Między oddechem a słowem
Ona
Przyszedłeś jak wiosna,
choć był jeszcze luty
Świat nagle rozchylił powieki,
a ja — dumna jak posąg —
czekałam.
Twoje spojrzenie
zatrzymywało czas.
Serce uczyło się biegu,
oddech gubił rytm.
Stałam w świetle
pewna,
że miłość ma głos.
Ty miałeś ciszę.
On
Byłaś jak świt —
nie można go dotknąć
bez oślepienia.
Wszystkie moje słowa,
dotąd zuchwałe i pewne,
rozsypały się jak ptaki spłoszone nagłym ruchem.
Bałem się nie ciebie —
lecz tego,
że przy tobie stanę się prawdziwy.
Jedno słowo
krążyło pod skórą
jak gwiazda szukająca nieba.
Nie pozwoliłem mu wzejść.
Ona
Więc miłość przeszła obok,
ledwie muskając ramiona.
Odeszła tam,
gdzie twoje imię brzmiało pewnie,
a ja zostałam
z tęsknotą.
Dziś mam ogród codzienności,
światło w oknach,
ciepło w dłoniach.
A jednak czasem w snach,
gdzie Cię spotykam,
gwiazdy wirują za szybko —
jak wtedy.
On
Czas nie cofa oddechu.
Słowa dojrzewają w ciszy
zbyt długo.
Gdy wreszcie uczą się skrzydeł,
nie ma już nieba,
w które mogłyby wzlecieć.
Razem
Minęliśmy się
między oddechem,
a słowem.
Komentarze (1)
Popraw moderatorze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania