Mikołajowa moc prezentów
Najlepiej miałem, jak byłem małym dzieckiem, zawsze szóstego grudnia rano pod poduszką, lub koło łóżka jak był większy, odkrywałem pozostawiony dla mnie, przez Mikołaja prezent. Często znacznie się różnił od tego wymarzonego, jednak był to podarunek, na jaki swoim zachowaniem przez cały rok sobie zasłużyłem. Bardzo daleko odbiegałem od ideału grzecznego dziecka, więc paczki zazwyczaj były liche. Znacznie później odkryłem, że to rodzice byli tymi, którzy podszywali się pod prawdziwego Mikołaja i swoim zachowaniem socjalistycznym zakłócali odwiedziny prawdziwego świętego. Nawet nie miałbym nic przeciwko takiemu wyręczaniu gdyby nie skąpili grosza i zawartość paczek była bardziej okazała, czyli taka, jakie otrzymywały dzieci w zachodniej europie oraz w stanach.
Dość szybko z mitu Mikołaja wyrosłem i starałem się prezenty organizować sobie sam. Tylko jednej grudniowej nocy z piątego na szóstego przekonałem się, że Mikołaj jednak w jakieś formie istnieje i można liczyć na niego.
Mając dwadzieścia lat byłem podobnie jak moi najbliżsi koledzy zafascynowany płcią przeciwną, jednak tylko mnie jednemu z naszej trójki natura urody nie poskąpiła. Wtedy byłem wysokim brunetem o śniadej, po nieznanych przodkach, cerze z piwnymi rzucającymi iskry oczami i na powodzenie u pań nie narzekałem. Największą moją troską w tamtym okresie było, to żeby nie dać się złapać na brzuch jakieś przelotnie poznanej dziewczynie, po za tym niczym się nie przejmowałem i nic mnie nie obchodziło. Dlatego za namową starszych kolegów dla takich cwaniaczków jak ja, „do tego celu” nadawały się zaniedbywane i znudzone mężatki. Jedyne niebezpieczeństwo, jakie mi groziło mogło pochodzić od ich rogatych mężów.
Do poznania atrakcyjnej kobiety kawiarnia była idealna, ponieważ były to czasy przed dominacją łączności elektronicznej i łatwo można było dostrzec samotną kobietę nieczekającą na nikogo, tylko wypełniającą nadmiar wolnego czasu. Grudniowa znajomość rozpoczęła się i rozwinęła standartowo. Nadeszła pora konsumpcji, a do tego idealnie nadawało się jej mieszkanie. Mąż wyjechał na delegację i wrócić miał dopiero za trzy dni. Jednak nie przewidziałem niepewnych dla zatrudnionych czasów, chroniąc się przed rozjuszonym gościem, goły znalazłem się na balkonie. Moje rzeczy chaotycznie rzucone ręką wystraszonej kobiety, wylądowały na niewielkim śniegu trzy piętra niżej. Małżonek musiał coś podejrzewać, albo był to jego sposób sprawdzania wierności żony, gdyż zaczął otwierać wszystkie drzwi i większe szafki, a nawet sprawdził skrzynię wersalki. Grunt zaczął palić mi się pod nogami, było tylko kwestią czasu, kiedy zaglądnie na balkon. Pod presją rozpocząłem zejście po balkonach w dół, lecz byłem już w tym momencie mocno wychłodzony. Ręce zgrabiałe z zimna z ledwością trzymały oblodzone elementy metalowej barierki, a stopy miały już pierwsze ślady odmrożeń. Pilnowałem się, żeby nie spaść na zmarzniętą ziemię. Musiałem za bardzo bać się twardego lądowania i źle rozłożyłem środek ciężkości, dlatego wpadłem na jakieś graty zostawione na balkonie piętro niżej. Hałas zwabił właściciela mieszkania, który otworzył drzwi i jak mnie zobaczył zmarzniętego, prawie siłą wciągnął do mieszkania.
- Co goły robisz na moim balkonie?
- Z chodziłem na dół po ubranie i się pośliznąłem.
Słysząc moją odpowiedź uniósł brwi, a ja dodałem.
- Jestem pomocnikiem świętego Mikołaja i niegrzeczne dzieci zabrały mi wszystko, a gołego wyrzuciły na mróz – dodałem dzwoniąc zębami.
Nic więcej nie musiałem mówić, ponieważ piętro wyżej mężczyzna rozpoczął awanturę, chociaż żadnego dowodu zdrady żony nie znalazł. Starszy pan, bo w jego mieszkaniu się znalazłem, gdy zrozumiał sytuację, tylko się uśmiechnął.
- Masz szczęście, że tego z góry nie cierpię, zaraz zejdę po twoje ubranie, teraz się okryj kocem. Kiedy wrócę zrobię góralskiej herbaty z prądem na rozgrzewkę – powiedział i podał mi pled.
Przygodę odchorowałem zapaleniem płuc i złamaniem małego palca prawej nogi. Lekcję życia odrobiłem i przekonałem się, że pewne igraszki mogą być niebezpieczne dla życia i zdrowia. Postanowiłem dorosnąć i się ustatkować, lecz moje doświadczenia wcale mi w tym nie pomagały, tylko szkodziły. Zawsze było jakieś, ale, aż do średniego wieku, kiedy odnalazłem z niemałym trudem drugą połowę. Wtedy sytuacja po pewnym czasie uległa zmianie i to ja zacząłem nocą piątego grudnia wkładać do paczek to, co kupowałem niejednokrotnie dwa tygodnie wcześniej, żeby prezent okazał się tym wymarzonym.
Każdego roku zabawek w mieszkaniu przybywało. Zepsute, uszkodzone, czy zniszczone lądowały w koszu przeznaczonym na plastiki, a dobre i prawie nowe już niepotrzebne były pakowane i przenoszone z jednego miejsca na drugie w nadziei, że komuś się je podaruje. Kiedyś można było zanieść do żłobka czy przedszkola i dzieci by się bawiły, lecz teraz tak nie można, ta zasada nie dotyczy nowych.
Mikołaj, jak co roku zbliżał się, a z nim przyszedł czas na zaplanowanie prezentów, choć w domu nikt już nie wierzył, że nocą na saniach przybędzie Mikołaj i kominem, albo kratką wentylacyjną wejdzie do mieszkania z przyniesionymi w worku prezentami. Teraz chyba już nikt nie dostaje swetra zrobionego na drutach, czy w ten sposób wykonanych ciepłych skarpetek, albo kołdry uszytej z kawałków materiału, obecnie wszystko kupuje się gotowe.
Znacznie wcześniej przed czasami moich dziadków, kiedy Mikołaj wypijał mleko i zjadał ciasteczko prezentami były drewniane zabawki, szmaciane lalki, ubrania szyte ręcznie. Obecnie kartonowego nawet nie chce spróbować, a tym bardziej bez laktozy, kupnymi ciastkami też gardzi. Prawdopodobnie poznał skład, dlatego nie je, to chyba jest najlepszy dowód na jego istnienie.
Moja babcia przy okazji Mikołaja stale mi powtarzała, co mówiła jej babcia.
- Za moich czasów, jak byłam mała, dzieci bardzo cieszyły się z prezentów od Mikołaja, teraz już tak nie potrafią.
Gazetki wielu sklepów od pierwszego listopada zachęcały do zakupów prezentów dla najbliższych, nikt nawet w galerii nie wysilał się na wygospodarowanie miejsca dla Mikołaja i panienki przebranej za elfa do pomocy. Wystarczała nastrojowa muzyka i dekoracje nawiązujące swoim stylem do świąt oraz hasło „Czy zrobiłeś już swoją listę prezentów”. Nawet nie trzeba się specjalnie zastanawiać tylko wejść w alejkę i ładować do koszyka klocki, pościel z motywem reniferów, zdalnie sterowanego pająka i szczura, zestaw narzędzi małego mechanika oraz dla lekarza, pojazdy budowlane zdalnie sterowane, małego konstruktora, mówiący laptop, kuchnię do zabawy, zestaw naczyń, lalki z akcesoriami, gitarę, perkusję, mikrofon, gry, filmy. Mam szybko dość tutaj nic niepowtarzalnego i oryginalnego nie znajdę. Wychodzę obok regału z ofertą stacji meteorologicznej, jakby profesjonalnych obsługiwanych przez fachowców było za mało. Jestem tym wszystkim przytłoczony i przebywając dłużej w tym miejscu, nie poczuję z pewnością radosnej atmosfery świąt.
Nikt w domu, oprócz mnie, nie kryje się z zakupionym prezentem. Dlatego wiem, że moim od córki będzie duży drapak dla kota za sto pięćdziesiąt złotych i przynajmniej dwie zabawki. Natomiast syn podaruje mi legowisko, smycz automatyczną oraz ubranko dla psa. Żona też swoje dorzuci w postaci szczeniaczka i kotka, a ja jak zwykle będę się musiał cieszyć.
Komentarze (3)
Nie umiemy się cieszyć z małych rzeczy. Im większa paczka tym bardziej jest kul.
Jednak ja wspominam z czułością te drobiazgi wydzielanie na drutach i patchworki i babciny andrut.
Tylko Mikołaj się nie zmienia. Ciągle z białą brodą i z brzuchem. Czerwony strój i renifery.
Kiedy widzę wypieki u moich wnuków( jeszcze) to wszystko inne się nie liczy.
Pozdrawiam cieplutko
Ludzie wokół mnie chyba zniszczyli tą atmosferę, której tak nie mogłam się doczekać... Jęczeli, gdy puszczano typowe świąteczne piosenki. Narzekali na śnieg, który zalegał na chodnikach i na spóźniające się środki komunikacji miejskiej. Niektórzy wprost kupowali prezenty, darując sobie całą aurę tajemniczości. I można tak wymieniać w nieskończoność...
I nie będzie lepiej...
Co jest smutne :(
W wieku 5 lat od sąsiadki z naprzeciwka dostałam czerwone rajstopki i pół zielonego banana - na bogato, bo odwiedziła ją rodzina ze Szwecjj. Pamiętam te święta do dziś, tak jak wielką miednicę sałatki z majonezem i za małą choinkę, o którą pokłócili się moi rodzice...
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania