Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Miłość do Ołtarza
Z "Humanitarność - deprekacja fauny"
Trzy bezsenne noce okazały się granicą Morgana – ksiądz o drugiej jedenaście trzeciej nocy wyszedł z domu. Wmawiał sobie, że nogi nie prowadzą go do żadnego specyficznego miejsca, a bardziej prosto przed siebie. Zimne powietrze zapowiadające jesień wbiło się w niego jak sztylet, choć ksiądz zawsze był ubrany – nigdy nie schodził poniżej spodenek i bluzki. Na ten wieczór ubrał gruby lniany podkoszulek i długie piżamowe spodnie, które wręczyła mu niegdyś babcia.
Szedł jedynie przeczyścić głowę, prawda?
Mógł pójść do kościoła. Przekleństwa różnej gramatury przekroczyły jego głowę – poszedł w kompletnie innym kierunku, kościół miał na lewo od domu, a na prawo… Poczuł, że jego stopy przemierzają trzy schodki.
Dom kobiety, której imienia wciąż nie znał, a bardziej jasne drewniane drzwi wybiły go z jego głowy. Odwrócił się tak agresywnie, że niemal spadł z małego tarasiku. Nie zapukał ani nie zadzwonił dzwonkiem, nie zrobiłby tego nawet w transie, przyzwoitość by mu nie pozwoliła, było na to znacznie za późno.
Gdy jego stopa znalazła drugi stopień na dół, drzwi otworzyły się – bez pisku czy terkotu, ciepłe powietrze nagrzanego mieszkania uderzyło go w plecy, słabiej jednak niż uderzył go zapach.
Róże, róże, róże.
- Przepraszam panią serdecznie, nie wiem co się ze mną ostatnio dzieje - zaczął kulturalnie, powoli odwracając się w jej kierunku. - Chciałem pójść do kościoła, a…
- Zabłądziłeś, Morgan? - głos. Głos jak dym papierosów na szklance whisky.
Własne imię wstrząsło nim na tyle, by się zająkał, a obraz przed jego oczami niemal dobił gwóźdź trumny. Kobieta miała na sobie satynową purpurową koszulę czy inną sukienkę – nie wyglądała jednak na piżamę. Ramiączka były na tyle cienkie, by niemal ich nie zauważył, a jedno zsunęło się z jej ramienia. Pupura nie sięgała nawet połowy jej uda. Stała oparta o framugę z jedną smukłą dłonią na biodrze – opuszki jej palców, długie paznokcie sięgały ponad koniec stroju.
Włosy opadały jej na plecy, czarne jak noc wokół i gładkie, nie rozczochrane snem, jakby się go spodziewała. Głęboki dekolt, szwy na bokach i sam koniec satyny zdobiła koronka, a Morganowi zdawało się, że kobieta nic pod tym nie ma.
Kilka nietoperzy czy innych czarnych gołębi przecięło niebo. Jego oczy znalazły jej twarz, długie rzęsy, ostrą szczękę.
- Tak, t-tak. Powinienem już…
- Wejdź na herbatę. Uspokoi cię. Chyba, że naprawdę idziesz do kościoła. Mi też przyda się spacer i trochę oczyszczenia… głowy, wiesz - nasunęła na stopy niskie szpilki i zamknęła za sobą drzwi. Popchnęła oniemiałego księdza do przodu i wzięła go pod ramię, kierując się do kościoła. Musieli wyglądać komicznie, on, bynajmniej. - Oczywiście przyzwoicie idziemy na modlitwę, Ojcze. Po przyjacielsku.
- Ocz… - przełknął. - Oczywiście. Nie kulturalnie byłoby nie zapytać pani o imię, otóż… nie miałem honoru go poznać - słuchając plotkujących sióstr i braci usłyszał różne wersje. Mavis, Calveria, Isla, Mivoria, Esmeray. - Jeśli mogę zapytać.
- Lucretia Jude Sivesco - mruknęła jak rozciągający się kot, a go zapaliło coś zwierzęcego. - Nie mów tylko innym, wiesz, różnie na mnie mówią. Ty jednak mów mi, Morganie, Jude.
- Dobrze.
- Dobrze, kto?
- Dobrze, Jude.
Nie wiedział co go opętało ani jak wyspowiadałby się przed jakimkolwiek księżem, którego znał. Musiałby wyjechać na Sybir czy do innego USA, wyprowadzić z Breton i nauczyć arabskiego, by samemu sobie powiedzieć o tym wieczorze. Nazywał się Morgan Winters.
Morgan Winters był księdzem.
Morgan Winters słuchał zasad.
Morgan Winters nie grzeszył i nie łamał celibatu.
Nigdy nie złamał celibatu.
Nigdy wcześniej nie myślał o złamaniu celibatu.
Morgan Winters był księdzem.
Jude Sivesco mogła równie dobrze być diabłem.
Jude puściła jego rękę dopiero, gdy uklękneli przed ołtarzem i przeżegnali się w niemal tym samym momencie – Morgan zrobił to chwilę później, początkowo przyglądając się kobiecie.
Nie wiedział co się z nim działo. Nie wiedział, to wszystko było mu nieznane i dlatego było tak odurzające, by głos rozumy gubił się w różach i purpurowej satynie. Jude złapała go za rękę, pociągając bliżej ołtarza, aż stali na schodkach dzielących ich od ambony mówniczej, którą Morgan znał tak dobrze. Patrzył na marmur, patrzył na całą sztukę ołtarza i zapomniał każdą przysięgę, każde słowo, które kiedykolwiek wypowiedział na mównicy, bo palce Jude wciąż oplatały te jego.
Kobieta usiadła na schodkach, a satyna podwinęła się jeszcze wyżej. Morgan poczuł jak robi mu się w gardle sucho i jak słabnie – jak jego pierś pożera ogień. Jude pociągnęła za nogawkę jego spodni, więc usiadł koło niej. Ich kolana i ramiona dotykały się, a w miejscu tego kontaktu Morgan czuł iskry i ogień.
Ogień. Ogień. Ogień.
Zerknął, w błędzie, na Jude. Twarzy kobiety była rozpalona, niemal różana. Wpatrzona w jego twarz jeździła językiem po ustach, a on poczuł dawno zapomniany szum krwi w uszach i zwierzęcy instynkt, którego powinien się wstydzić. Odchrząknął, łykając ślinę.
- Muszę wracać za niedługo do domu, rano jest msza…
- Nie musisz.
- Słucham? - spotkał się z nią oczami i zapomniał o domu, o różańcu, o świętych. Nie znał jej, a w tym momencie nie znał i siebie.
- Zapomnij o tym teraz, Morgan - położyła dłoń na jego kolanie i wypinając kręgosłup przybliżyła się do niego na tyle, by czuł jej oddech na szczęce. Z jakiegoś powodu nie odsunął się od diabła. - Zapomnij o tym na teraz.
Złapał ją za gardło i złączył ich usta jak głodny mężczyzna widzący najpiękniejsze figii, które kiedykolwiek wyrosły. Jak spragniony widzący czyste leśne bajorko. Jak ksiądz widzący diabła, jak Ewa widząca jabłko. To było złe. Złe. Złe.
Grzech. Grzech. Kurwa, Morgan, grzeszysz.
Jej język spotkał jego – jej ręka połknęła tą, którą ją podduszał, a druga zatopiła się w jego rozczochranych włosach, wodząc jego głową. Opuszki palców spoczął na jej szczęce, chyląc ją wyżej. Lewa ręka znalazła jej talię tak jak jej nogi znalazły jego kolana, zaciskając się wyżej, wokół jego nóg, przyciągając go bliżej, aż praktycznie na nim klęczała. Obie ręce trzymała na jego szyi i ramionach, a jego głowa szła za nią wyżej, gdy jej kolana zamykały jego nogi. Usta Jude zeszły na jego szyję, a ręce odchylały go, by dostęp był łatwiejszy.
W międzyczasie on odnalazł jej uda. Krew płynęła jego głową na tyle głośno, by nie słyszał nic oprócz niej, a czerwienił się jak dzieciak w ósmej klasie. Ból, ból słodki i kleisty jak miód towarzyszył jej ustą. Jego oddech się łamał, był niemiarowy, ciężki, stęskniony za czymś, czego nigdy wcześniej nie miał.
Jej usta i język pracowały przy jego szczęce na tyle namiętnie, by praktycznie potrafił zwizualizować to, co zostanie na jego szyi.
Nie myślał o tym.
Myślał o niej, tylko o niej.
- Kurwa - westchnął, gdy jedna z jej rąk zaczęła lekko masować skroń, dodatkowo pochylając głowę jeszcze wyżej. - Ja nie…
- Dzisiaj możesz. Ja ci pozwalam - mruknęła, umyślnie chuchając w jego szyję ciepłym powietrzem.
Naśliniona, rozgorączkowana skóra zaakceptowała oddech, a Morgan zadrżał, sztywniejąc. Mimowolnie przysunął skroń bliżej leżącej tam dłoni. Jej oddech łaskotał, a dotyk uzależniał.
- Ciekawe - mruknęła, chuchając raz jeszcze. mocniej. - Masz łaskotki?
Był pewien, że gdyby teraz stał, upadłby – jego kolana, nawet spoczywając, zdawały się słabnąć, a jego głowę nie wypełniały już żadne wzmianki o tym, jak ciężki grzech popełniał – tylko ona.
Nie zaprzeczył, nie powiedział nic, a oderwał swoją głowę od jej ręki i pocałował ją raz jeszcze. Ostrzej. Mocniej.
Jude leżała na nim niemal całą wagą ciała, delikatnie go podduszając – umyślnie czy nie. Przesunęła palce na jego kark, a drugą ręką zaprowadziła jego dłoń do własnych włosów. Zatopił się w nich do przegubu ręki i pomyślał jedynie, że miał rację. Faktycznie były diabelnie miękkie.
Pociągnął jej głowę do tyłu i siedział nad nią, odrywając się po oddech dopiero, gdy niemal doprowadził do własnej śmierci. Jej miękkie usta smakowały różami, alkoholem i dymem – nie tym z papierosów, a tym który ulatniał się gdy w kominku palono miękkie wiśniowe drewno.
Powiedziałby sobie, że ją kocha.
Nie widział w tym racji. Jedyne co o niej wiedział to imię, to jak była piękna i jak cholernie przekręcała mu w głowie trybiki, jakby dosypała mu do wody prochów, które uzależniały.
Pachniała tak mocno i tak ślicznie, że znów zakręciło mu się w głowie.
Ich oddechy mieszały się, aż oddychali jednym rytmem jednych płuc. Sięgali po siebie jak narkomani po szlugi, starając się odejść od prochów – jak alkoholicy po gumy, a wieczorem po ciężką wódkę.
Nie wiedział kiedy jego koszulka zsunęła się z niego i skończyła pod mównicą, ani kiedy ramiączka jej satynowej bluzki nie były już na jej ramionach. Wiedział jednak, że kompletnie nie miał z tym problemu.
Nadal trzymał ją za włosy, a ona go za serce, duszę i płuca.
Naprawdę trzymała go za gardło.
Podobało mu się to jak jej paznokcie zapadały w skórze, w gardle, które sama naznaczyła siniakami bardziej purpurowymi od satyny, która praktycznie z niej spadało – podobało mu się to, że od niej zależało, kiedy mógł wziąć oddech, podobało mu się to, że musiał praktycznie błagać o powietrze.
Zaczął kasłać, a wtedy dopiero delikatnie zelżała na tym jak ostro wbijała w niego szpony. Łapczywie łapał powietrze, a zanim usatysfakcjonowała go jego ilość, jej palce znów zacisnęły się na jego gardle do białości. Nie wiedział czy jej ślina, czy własna krew ocieka po jego piersi.
Pochylił się, by ją pocałować. Odsunęła się.
- Poproś.
- Proszę.
- Ładniej.
- Błagam.
Polizała jego dolną wargę, a on sam szarpnął ją za włosy, by znów połączyć ich usta. Byli jednością, nie mogli możliwie być bliżej siebie, leżała na nim, a on praktycznie zsuwał się wiotko ze schodów ołtarza.
Przysięgnij lojalność ołtarzowi. Nazywam się Morgan Winters i przysięgam lojalność ołtarzowi. Przysięgnij miłość ołtarzowi. Jestem Ojciec Morgan i przysięgam miłość ołtarzowi, lojalność celibatowi i związek jedynie z Bogiem. Ślubuję mu.
Teraz Morgan Winters kochał się na ołtarzu.
Prawdziwa miłość do ołtarza.
Komentarze (1)
efekciarskie i nic więcej
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania