmaru. Ten jednak nie nadchodził. Zimowa nadal noc wydygotała go nagle lekkim podmuchem wiatru. Obejrzał się przez ramię. Cisza stała się nagle przytłaczająca, nawet kury już nie pokrzykiwały. Nie mógł się opędzić od coraz intensywniejszego uczucia bycia obserwowanym, a w ręku nie miał nawet siekierki. Poczuł się niemal nagi, bezbronny na środku własnego obejścia. Wyśmiewane dotąd lęki zagrały nagle pierwsze skrzypce. Cz…czary?

 

Morderca…

 

Gospodarz obrócił się na pięcie szybciej niż włosy na głowie stanęły mu dęba. Runął ku chacie najszybciej jak tylko mógł, ślizgając się od pędu stopami w kapciach. Droga do domu zdała mu się wiecznością. Gdy dotarł na próg, obejrzał się raz jeszcze pospiesznym ukradkiem. Zatrzasnął za sobą drzwi może nieco za głośno, ale w tym momencie nie dbał o to. Oparty plecami o świeżo malowane deski starał się zapanować nad oddechem. Zamknął oczy, co niewiele zmieniło poza tym, że poczuł się przez chwilę bezpieczniejszy. Kilka sekund później spłynęło na niego potężne przekonanie, że po drugiej stronie drzwi coś czyha, że aż na próg przypełzło za nim jakieś zło.

 

Odskoczył wgłąb sieni jak oparzony, na ciemny jak smoła oślep, zahaczając stopą o stojący pod ścianą kufer. Runął na ziemię jak długi. Otrzeźwił go nieco ból i pełen niepokoju głos Aliz dobiegający z sypialni.

 

- Gabor?

 

- Jestem, jestem… - wyharczał pierwsze co przyszło mu do głowy, przeczesując machinalnie włosy po raz drugi tej nocy. Stopa zaczęła lekko pulsować. – Do kur byłem zajrzeć, śpij Aluszka, śpij. Zaraz będę, ino się napiję.

 

Ból i upadek wybudziły go już zupełnie. W upiornej poświacie rzucanej przez szybę kuchni nalał sobie zsiadłego mleka i wychylił je duszkiem. Oparty o blat stołu przymknął na moment oczy, starając się uspokoić. Wziął kilka głębszych oddechów i wyjrzał przez okno na podwórze. Stary chłop, a bo… , urwał myśl wpół skarcenia. Odstawił szybko kubek i ruszył żwawym krokiem do sypialni, starając się nie myśleć o cieniu, który przed chwilą zobaczył na krawędzi lasu. Nie bał się żywych, ale panicznie bał się duchów.

 

Sajmonella cofnął się dla pewności o kilka kroków głębiej w zarośla, gdy tylko dostrzegł w chacie ruch. Nie chciał, aby jego postać objęło choćby najsłabsze światło księżyca. Gabor, Gabor, stary chłop, a…, mruknął drwiąco do siebie. Odczekał jeszcze kilka minut nim wychynął spomiędzy drzew i ruszył ku stodole. Przykładając zmęczoną głowę do znajomych źdźbeł słomy uśmiechnął z zadowoleniem.

 

Czas na matkę.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Trzy Cztery miesiąc temu
    Ta część jeszcze bardziej niż poprzednia niepokoi. Zaciekawia, ale też powoduje opór - może nie czytać, co się wydarzy? Chyba będzie coś strasznego...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania