Miętka frytka
Kroplówka wypita wężykiem od dołu, w rytmie „Za twe oczy zielone, zielone”, poleciała w niepamięć i propozycja dla żonatego kierownika też już była przeszłością, więc zeszło nam na strumień świadomości.
Matka, syn, syn, matka. I opowieści o prawdach życia.
— Wiesz, w czym jest twój największy problem? Bo zauważyłem.
Zrobiłam małe oczy.
Moi synowie potrafią. Motywować i wnosić w mój lajf treści o charakterze świeżego oka dwudziestoparolatków plus, ociekających testosteronem i wyposażonych w motto: „Ja to wiem najlepiej”.
— Moof, moof — odpowiedziałam.
— Nie lubisz wychodzić ze strefy komfortu. A ja zrobię tak, że będziesz to robić często. Pamiętaj: ty o każdej porze dnia i nocy masz kombajnem jeździć bez mrugnięcia okiem, bo jesteś moją mamą.
— Nie chcę.
— Nie masz nic do gadania. Trzeba cię trenować, bo ty miękka frytka jesteś!
I wtedy pomyślałam, że chyba sama ich tego nauczyłam.
Mówić prawdę w oczy, nawet kiedy boli. Nie owijać w bawełnę. Patrzeć człowiekowi prosto w oczy i powiedzieć: „Słuchaj, widzę, co robisz”.
No i teraz mam.
Dwóch dorosłych synów. Samodzielność opanowana szybko, bo życie nie czekało, aż mama wszystko poda na tacy.
Bez obecności taty w ich codziennym dorastaniu byli głównie pod moimi skrzydłami. I może właśnie dlatego dzisiaj ta nasza relacja jest dla mnie taka fajna.
Bo nagle jest jakaś dziwnie piękna wspólna płaszczyzna, na której nie ma już matki i dziecka.
Są po prostu trzy osoby, które mogą sobie powiedzieć wszystko prosto w oczy.
Boooo Ty tylko: „Aaaa on popatrzył …”.
Aaaa ona powiedziała …”.
— Później chodzisz i beczysz. W ogóle po co ty pamiętasz te wszystkie odległe zdarzenia? Potrzebne ci to tutaj i teraz?
iiii może ma rację.
Może ma tę mocną świadomość, której ja czasami nie mam: że trzeba otwierać się na nowe, zamiast ciągle urządzać zamierzchłe emocje.
Tylko że nic nie poradzę na to, że uczucia pamiętają.
Pamiętają i żywym tchnieniem potrafią zagrać emocję sprzed lat tak, jakby wydarzyła się wczoraj.
A moja wrażliwość, kiedy jest już przebodźcowana do granic możliwości, mówi tylko:
„Krok w tył. Odpuść. Nie wchodź tam”.
Bo wiecie, w tej zupie ludzkiej, dzień po dniu, kiedy handel leci, człowiek po ludzku czasem ma już dosyć.
I wtedy wchodzę w tryb obserwatora.
Patrzę.
Widzę.
Rozumiem.
Ale za Chiny Ludowe nikt mnie już sobą nie porwie w nie moje rejony.
Kiedyś byli pod moimi skrzydłami.
Dzisiaj lecą sami.
A ja patrzę na ten mój cholerny kombajn i myślę: dobra, jedźmy.
Prosto ku słońcu.
A swoją drogą — był kiedyś dawno temu Dzień Matki.
Przyszli o poranku do mnie do pracy.
— Mamy dla ciebie prezent.
— Ale przecież ja będę w domu…
— Od rana masz się cieszyć. No to popatrz.
Zerkam.
A tam — bucik Hermèsa.
— Skąd wiedzieliście, że to będzie mój zapach? — pytam.
— Pani pytała, co mama lubi — mówi młodszy.
I zaczął wyliczać.
A ja stoję i słucham.
I wtedy sobie pomyślałam, że może jednak coś tam po drodze zrobiliśmy dobrze.
Bo można matkę trenować, wyciągać ze strefy komfortu i nazywać miętką frytką.
Ale można też po prostu wiedzieć.
Co lubi.
Komentarze (2)
Ten cykl jest coraz lepszy. Super sie czyta.
Moje własne życie jest bardzooo cykliczne :) kiedys taki obraz namalowałam ,że wiesz skóra węża, uroboros czy coś 😉
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania