“Między Gwiazdami, Wokół Gwiazd, Ludzkość—a więc Gwiazdy”
M.K
Eony przekraczają milenia, a te wywyższają się nad wiekami. Wieki mają przewagę nad dekadami, latami, miesiącami, tygodniami, dniami, godzinami, minutami, sekundami. Można wymieniać w nieskończoność—wystarczy nadać czemuś nazwę, ilość i podpisać się pod tym imieniem prawdziwym, czy zmyślonym, pseudonimem, surowym, lub artystycznym.
Wszystko zależało od ludzi.
Od ludzi nie zależał czas, los, historia, przyszłość, gwiazdy i wszechświat. Bez ludzi wszystko byłoby niczym—nie nazwane, nie podpisane i nieokreślone. Ludzie to nic bez świata, a świat to nic bez ludzi. Współdziałanie obu rzeczy było wymagane, lecz także niemożliwe, gdyż taka współpraca nie miała zwyczajnie prawa bytu.
Aż między gwiazdy nie pojawili się astronauci.
Ubrani w kombinezony ciasno i grubo okrywające ich ciała, pokryte warstwami marzeń, które mieli spełnić wzbijając się w kosmos, nieskończone morze czerni, szafiru, czystego i surowego szafiru migoczącego tylko w obecności gwiazd, w rakietach, szczycie ludzkiej technologii, której mieli ufać, w którą mieli uwierzyć, która miała stać się ich domem, do której mieli się modlić, prosząc o własne życie, walcząc o życie ludzkości, szukając nowego domu, nowego sensu i nowego życia.
Ludzkość od zawsze kiwała się na granicy wyginięcia.
Własną ręką.
Gdybyśmy nie byli okrutni, zatruci nienawiścią przy pierwszych dniach życia, może migotał by w nas gwiezdny był, z którego jesteśmy stworzeni, wspomnienia, które nas budują. Wspomnienia—nasze, i nie, wspierane uczuciami i przyszłością wykreowaną już definitywną żelazną pięścią czasu, losu, kładącego kawałek po kawałku na akurat twojej gwieździe małe pyłki, które kreowały się w tumany, te tworzyły lata–twoją historię, kiedyś, jako kiedyś, i kiedyś, jako później–lata tworzyły dekady, te tworzyły wieki, a te eony.
Nic nad niczym nie górowało, gdy wszystko coś tworzyło.
Do gwiazd modlono się, do gwiazd szeptano. Jedni patrząc na nie z dołu, inni mając je wokół siebie, będąc wokół nich, patrząc na ich śmierć nieznaczącą jak ludzkie życie w czerni wszechświata, bez końca, bez początku, bez środka, bez tego, co definiowało ludzkie granice, definiujące granice wszechświata.
Jedna ludzka śmierć była nieznacząca, lecz na skali naszej znanej teorii była tragedią. Setki tysięcy śmierci były statystyką, statystyką, którą obliczano czy kolejna osoba wysłana w kosmos przeżyje, czy zawiedzie.
Śmierć była zawodem.
Zawodem jako praca i zawodem jako zawodzeniem tych, którzy szli w dal jedynie pchani nadzieją i statystyką kolejnych śmierci. Astronauci idąc ostatnim korytarzem, widząc, czując i słysząc machinę, która miała wznieść ich w koniec bez końca i początku, byli pchani nadzieją, której nie mogła zniszczyć śmierć, gdyż oni umierali w gwiazdach, wiedząc, iż się wznieśli.
Opadali pamiętając smak gwiazd.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania