Miłość i Medalion (Opowieści i Opowiastki)
Wybiegł z domu zatrzaskując za sobą drzwi z ogromnym impetem. Lucio śpieszył się niemiłosiernie. Biegiem wspiął się po rynnie biegnącej przy ścianie i wskoczył na niski, czerwony dach sklepu rybnego i strącając dachówki swoimi niezgrabnymi krokami, przeskoczył na kolejny dach. Lucio często się tak przemieszczał. Miejskie uliczki były zbyt wąskie by w nich biegać, a gdy czas go tak naglił, musiał się poważnie pośpieszyć. Przeskoczył jeszcze po kilku dachach z krwiście czerwonej dachówki i zeskoczył na kamienny chodnik, nie zaprzestając biegu. Zerknął tylko na zegarek. Miał jeszcze trzy minuty! Skręcił w boczną uliczkę i biegnąc niemalże po ścianie ominął jadącego naprzeciw niego staruszka na motocyklu. Lucio poruszał się po tym mieście z ogromnym wyczuciem, gdyż było to jego rodzinne miasto. Urodził się w nim i znał je lepiej niż własną kieszeń, a jeśli kazano by mu w ten sposób skakać po dachach z zamkniętymi oczami... pewnie przewróciłby się na twarz, ale przynajmniej wiedziałby, na jakiej leży ulicy. Lucio biegiem wpadł jeszcze do kwiaciarni na rogu ciasnego, starego rynku. Miła kwiaciarka z uśmiechem przywitała chłopca, gdyż nie był już tu pierwszy raz. Wiedziała, że bardzo się śpieszy, więc nawet standardowo nie zapytała "co podać?" tylko od razu wyciągnęła spod lady przygotowany szybciej bukiet dwudziestu czerwonych róż i podała chłopcu. On wyciągnął z kieszeni 56 denarów i już miał dawać je kwiaciarce, lecz ta grzecznie podziękowała mówiąc:
- Ta Twoja wybranka serca musi być naprawdę wyjątkowa, skoro tak często dajesz jej róże. Dziś, masz je na koszt firmy. - uśmiechnęła się - Koniecznie zabierz ją do kawiarni za te zaoszczędzone denary!
Lucio z niedowierzaniem cofnął pieniądze do kieszeni, chwycił róże i szczęśliwy wybiegł z kwiaciarni. Ostrożnie dotarł na miejsce tak, aby kwiaty się nie zniszczyły i zerknął na zegarek. Została mu minuta! Jak zwykle w samą porę! Rozejrzał się. Elizy jeszcze nigdzie nie było, choć zawsze była na miejscu kilka minut przed czasem i siedziała na jednej z ławek w porcie. Tym razem jednak, choć kręciło się tu kilku ludzi, Lucio nie dostrzegł wśród nich swojej ukochanej. Usiadł więc na ławce i zaczekał. Czekał pięć minut, dziesięć, dwadzieścia, lecz Elizy wciąż nie było. "Pewnie coś ją zatrzymało, zdarza się" pomyślał. Minęła godzina, potem jeszcze dwie, nad zatoką zaszło słońce, księżyc swoją łuną oświetlał port, a Lucio nadal czekał. Po łącznie pięciu godzinach czekania wstał i zrezygnowanym krokiem powłóczył się do domu.
Następnego dnia do domu Lucia przyszedł list zaadresowany do niego. Nie pokazując go reszcie domowników, pobiegł do swojego ciasnego pokoju dzielonego z dwójką rodzeństwa, nakrył się kołdrą i otworzył list. "To od Elizy!" Ucieszył się. Rozłożył kartkę i przeczytał...
"Drogi Lucio, piszę do ciebie, gdyż mam dla ciebie smutną nowinę. Nie przypłynęłam do Ciebie wczoraj, nie przypłynę też dziś, ani jutro, ani już nigdy. To wszystko nie ma sensu, wybacz. Zakończmy ten bezsensowny związek i rozejdźmy się w swoje strony. Nie chcę Ci tego tłumaczyć, bo to zbyt skomplikowane. Sama nie potrafię wytłumaczyć tego, co czuje. Żegnaj Lucio na zawsze. Eliza"
Lucio przeczytał treść listu jeszcze kilka razy, aby upewnić się, że nie oszalał i że to prawda co widzi. Z każdym kolejnym razem jego oczy wypełniały się coraz większymi łzami i gdy chciał przeczytać go po raz piąty, dwie wielkie łzy spadły i kartkę i rozmyły atrament. Chłopak zgniótł kartkę i rzucił nią o ścianę, a następnie wybiegł przez okno, przełażąc po dachach innych budynków.
Biegł przed siebie, ledwo widząc drogę przez łzy cieknące z jego oczu. W końcu zatrzymał się. Stał na skraju dachu starego kościoła stojącego przy porcie. Usiadł na jego skraju, położył się na brzuchu i całkiem pogrążył się w łzach. Nie rozumiał tego co się stało. Lucio i Eliza pochodzili z różnych miast portowych i jedyną drogą korespondencji były listy pisane do siebie atramentem na pożółkłych kartkach. List docierał zazwyczaj z samego rana, więc było to w miarę aktualne. Może i dzieliła ich duża odległość, lecz miłość była silniejsza niż duża odległość. Poznali się pewnego dnia podczas jakiegoś większego transportu. Lucio dorabiał w porcie, Eliza przy rozładunku towaru ze statku. Gdy ich wzrok się spotkał wiedzieli, że są sobie pisani. Później wielokrotnie przypływali do siebie, spędzali razem czas... lecz teraz... to wszystko nie miało już znaczenia. Lucio był kompletnie rozbity, wcześniej nic nie wskazywało na to, że Eliza mogła by go porzucić. Nigdy nie przeszkadzała jej duża odległość między ich miastami. Siedział teraz i z załzawionymi oczami patrzył na wschodzące znad morza słońce. W końcu podjął prawdziwą, męską decyzję: "Popłynę do niej i wszystko wyjaśnię. Jest mi to winna!". Wsiadł do pierwszego promu w stronę miasta Elizy i popłynął. Po kilku godzinach był już na miejscu. Nie poznawał dobrze tego miasta, gdyż to Eliza zawsze go tu prowadziła, lecz jak przez mgłę znał drogę do jej domu. Szedł starając się zapamiętywać i przypominać sobie charakterystyczne punkty, miejsca, nazwy ulic i po kilkudziesięciu minutach, dotarł. Stał u drzwi domu Elizy, pozostała już tylko jedna, ostatnia rzecz - zapukać. Coś tknęło go, że może nie powinien? Zawahał się, ale ostatecznie puknął trzy razy w drzwi i lekko się odsunął (otwierały się na zewnątrz). Otworzyła sama Eliza, we własnej osobie i bardzo zmieszanym wzrokiem zmierzyła Lucia.
- ... naprawdę ... szybki jesteś ... wysłałam ten list wczoraj wieczorem ...
Lucio przemilczał to i nieustępliwym głosem zapytał:
- Dlaczego? Czemu mi to robisz?
- ... Lucio ... wybacz ... to po prostu nie ma dłużej sensu ...
- Co nie ma sensu. Przestań mówić półsłówkami i powiedz w końcu o co Ci chodzi
Eliza załkała i schowała twarz w dłoniach
- Przepraszam, nie mogę Ci powiedzieć ... Zabiłbyś mnie ...
- Chcę wiedzieć. Bez względu na wszystko, chce wiedzieć, dlaczego chcesz to zakończyć.
- ... moje serce należy do kogoś innego ... wy...
Chciała powiedzieć "wybacz", lecz Lucio zatrzasnął drzwi z powrotem, odwrócił się na pięcie i z kamienną twarzą odszedł w stronę portu. Odpłynął do domu pierwszym promem jaki złapał. Płakał całą drogę, gapiąc się w morskie fale.
Lucio przez kilka następnych dni nie wychodził z własnego pokoju. Siedział, płacząc i pogrążając się we własnym żalu. Jego przyjaciele pukali do drzwi, lecz poprosił, aby którykolwiek z domowników otworzył, mówił "Lucio jest chory i nie widuje się z nikim". Nikt w domu nie znał przyczyny smutków chłopca, choć wszyscy starali się mu pomóc. Jego młodszy brat oddał mu część swoich słodyczy, które trzymał w małej skrytce pod łóżkiem. Jego starsza siostra, co dzień rano przynosiła mu ciepłą herbatę i śniadanie, choć nienawidziła gotować czegokolwiek w kuchni. Rodzice przynosili mu talerze z ugotowanym obiadem pod drzwi, lecz on prawie nic nie zjadał. Siedział tylko smętnie i gapił się w okno, za którym od kilku dni prawie nieprzerwanie padało. Zastanawiał się, co zrobił nie tak, że Eliza go odrzuciła i wybrała kogoś innego. W czym zawalił? W czym przesadził? Czego nie dopilnował? Te myśli nie dawały mu spokoju.
Pewnego dnia do drzwi domu Lucia zapukała kolejna osoba. Jego matka przekonana była, że to Alan, jeden z przyjaciół jej pogrążonego w żalu syna, lecz tym razem było inaczej. Otworzyła i... zamarła. Za drzwiami stała postać wysoka na może dwa i pół metra, odziana w łachmany o ciele czarnym jak smoła. Twarz stwora była niewidoczna, gdyż skryta była pod zakrwawioną czaszką bydlęcą. Pazurska miał również brudne od krwi i unosił się kilka centymetrów nad ziemią. Przyłożył palec do czubka czaszki którą miał na głowie na znak, by kobieta była cicho. Zrobił to w porę, gdyż mamie Lucia właśnie zbierało się na prawie agonalny krzyk. Stwór zapytał smętnym głosem:
- Czy jest młody Lucio?
Z przerażenia, kobieta nie wiedziała co odpowiedzieć, więc palnęła:
- U siebie na górze...
Zjawa wyminęła ją i powłóczyła się po schodach. Kobieta nie wiedziała co myśleć o tym co właśnie widziała, w jej umyśle kotłowały się myśli, przerażenie wzięło górę i matka Lucia omdlała i osunęła się na podłogę. W tym czasie demon zapukał do drzwi pokoju chłopca.
- Nie ma mnie - rozległo się cichutko ze środka
- Czy aby na pewno?
- Kto tam?
- To ja, wpuść mnie Lucio...
- Kim jesteś, nie znam cię...
- Więc sam wejdę.
Stwór po prostu przeszedł przez drzwi i stanął przed chłopcem, który zdążył już wejść w posiadanie tłuczka do mięsa i garnka na głowie.
- Wybacz... - rzekł demon - nie chciałem cię przestraszyć...
- KIM JESTEŚ SZATANIE?! - Wykrzyczał przerażony Lucio
- A tam zaraz "szatanie". Ja jestem znacznie niższy stopniem demonicznym niż sam szatan. Możesz mówić mi Drek, gdyż tak mam na imię. Wiem, że to dość słabe imię dla demona, ale takie mi nadano, nic na to nie poradzę.
Lucio był sparaliżowany strachem, choć sam demon wydał się mu dość nieporadny. W tym czasie stwór kontynuował:
- Wiesz, twoje zawodzenia i płacze, da się już usłyszeć na samym dnie piekła.
- ...naprawdę?...
- Tak, wierz mi, że sam Szatan wysłał kilka swoich chochlików po zatyczki do uszu, bo nawet jeśli ktoś karmi się ludzkim cierpieniem, to to twoje wycie to już przesada. Jednakże, nie z tym tutaj przychodzę. Mam dla Ciebie propozycje!
- ...jaką?
- Słuchaj, prześledziliśmy twoje losy, przykro nam z powodu Elizy i w ogóle, wiemy że kipisz teraz nienawiścią więc...
Demon wyciągnął niemalże zza pleców skórzaną walizkę z markowej firmy i otworzył ją. Wewnątrz znajdował się czarny medalion z czerwonym klejnotem.
- Proszę, weź to. Wiem, że marzysz o skopaniu tego śmiecia, który ukradł ci ukochaną, więc załóż ten medalion i po prostu to zrób.
- nie wiem czy powinienem to przyjąć.
- Ach, powinieneś! Może i jestem z piekła, ale czasem też mam jakieś współczucie, no i może jak dokonasz zemsty, przestaniesz tyle ryczeć. Wystarczy, że podpiszesz tu i tu! - Demon wyciągnął zza pleców małą podkładkę z kartką papieru, na której była spisana jakaś umowa w języku, którego Lucio nie potrafił odczytać. Demon wskazał dwa miejsca do podpisania i nawet podał Luciowi pióro wieczne z wygrawerowanym napisem "Piekło: Wizja i Inwestycje".
-Gdy tylko to podpiszesz, otrzymasz medalion, który uczyni cię niezwyciężonym na polu bitwy. Będziesz mógł zmiażdżyć swoich wrogów i może nawet wysłać do mnie!
Lucio chwilę się wahał, ale gdy spojrzał w głąb czerwonego kryształu medalionu... coś go tchnęło. Podpisał papier. Ze zgrozą zauważył, że atrament był mocno czerwony.
-Ach, interesy z tobą to przyjemność! - rzekł demon, zostawił walizkę na środku pokoju i zniknął.
Lucio jeszcze chwilę zastanawiał się, czy postąpił słusznie, lecz gdy założył na szyję medalion... poczuł coś. Jakby w końcu dostał to, czego przez całe życie mu brakowało. Moc. Potęgę. Wszystko co niezwyciężone płynęło teraz w jego żyłach. Lucio poczuł, że może cokolwiek. Wzniósł się w powietrze i wyleciał przez okno, niesiony potężną mocą, dającą prawie nieograniczone możliwości.
W mgnieniu oka doleciał do domu Elizy. Lecąc nad nim, zobaczył ją. Stała przed domem, lecz nie sama. Była w objęciach jakiegoś chłopaka, zapewne tego, dla którego zostawiła Lucia. Przyjrzał mu się. Był brzydki i wyglądał bardzo podejrzanie. Jak Eliza mogłaby zostawić go dla kogoś takiego? Jakaś nieznana agresja wstąpiła w jego ciało. Lucio opadł na ziemię z ogromnym hukiem. Eliza z przerażeniem poznała w nim dawnego ukochanego.
-Lucio! Co ci się stało?
On jednak nie odpowiedział. Swoją mocą uniósł w powietrze Hanela (tak miał na imię nowy ukochany Elizy) i cisnął nim o ziemię.
- HANEL! - Eliza krzyknęła z przerażeniem - Coś ty mu zrobił?!
Lucio nadal nie odpowiedział. Wykonał ruch ręką, w efekcie czego z ziemi wysunęły się wielkie, czerwone kolce, ostre jak brzytwy i przedziurawiły Hanela na strzępy. Gdy ten już ledwo żył, napastnik wykonał kolejny ruch ręką i Hanel wzleciał wysoko w powietrze, a potem bezwładnie upadł na kamienną drogę, roztrzaskując się na krwawą plamę. Lucio patrzył na to wszystko z dziką satysfakcją. Potem odwrócił się do zalanej łzami Elizy, przeszył ją jedynie strasznym wzrokiem, uniósł się i odleciał. Wypełniała go satysfakcja, lecz jeszcze nie dotarło do niego, czego właściwie dokonał. Gdy tak leciał, usłyszał głos, dobiegający jakby z medalionu na jego szyi. Słowa brzmiały:
- S P A L W S Z Y S T K O
Lucio bez zastanowienia, rzucił wielką kulę ognia prosto w miasto swej dawnej ukochanej. Całe miasto stanęło w płomieniach. Lucio usłyszał kolejne polecenie:
- N I E C H P A T R Z Y
Wrócił więc i swymi szponami uniósł Elizę nad miasto, a ona patrzyła, jak jej dom, domy jej przyjaciół i wszystko co kochała spala się w pył. Płakała, a niczym nie wzruszony Lucio otrzymał kolejne polecenie.
- P U Ś Ć J Ą
Lucio ślepo wykonał rozkaz i rozluźnił swe zaciśnięte dłonie. Dziewczyna spadła w płonącą otchłań. Dopiero gdy chłopak usłyszał jej przeraźliwy krzyk, otrząsnął się. Spostrzegł co uczynił. Zniszczył wszystko. Jak do tego doszło? Przerażony rzucił się w pogoń za spadającą Elizą, lecz nie zdążył jej złapać. Eliza spłonęła w ogniu palącego się budynku. Lucio chwycił się za głowę. Słyszał setki krzyczących dusz i głos z medalionu śmiejący się głośno. Lucio ostatnimi siłami zerwał medalion z szyi, po czym zdeptał go i zniszczył. Gdy tylko to zrobił, momentalnie opadł z sił i ocknął się w pokoju ze stojącym przed nim demonem trzymającym druczek i pióro. To była wizja medalionu. To wydarzyłoby się, gdyby wziął go i podpisał dokument. Lucio zrobił to, co powinien był zrobić już na początku. Wziął ze swojej szafki krzyż i przepędził demona.
Mijały dni, Lucio nie próbował kontaktować się już z Elizą. Podobno po dwóch tygodniach zerwała swoją znajomość z Hanelem, ale Lucio nie chciał już nawet odezwać się do niej słowem. Dostał od niej kilka listów, ale nawet ich nie otworzył. Wszystkie spalił w piecu. Nie chciał już nawet słyszeć o Elizie. Niestety, pewnego dnia zapukała do jego drzwi. Zniesmaczony, otworzył.
- Hej Lucio... ja... przepraszam... naprawdę... nie wiem co we mnie wstąpiło... możemy pogadać?
- Chyba nie mamy o czym, ale okej. Nie wchodź, załatwmy to w progu.
- Posłuchaj... to wszystko było naprawdę dziwne. Ten chłopak, nazywał się Hanel, i... nie był człowiekiem...
- O czym ty mówisz?
- Hanel był jakimś stworem. Mroczną bestią i nie mówię tego w przenośni. Dosłownie był potworem z piekła. Zaklął mnie jakimś czarem, chciał wzbudzić w tobie żal i wykorzystać cię do jakiegoś złego planu szatana...
Lucia zamurowało.
- Planu szatana...? - zapytał drżącym głosem
- Tak. Eh, wszystko Ci opowiem, bo to naprawdę dziwaczna historia... całe szczęście że nie wzięłam tego głupiego medalionu...
Lucio nic nie powiedział, tylko ze łzami w oczach mocno przytulił Elizę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania