Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Mike chce grać

Gęsta mgła dusiła dom żarłocznym obłokiem, sunęła przez ganek, napierała na szyby okien, obejmowała ściany wilgotnym dotykiem.

John, John, John… bawi cię to?

Wszedłem po skrzypiących schodkach, skinąłem im głową, jak starym znajomym i trzykrotnie zapukałem w białe drzwi.

Po co, spytacie, skoro John nigdy nie zamyka? Och, ależ to wyjątkowe odwiedziny! Świeżutki pomysł, nowa koncepcja, zmiana strategii w środku meczu. Dziś zagram tę scenę na nowo od początku do końca. Calusieńki teatrzyk miłości.

Zdążyłem wyjąć z kieszeni garnituru posrebrzaną zapalniczkę i schylić się z papierosem w stronę płomienia – potem skrzypnęły zawiasy.

– Mike – powiedział moje imię, jakby właśnie zdiagnozował nieuleczalną chorobę.

Cały on.

– Cześć, John – odparłem, wypuszczając dym w jego kierunku.

Nosił ten sam co zawsze idiotyczny podkoszulek z napisem „Holiday ‘79” i wytarte spodnie od dresu. Nigdy nie przejmował się wyglądem, i tak mu zostało. W przeciwieństwie do mnie był nieogolony, a długie włosy zaczesał do tyłu i związał w kucyk. W mojej branży osiągnąłby równie wielki sukces co bezzębny śmieciarz.

– Kto tam, kochanie? – Z wnętrza dobiegł kobiecy głos.

– Otóż to, John. Kto tam? Mogę wejść?

– Od kiedy pytasz? – odparł.

– Właśnie zacząłem.

John uniósł brwi, skinął głową i zabrał rękę z futryny. To w nim lubię: spokój i elastyczność. Wierzcie mi – nie znajdziecie bardziej opanowanego gościa.

Poczekał, aż wejdę, po czym zatrzasnął drzwi, ucinając mgliste kłęby, które wpełzały już przez próg; rozwiały się w środku.

Salon wyglądał jak zawsze; żywcem wyjęty z dawnej, amerykańskiej broszurki. Przeszedłem po ciemnych panelach, mijając cuchnący chemiczną czystością aneks kuchenny, przez rozłożoną w kącie matę pełną kolorowych zabawek, aż do stołu nakrytego białym obrusem. Pokiwałem głową z uznaniem. Sterylne wnętrze czekało na mnie jak świeże płótno na pierwsze pociągnięcie pędzla. Prawdę mówiąc, specjalizowałem się w artystycznych improwizacjach – porównałbym siebie do Pollocka, albo… Spokojnie. Dziś obiecałem sobie nie malować. Nic a nic. Dziś tylko… rozmawiam.

Ze schodów prowadzących na piętro zeszła wysoka blondynka owinięta błękitnym szlafrokiem; niosła rocznego dzieciaka w samej pieluszce. Sara i Andy, Andy i Sara, krew, flaki, mięso, tralala la… Chłopczyk patrzył na mnie z marsową miną. Dzieci widzą więcej, a może pamiętają? Co za różnica?

– Dzień dobry – powiedziała i z niemym pytaniem kiwnęła głową w kierunku Johna.

– Dzień dobry, Saro – odrzekłem z uśmiechem.

– Pan zna moje imię?

– To mój stary znajomy, kochanie – wyjaśnił John. – Mike Pott.

Sara położyła syna na macie. Maluch od razu chwycił czarno-biały radiowóz i zaczął gryźć koło.

– Miło mi poznać, panie Pott. – Ruszyła drobnymi krokami w stronę aneksu. – Zostanie pan na kolację?

 

– Z przyjemnością. – Odsunąłem krzesło, usiadłem i westchnąłem z ulgą, jednocześnie kierując w stronę ponurego Johna szeroki uśmiech. – I proszę, Saro, po prostu Mike.

John usiadł naprzeciwko i pchnął w moją stronę kryształową popielniczkę. Patrzył mi w oczy, pocierając dłonią zarośnięty podbródek.

– Co ty kombinujesz? – szepnął.

– Ja? – Starałem się zrobić urażoną minę. Strzepnąłem popiół. – Odwiedzam znajomego. Nie cieszysz się?

– Skarbie, zostały dwa ostatnie! – krzyknęła Sara, pochylona przy otwartej lodówce. Wyprostowała się, trzymając oszronione butelki, otworzyła je i postawiła między mną a Johnem. – Będziesz musiał jutro skoczyć po zakupy. Brakuje też papryki. – Wróciła do aneksu, podśpiewując pod nosem nieznaną mi piosenkę.

Włożyłem niedopałek do popielniczki, następnie jednocześnie z Johnem chwyciliśmy po butelce. W milczeniu pociągnęliśmy długie łyki.

– I? – spytałem. – Jak ci się tu żyje?

Wargi Johna odkleiły się od szkła i, słowo daję, uniosły lekko w najkrótszym mignięciu uśmiechu. Niech mnie szlag! Wydobyć coś z tego faceta, to jak rzeźbienie w marmurze za pomocą łyżki, ale nowe podejście już przynosiło efekty.

– Widzisz, abym chciał coś zmienić?

– Daj spokój. – Postanowiłem od razu ustalić bazę do negocjacji, skorzystać z przełomu i zaatakować. Oparłem łokieć o blat i palcem wskazałem na Johna. – To nie jesteś ty. Bierz Sarę, dzieciaka i wracaj.

– Nie – odarł z tym swoim irytującym spokojem. – Dlaczego nie potrafisz zrozumieć, Mike? Ile razy będziesz próbował?

– Do skutku – zapewniłem.

– Lubisz pizzę, Mike?! – Sara trzymała jasny placek w dłoniach.

– Jasne!

Szczęknęły drzwiczki piekarnika, po czym Sara podeszła do stołu. Natychmiast wstałem i odsunąłem dla niej krzesło.

– Dziękuję – odparła zdziwiona, po czym usiadła. – Rzadko spotyka się dżentelmenów – dodała z nutą nagany w głosie, zerkając na Johna.

– Ach, daj spokój. – Wyszczerzyłem zęby. – John jest po prostu zdziwiony moją wizytą. Kiedyś robiliśmy razem u jego staruszka, ale potem założyłem własny biznes i tak jakoś nasze drogi się rozeszły.

– Myślałam, że znam wszystkich przyjaciół Johna.

– Pewnie wypadłem mu z głowy. – Uniosłem brwi. – Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałem, że się ożenił. Czym skusił taką piękność? Chyba nie poczuciem humoru?

Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Biedny John siedział z ponurą miną – żadna niespodzianka – i sączył piwo, jednocześnie stukając palcem o blat. Sara czym prędzej zamknęła jego dłoń w swojej.

– John ma dobre serce. – Popatrzyła na niego, a potem znów na mnie. – Szkoda, że nie byłeś na naszym ślubie.

– Przyznam, Saro, że podróże służbowe często gnają mnie w najdalsze rejony świata i nie wiem, czy dałbym radę się zjawić. Interesy idą świetnie, firma się rozwija, ale wszystkiego trzeba osobiście dopilnować. Choć dla Johna, myślę, zrobiłbym wyjątek.

– Kiedy się ostatnio widzieliście?

– Wydaje się, że wczoraj. Jak myślisz, John?

Wzruszył ramionami i dopił piwo.

Cały on.

– Mogę? – Pokazałem Sarze zmiętą paczkę papierosów. Nie czekając na odpowiedź, wydobyłem jednego, włożyłem do ust i zapaliłem.

Poszukała wzrokiem pomocy u Johna, ale ten dalej milczał.

– Nie dmuchaj w stronę Andy’ego, dobrze? – poprosiła niepewnie. – Więc jesteś przejazdem, Mike?

– Mniej więcej. Mam w pobliżu sprawę do załatwienia.

– Ciągle praca?

– Praca. Czasem mam wrażenie, że nigdy się nie kończy.

– Mike robi w marketingu – wtrącił John. – I jest w tym cholernie dobry.

Machnąłem dłonią, rozwiewając sznury dymu.

– Kwestia doświadczenia. Wiesz, co jest najważniejsze w sprzedaży, Saro?

– Cena?

– Najprostsza odpowiedź, prawda? Muszę cię rozczarować. Chodzi o obietnicę. Gdy stary człowiek kupuje samochód, to wybiera ten, w którym znów poczuje się młodzieniaszkiem; gdy szuka naszyjnika dla żony, to ma nadzieję, że za prezent dostanie coś z nawiązką: uśmiech, pocałunek, albo… – Mrugnąłem do niej okiem, co sprawiło, że zachichotała. – Problem polega na odgadnięciu, czego klient tak naprawdę szuka. A żeby ci to powiedział, musisz go zmotywować. W tym cała sztuka. Ludzie potrzebują zachęty, aby się uzewnętrznić, opowiedzieć o sobie, zagrać w otwarte karty. Potrzebują przyjacielskiego, dobrego szeptu albo… jak to się nazywa? – Pokręciłem palcem – Marchewki. Właśnie, marchewki. A ja? Zawsze mam najlepsze, najświeższe, idealne marcheweczki! Ale to nadal nie takie proste… – Popatrzyłem na Johna. – Najczęściej klient się wzbrania, myśli: „nie potrzebuję tego”, albo „dobrze jest, jak jest”. I wtedy trzeba go przekonać, wydobyć czystą, nieskażoną uprzedzeniami żądzę, zawalczyć z uprzedzeniami, uporem, a czasem, przyznam, z moralnością. Potem to już tylko trywialna sprawa z dogadaniem ceny.

– To brzmi jak gra, Mike. – Sara patrzyła na mnie błyszczącymi oczami. Miała czarujące dołeczki w policzkach.

Uważaj, John, bo jeszcze przyprawię ci rogi!

Pochyliłem się nad stołem i szepnąłem:

– Najpiękniejsza gra, Saro.

– I te marchewki, ten sposób… działają na każdego?

– Najczęściej tak! Czasem, bardzo rzadko, ale jednak się zdarza, że muszę użyć porządnego… kija!

Znów roześmialiśmy się oboje.

– Prościej mówiąc, Mike – wtrącił John. – Wciskasz ludziom bzdury.

– A jednak zazdrościłeś mi tego daru, prawda, John?

Zapadła cisza, jeśli nie liczyć wesołego malucha i jego irytujących zabawek. Z Johnem patrzyliśmy na siebie jak dwa niedźwiedzie przed pojedynkiem. Kątem oka widziałem, że zdezorientowana Sara spogląda raz na mnie, raz na niego.

– Coś mi umknęło? – spytała.

Obydwaj ją zignorowaliśmy.

– Racja, Mike – burknął John. – Muszę przyznać, że prawdziwy z ciebie profesjonalista. Zawsze wciśniesz najgorszy towar za najwyższą cenę. Czy każdemu? – Wzruszył ramionami. – Niekiedy spotykasz gościa, który odrzuca marchew i ma za twarde plecy, żeby przejmować się twoim kijem. Co wtedy robisz? Dajesz za wygraną, czy chodzisz za nim jak zagubiony kundel, pogrążając się coraz bardziej w swojej pieprzonej nieudolności?

Sara odchyliła się i wytrzeszczyła oczy.

– John…

Zachichotałem.

– Uwielbiam twojego męża, Saro – Trzasnąłem otwartą dłonią w blat, aż podskoczyła. Oczywiście, John ani drgnął. – Kurwa, kocham go! – wrzasnąłem, aż zadrżały szyby. – Każdy ma słaby…

Smarkacz wszedł mi w słowo rozdzierającym płaczem. Cholerny, mały szkodnik. Jeszcze nie skończyłem gadać!

Sara fuknęła:

– Panie Pott!

Wstała, podbiegła do Andy’ego i wzięła go na ręce. Zaczęła chodzić tam i z powrotem, śpiewając piosenkę o wesołym piesku, ale dzieciak uparcie wrzeszczał. Pisk z lewej, trzy kroki, pisk z prawej, i tak w kółko, aż mimowolnie zacisnąłem pięści.

– Naprawdę, John? – Podniosłem głos. – To twój raj? – Pisk. Tup, tup, tup. Pisk. – Słuchanie rozwrzeszczanego…

John dotknął ucha, pokręcił głową i dalej spokojnie siedział, wpatrzony we mnie obojętnymi oczami.

Są pewne rzeczy, których nie lubię, jak na przykład zimno. Tutaj nie krępowałbym się nosić swetra; dało radę wytrzymać, choć do mojej ulubionej temperatury sporo brakowało. Podobnie nie znoszę ludzi bez ambicji, takich, którzy niczego nie chcą, tylko trwają w egoistycznym samozadowoleniu. Oczywiście, nie mówię o Johnie. John to John, specyficzna jednostka, koleś jak żaden inny… Ale najbardziej, tak bez odrobiny wahania, powiedziałbym, że nie trawię dzieci. Ich maślanych oczu, trywialnych potrzeb i wiary we własną nieśmiertelność. No, i hałasu… o, tak! Tego rozhisteryzowanego wołania o pomoc w wykonaniu kapeli Wkurwiaj wszystkich dookoła! Dziś zagrają dla państwa: wielkie łzy, gluty z nosa, czerwone policzki i, powitajmy ją brawami, rozdarta morda!

Dobre sto dwadzieścia decybeli wdzierało się do moich uszu, świdrowało je pneumatycznym młotem i wbijało w mózg igły. Zgasiłem papierosa, wstałem i odwróciłem się powoli.

Bachor aż się trząsł. Małe różowe plecki zaczerwieniły się jak od porażenia słonecznego. Sara trzymała go przodem do siebie i teraz syczała mu w twarz „ćśśś” czy jakieś inne niedziałające gówno. Spojrzała na mnie przelotnie i z wyrzutem w oczach. Odpowiedziałem uśmiechem, a potem błyskawicznie położyłem dłonie na policzkach dzieciaka i przekręciłem jego główkę do siebie.

Chrupnęło i Andy już nie płakał.

Powieki zatrzepotały mu parę razy, z ust wypłynęła struga śliny. Zadowolony z ciszy, poklepałem go po policzku i wziąłem popielniczkę ze stołu. Z doświadczenia wiedziałem, że mam jakieś trzy sekundy, zanim mózg Sary przetworzy, co się właśnie wydarzyło, a ona sama nabierze pełen haust powietrza.

Spóźniłem się o sekundę czy dwie.

Wlepiając szeroko otwarte oczy w martwego synka, Sara wrzasnęła, aż zadzwoniły mi zęby. Widać, po kim Andy odziedziczył silne płuca. Zachwiała się, zbladła. Wtedy rąbnąłem ją popielniczką powyżej skroni. Oba ciała upadły bezwładnie, kropelki krwi obryzgały mi garnitur. Sara jeszcze próbowała się podnieść. Szkliste oczy wodziły po suficie.

– Jo… hn… – wycharczała.

O, nie, słoneczko! John odpowiada w naprawdę wyjątkowych sytuacjach, a to? To nic – zwykła śmierć, jakich widział więcej niż ktokolwiek. Wiesz, ile razy pomógł?

Klęknąłem i uderzyłem Sarę w czoło. Przestała się ruszać, ale potrafię dostrzec, kiedy w człowieku jeszcze zostało coś z życia, więc poprawiłem raz, drugi i trzeci, dopóki jej twarz nie zamieniła się w doliny czerwonych rzek i pagórki wystających kości. To tyle z ujmujących dołeczków. Obejrzałem wzór lśniących kropel na garniturze – Pollock, słowo daję!

Rękawem starłem z policzka kawałek Sary i wróciłem na krzesło. John siedział niewzruszony, bębnił palcami o blat i sączył piwo z nowej butelki.

Cały John.

Uśmiechając się, przeczesałem włosy i odchrząknąłem. Miałem dziś nie malować, a wyszło jak zwykle…

– Wybacz, John. Trochę mnie poniosło. – Strzepnąłem z popielniczki resztki ciała i krwi, następnie odstawiłem ją na blat i splotłem dłonie. – Przynajmniej teraz możemy spokojnie porozmawiać.

John skinął głową w kierunku mojej butelki. Znów była pełna. Czasem jest prawdziwym sztukmistrzem.

– Kiedy przyszedłeś – zaczął – tak spokojnie, to uznałem, że w końcu dałeś sobie spokój. Że coś się poprzestawiało w twoim zakutym łbie. Ale ty zawsze będziesz sobą. Nie zmienisz się nawet odrobinę. Choćbyś próbował, dobierał sztuczki, udawał kogoś innego… rezultat wychodzi taki sam.

Skrzywiłem się i zapaliłem papierosa. Ostatniego. Przez parę minut zastanawiałem się, co powiedzieć. Żaden z nas się nie spieszył – nie było do czego.

– Po drodze wpadłem do ojca. Pomyślałem sobie: „On na pewno namówi Johna”.

– I co słychać u staruszka?

– Nie wiem. Pukałem i pukałem, ale nie było go w domu, a może spał? Albo pracował nad czymś nowym? W końcu otworzył Gabriel. Pamiętasz go jeszcze?

– Pamiętam.

– No więc Gabriel przekazał mi wiadomość od starego.

– Hm?

– Nie jestem mile widziany i lepiej, żebym ruszał w drogę. Tylko zawarł to wszystko w jednym słowie.

– Cały ojczulek. – John pokiwał głową.

– O, o! Właśnie! – Przytaknąłem. – Ty nigdy mnie nie wygoniłeś, John. Nawet kiedy mordowałem ci żonę i dzieciaka, raz za razem, raz za razem. Dlaczego, John? No, właściwie nigdy nie pozwoliłeś, abym ją… – Mrugnąłem do niego.

– To moja żona, Mike. Gdzieś muszą być granice – odrzekł, po czym włożył papierosa do ust. Skąd go wziął? Z Johnem nigdy nie wiadomo, co wyciągnie z rękawa.

– Granice, ha! – Nachyliłem się i poczęstowałem go ogniem. – Nie wiedziałem, że palisz.

– Właśnie zacząłem.

– Powiedz, John. Czemu nigdy nie kazałeś mi się wynosić?

– Może liczyłem na twój rozsądek? Taka nadzieja głupca. Czasem się na nią sam nabieram.

Wetknąłem niedopałek w czerwoną plamę wewnątrz popielniczki. Zasyczał.

– Ty chcesz mnie uczyć rozsądku? Ty? Siedzimy w pieprzonym domku jako Mike i John, bo tak zdecydowałeś i ok, ok – uniosłem dłonie – jak chcesz, proszę bardzo, mogę zabawiać się w aktora opery mydlanej. Tylko nie mów, że to rozsądne. Ciekawe? Tak, daje pewną perspektywę. Zabawne? Owszem, ale…

– Śmieszy cię to? – wtrącił i wskazał głową Sarę oraz dziecko.

Wywróciłem oczami.

– John… proszę! Nie rób scen. Przyszedłem do starego znajomego, zapalić, napić się piwa, obgadać co nieco. W ciszy! Zresztą – uniosłem brwi i wskazałem palcem w dół – mogliśmy się spotkać w moim domu. Tylko ty nigdy nie wychodzisz! W ogóle nie wychodzisz. Jesteś guru introwertyków, bożyszcze agorafobów, gość, który wypiął się na świat. Zostawiłeś mnie samego, John! Tak się nie robi przyjacielowi…

– Nie jesteś moim kumplem, Mike.

Zrobiłem zbolałą minę.

– Zraniony w samo serce! Zapomniałeś, kto ci zapewniał rozrywkę w chłodne wieczory? Mnie się z tobą bawiło wręcz wybornie, przynajmniej dopóki nie odszedłeś od planszy.

– A dlaczego by nie? – Prychnął i łyknął piwa. – Obaj znamy wynik, prawda?

– Tak… – mruknąłem. – Tylko że ja wciąż chcę grać, a ty siedzieć w domku wraz z Sarą i rozwrzeszczanym smarkaczem. Samemu to już nie to samo… – Rozłożyłem ręce. – Naprawdę sprawia ci to przyjemność?

– Powinieneś spróbować.

Ha! Mówił zupełnie poważnie. Czasem John za dużo… Skrzywiłem nos.

– Czujesz?

John zmrużył oczy.

– Pizza gotowa.

Na twarzy nie czułem już zasychającej krwi, a brzegi popielniczki lśniły w blasku żarówek. John wyczyścił płótno, zmazując mój obraz.

Sara zeszła z Andym na rękach. Malec patrzył na mnie z marsową miną.

– Wstawiłem pizzę, kiedy spałaś, kochanie – powiedział John.

– Dzięki. – Ziewnęła i położyła dzieciaka na matę, a następnie drobnymi krokami ruszyła do piekarnika. – Jak tam, Mike? John cię nie zanudził?

– Ależ skąd! Brakowało mi jego humoru.

Sara parsknęła i wyjęła pizzę, ja tymczasem sięgnąłem po piwo.

John… to twoja definicja szczęścia?

Przełykając gorzkie piwo, spróbowałem poczuć pieprzony raj Johna, zrozumieć jego mały świat.

Zamknąłem oczy.

Chłopiec bawił się z tyłu, popiskując cicho i klaszcząc, co pewien czas wybuchał śmiechem przy trzasku rzucanych zabawek albo cienkich drażniących uszy elektronicznych gwizdach. Sara kroiła pizzę, nóż ślizgał się po desce, unosił i znów ślizgał, ciął kawałek za kawałkiem. Żarówka w lampce nad stołem cichutko syczała. Zapach piwa krążył dookoła, cierpki, rozrzedzony papierosowym dymem i aromatami pikantnego pepperoni oraz pieczonego sera, tworząc osobliwą, pełną tęsknoty mieszankę.

Pozwoliłem, aby to wszystko wlało się we mnie niczym w pustą szklankę, wypełniło całego i odurzyło. Wzdrygnąłem się od przebłysku zapomnianego uczucia, które zamrożone głęboko w moim wnętrzu odtajało od ciepła domu Johna. Zniknęło w mgnieniu oka.

Wiecie co? Wcale mi się to nie spodobało.

– Tak mogło być, Mike – szepnął John, jakby wiedział.

Otrząsnąłem się i skrzywiłem na myśl, że zobaczył chwilę mojej słabości.

– Gówno prawda – burknąłem. Spuściłem wzrok. – To ja, John. Ja. Cały kosmos nieczystości wpakowany w jedną skorupę. Może gdzieś tam… gdzieś głęboko został strzęp dawnego mnie, ale utonął i już nigdy nie wypłynie.

Wiedziałem, że John na mnie patrzy i poczułem drżenie górnej wargi. Nienawidzę tych powłok, tych cielistych worków krwi i mięsa, które zdradzają każde uczucie, myśl i pragnienie. Miałem dość tej szopki, tego spektaklu z trzeciorzędnymi aktorami.

– Nie mąć mi w głowie, John. Co chcesz osiągnąć? Myślisz, że wyznam grzechy, ty wspaniałomyślnie wybaczysz i pobiegniemy w stronę zachodzącego słońca, trzymając się za ręce? Wal się, John! Wszystko spieprzyłeś!

– Nie, Mike. Sam jesteś sobie winien. Zrobiłeś to, co potrafisz najlepiej: wprowadziłeś chaos.

– Bo mi na to pozwoliłeś! Zostawiłeś ich, oddałeś bez walki. Ciągnęliśmy świat każdy w swoją stronę, ale ty nagle puściłeś i zostałem z nim w rękach! Nie tak staruszek sobie wymyślił! Zgłupiałeś, John? Myślałeś, że co się wtedy stanie z całym tym pieprzonym bajzlem? Że skieruję ludzi na drogę prawa i miłości? Zrobiłem to, co potrafię najlepiej.

– Bredzisz, Mike – odparł, włożył między wargi papierosa i zaciągnął się głęboko.

– Ja? Chodziłem wśród nich, poznałem ich żądze i pragnienia, te, o których mówili i te prawdziwe, o których myśleli. Ta różnorodność! – Cmoknąłem. – Spełniałem je i przyznam, że bawiłem się wyśmienicie. Oni też… do czasu. A ile tobie zawdzięczają, John? Hm? – Pochyliłem się do niego. – Wielkie nic!

Sara podeszła z talerzami parującej pizzy.

– Koniec rozmowy, czas na…

Przez sekundę zastanowiło mnie, co słyszy Sara? Wyniki sportowe? Przechwałki Johna o nowej impali albo moje narzekania na klienta z Filadelfii? To królestwo Johna i on tu rządzi. Mógł sprawić, aby wcześniej Andy nie płakał tak głośno albo, żeby w ogóle nie usłyszał mojego krzyku. Mógł zrobić wszystko, a nie zrobił nic. Podejrzewałem, że chciał mnie sprawdzić, wystawić na próbę. Czy go winiłem? Oczywiście, że nie! Każdy ma swoje zboczenia zawodowe.

Zatrzymał czas i już wiem, że zrobiłem wyłom pod jego murami. Chce posłuchać, a potem udowodnić, że to on ma rację, by na koniec wrócić do piwa i pizzy, do swojego pięknego idealnego raju.

Nic z tego. Jeszcze nie podałem głównego dania.

Więc Sara zastygła z szerokim uśmiechem, za moimi plecami umilkł śmiech Andy’ego, kłęby pary bezskutecznie próbowały odkleić się od pizzy i ulecieć. John zgasił papierosa i splótł dłonie niczym profesor rozpoczynający wykład.

– Mylisz się, Mike. To ty zamieniłeś wszystko w ruinę.

– A wiesz dlaczego? Bo to ja! – Położyłem rękę na sercu i buchnąłem patetycznym tonem: – Wierny sobie do samego końca. Tak jest! Wcisnąłem światu gaz do dechy, ale nie wiedziałem, że mój towarzysz podróży, John, który trzymał nogę na hamulcu, wysiadł i zrobił sobie wolne. I wyszło, jak wyszło.

Skrzywił się, ale nie zaprzeczył, więc kontynuowałem.

– Wszystkich, którzy chcieli spierdolić sobie wieczność, witałem z otwartymi ramionami, buziaczkiem i klepnięciem w plecy. Utonąłem w robocie. A ty, John, ile razy wysłuchałeś ich błagań? Ilu przywróciłeś do życia jak Sarę i Andy’ego? Ilu pomogłeś? A wiesz, co mnie najbardziej śmieszy? Szukali cię i szukali, a kiedy wystawiałeś łeb z nory, tak raz na sto lat, to i tak nie potrafili uwierzyć. John coś zrobił? Niemożliwe!

– Kto chciał, ten uwierzył. Kto chciał, podążał za mną. Kto…

– W końcu nikt nie chciał! – przerwałem mu, zanim wpadł w samozachwyt. Teraz była moja kolej. – Przestań udawać, że było inaczej! Schowałeś się i czekałeś, aż sami przyjdą. A Mike, nie! Mike pracował! Tutaj szepty, tam obietnice, gdzie indziej przebłyski geniuszu. Tak, panie Nobel, dynamit to cudowny wynalazek, co złego może się stać? Wspaniały pomysł panie Adolfie, holocaust z pewnością wzmocni ducha narodu. Ech, stare dobre czasy. Co wtedy robiłeś, John? Jadłeś pizzę? Pieprzyłeś Sarę? – Pochyliłem się do niego. – W końcu wraz z ojcem byliście niczym! Ubogim mitem, pustym sloganem, bajeczką dla wiejskich głupków! Zostałem sam i, w końcu, to ja, JA byłem ich Bogiem!

Stół, piwo i popielniczka – zniknęły w mgnieniu oka. Musiałem przyznać Johnowi, że jest szybki. Jego pięść wylądowała na mojej twarzy z mokrym chrzęstem łamanego nosa.

Cudownie, John!

Runąłem do tyłu wraz z krzesłem, przeturlałem po podłodze i podniosłem się na czworaka. Cholerne ciała – w ustach czułem smak krwi, nos piekł i szczypał, prawie nic nie widziałem przez załzawione oczy. But trzasnął mnie w brzuch, aż się na moment uniosłem. Zdławiłem nagłą chęć wymiotów i wylądowałem pod ścianą. Rozmazana sylwetka Johna nadchodziła w milczeniu. Machnąłem nogą, próbując go przewrócić, ale odsunął się, podbiegł, i znów zarobiłem kopniaka, tym razem prosto w żebra.

Straciłem dech i usłyszałem trzask kości.

Wielka szkoda, bo zamierzałem się porządnie roześmiać – John, dobry, spokojny John okazał się łatwiejszy do sprowokowania, niż śmiałem przypuszczać!

Zachichotałem, plując krwią, podczas gdy John klęknął i zaczął łomotać pięścią w moją twarz.

– Jeszcze… – zdołałem wydusić między jednym ciosem a drugim.

– Nie…

Czerwień z rozciętych łuków brwiowych zalała oczy.

– Czas…

Wyplułem złamany ząb.

– Nazarejczyku.

Nie było więcej uderzeń. Może i szkoda? Ból mi nie przeszkadza, zadawałem sobie o wiele większy, a miałem już dość tego słabowitego ciała. Oddech świszczał mi w gardle i ledwo dawałem radę przełykać lub spluwać napływającą krew.

Nieźle, John. I pomyśleć, że brali cię za uosobienie łagodności.

Otworzyłem oczy. Ból zniknął, zagoiły się rany, kości znów były całe. To królestwo Johna, a z niego prawdziwy sztukmistrz.

– Wynoś się, Mike – szepnął. Stał odwrócony z zaciśniętymi pięściami.

– Jeszcze nie. – Wstałem, podpierając się ścianą. – Chodź. Mam dla ciebie prezent.

Otworzyłem drzwi i wyszedłem na ganek zamrożonego w czasie domku. Natychmiast otoczyła mnie mgła.

– Zobacz. Chociaż zerknij. Potem możesz wrócić do siebie, zjeść tę cholerną pizzę i siedzieć na tyłku resztę wieczności. Rozwiej mgłę.

Od początku miałem nadzieję, że to zrobi. Ironia losu – całe istnienie korzystałem z nadziei głupców, a na koniec sam się jej poddałem.

Mgła zaczęła rzednąć.

Może naprawdę czuł się winny losu świata, może chciał mi udowodnić, że niczym go nie przekonam… albo miał swoje powody, których natury nigdy nie poznam. Dość, że stanął koło mnie na skrzypiącym drewnianym ganku i zobaczył.

Zadbany trawnik przed domem kończył się poszarpaną linią spalonej ziemi i pyłu. A dalej, dookoła i nad nami, jakby rozpostarci na wielkiej niewidzialnej kopule leżeli ludzie. Kazałem ich tu sprowadzić z miejsca, którego tak się bali za życia. Spaleni, porozrywani, bez przerwy krwawiący i umierający, by zaraz znów wrócić do nie-życia i cierpieć po sam kres. Młodzi, starzy, mężczyźni, kobiety, dzieci. Miałem wszystkich. Relikty umarłego świata.

Kopuła z cierpiących dusz przykrywała domek Johna.

– Gdy pierwszy raz zabiłem Sarę i Andy’ego, myślałem, że ruszysz za mną i odbudujesz ludzkość, choćby po to, aby się zemścić. W końcu, który facet bezczynnie patrzy, gdy mordują mu rodzinę? – westchnąłem. – Nie powstrzymałeś mnie ani nie poszedłeś za mną. Więc zrobiłem to jeszcze raz. I znów, i znów. Wszystko na nic. Powiedz mi, John, czułeś coś, gdy ich zabijałem? W ogóle coś czujesz?

Odwróciłem się do niego i spojrzałem w te nieruchome obojętne oczy.

– Zdetronizowałeś mnie, zburzyłeś ustalony porządek. Dlatego to wygląda, jak wygląda.

– To twoje dzieło, Mike.

Powiodłem ręką dookoła.

– To moja natura, istota mego trwania. Stanowić dla ciebie kontrast. Gdybyś pozwolił sobie usłyszeć tych nieszczęśników, John. Wiesz, co krzyczą? Nie bluźnią na mnie. O nie! Przecież robię to, co do mnie należy. To ty jesteś gwoździem programu i gwiazdą wieczoru ich repertuaru wrzasków. Do ciebie mają pretensje, ciebie obwiniają i błagają jednocześnie. Zostawiłeś stado na pastwę wilka. Więc powiedz, John… kto tu tak naprawdę jest zły?

– Już za późno, Mike – szepnął. – Nic nie zostało. Świat jest martwy, a ojciec ma co innego na głowie.

– Nie potrzebujesz go! Wystarczy, że zechcesz, a razem wszystko naprawimy. Stwórz nowych ludzi, stwórz Ogród!

– To nie zmieni wyniku…

– Wiem! – Położyłem mu dłonie na barkach. – Chodzi o porządek wszechświata i o grę, John! Ja się nudzę. Nuuudzę! Nie zostało nic. Cały świat to cmentarzysko ruin i kości. Popełniłem błąd, całą masę błędów i nie ma dnia, abym nie żałował. Spróbujmy jeszcze raz. Wróć na swoją stronę stołu i znów graj białymi! Przecież i tak wygrasz. John! Błagam cię, rozumiesz? Tym razem będzie inaczej. John! Zmiłuj się nade mną!

Nic. Pustka. Ręce straciły oparcie.

Zniknął John, zniknęły okaleczone dusze i wiedziałem, że w środku nie znajdę także Sary i Andy’ego. Pozostał zwykły dom w starym amerykańskim stylu, zbitek desek i farby.

John nie próżnował. Spaloną ziemię zastąpiła bujna trawa i zielone lasy. Byłem pewien, że tak jest wszędzie. Wróciło życie w głębinach i na lądach; zniknęły ruiny wymarłej ludzkości, wszystkie puste trofea moich starań. Prócz tego ostatniego. To John zostawił dla mnie.

Wszedłem do salonu. Nogi ugięły się pode mną i klęknąłem. Zrobiłem to! Po tylu próbach, w końcu wzruszyłem serce kamienia. Dlaczego zmienił zdanie? Może kiedyś się dowiem, ale teraz nie miało to najmniejszego znaczenia.

John zacznie wszystko na nowo i tym razem będę się hamował. Tym razem pozwolę ludziom wzlecieć aż do gwiazd, skolonizować odległe światy, postawić pionki na innych planszach. Mam sporo czasu. Zanim przegram wśród umierających gwiazd i gasnącego wszechświata, wyciągnę z tej gry, ile się da.

Podniosłem jeden z rozrzuconych, wciąż gorących kawałków pizzy. Odgryzłem kęs. Poczuję ten smak dopiero za wiele, wiele lat. To nic. Mam czas.

Sięgnąłem myślą i wszystko stanęło w płomieniach. Ogień pożerał drewno, matę i porzucone zabawki, pełzał po schodach i suficie.

Gdzieś daleko właśnie rozkwita Eden, a w nim wielkie drzewo zaczyna puszczać pąki. Będę w listowiu, owinięty wokół gałęzi, by szeptać, kusić i rozpocząć wielką grę.

Stojąc pośród płomieni, ostatni raz rozprostowałem ramiona Mike’a.

Zaczynamy od zera.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Bajkopisarz 5 miesięcy temu
    Świetne opowiadanie.
    Bym napisał, że to Koło dziejow kręci się wciąż od nowa, szybciej, wolniej, ale ponieważ jest kołem, ciągle wraca do tego samego punktu - albo dokładniej: ciągle przechodzi przez ten sam punkt.
    Ale nie do końca - to nie jest jednak koło dziejów, lecz wersja gry w Monopoly, też ciągle przechodzi się przez start.
    Wszystko już było, twórca jest znużony, nie pilnuje reguł, wiec gracze grają jak chcą. Albo nie grają bo im się nie chce, więc inni mówią – spoko, to rzucę kostką za ciebie. Potem plansza i pionki idą na chwilę do pudełka, ale znów zostają wyjęte i gra zaczyna się od nowa. Efekt głównie ten sam, przegrany wkurwia się i przewraca stolik ?
  • Rafał Łoboda 5 miesięcy temu
    Dzięki za komentarz :)
    Doskonałe porównanie. Gra nie zostaje rozstrzygnięta i toczy się dalej, aż do samego końca ze znanym zwycięzcą. Ale nadal warto grać, bo rozgrywka to jedyne, co zostało :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania