Mirek Mąka wspomnienie
Mirek śnił mi się dwa razy. Pierwszy sen był przerażający — widziałem w nim zwęglone zwłoki leżące na boku w embrionalnej pozycji i pamiętam, że uświadamiałem sobie we śnie ogrom jego cierpienia. Po przebudzeniu zastanawiałem się nad możliwą przyczyną takiego stanu i do dzisiaj nie wiem, na ile symbol ten odnosił się do ciała, a na ile do ducha Mirka.
Drugi sen był spokojny. Widziałem w nim Mirka, jakiego znałem za życia — spokojnego i zagłębionego w rozważnym namyśle, ostrożnego w bezpośrednim kontakcie i nieustannie pogłębiającego sens poruszanego tematu, szukającego i odkrywającego istotę przedmiotu rozmowy. To, co jednak różniło go od świata żywych, w którym przebywał ze mną — gdzie ubierał się swobodnie w sportowe rzeczy — to bardzo dostojny, współczesny strój. Kiedy na drugi dzień przywołałem w pamięci jego wygląd, przypomniałem sobie, jak kiedyś opowiadał mi, że nieświadomie wziął do ust brzoskwinię pełną mrówek faraona. Ten strój i to zdarzenie bardzo pasują do siebie w odniesieniu do Mirka.
Moje wspomnienia ze szkolnych lat dotyczą głównie słów polonistki, która powiedziała, że z takiej mąki chleba nie będzie, a wynikało to z niewiarygodnie głębokiej humanistycznej wiedzy Mirka, która dla wielu była niezrozumiała i nieosiągalna ze względu na jej szeroki zakres, co powodowało w kontaktach z nauczycielami wiele nieporozumień. Mirek posiadał wiedzę odnoszącą się do źródeł kultury ludzkiej, tłumaczącą sens bytowania człowieka na ziemi w różnorodności wynikającej z uwarunkowań miejscowych i bogactwa symboliki, potwierdzającej jego prawo do konkretnych działań tworzących jego tożsamość i historię.
Odwaga Mirka w obronie własnego zdania zdumiewała mnie nieraz, a sam doświadczyłem tego na lekcji polskiego, kiedy pani profesor uznała, że poezja amerykańska, która nie była objęta programem nauczania, nie miała sensu. Najpierw nie zgodziła się ze mną, a potem traf chciał, że zapytała o zdanie na ten temat Mirka, który spokojnie odpowiedział, że absolutnie pani profesor nie ma racji, co postawiło go w bardzo kłopotliwej sytuacji.
W okresie wiosennym i jesiennym często lekcje kończyły się wyjazdem w podkrakowskie skałki, dzięki czemu zrobiliśmy razem prawie wszystkie oznaczone w przewodnikach drogi skałkowe, a nawet niektóre przejścia mieliśmy własne. Czasem do dolinek jechaliśmy autobusem, a czasem podwoziła nas mama Mirka maluchem. Pod koniec liceum wspinaliśmy się w zakopiańskich skałkach, gdzie Mirek zakończył program wspinaczkowy, wchodząc z ogromną radością na Koguta w Dolinie za Bramką, a potem w Tatrach polskich i słowackich.
W Tatrach słowackich mieliśmy dwie poważne przygody. W czerwcu postanowiliśmy wyjść na Lodowy Szczyt. Ze względu na to, że był to nasz pierwszy dzień na Słowacji, wyszliśmy z koliby wczesnym popołudniem. Pod szczytem, kiedy zaszło słońce i spadła temperatura, okazało się, że cieknąca woda małymi żlebami zamieniła się w lód, a my nie byliśmy przygotowani na takie warunki, więc zdecydowaliśmy się wycofać ze ściany.
W ciemnościach trwało to do trzeciej nad ranem. Mirek miał od pracującego w Niemczech taty cenne haki, z których wiele, obijając się po skałach i brzęcząc, spadało na piargi.
Ubezpieczając na stanowisku schodzącego Mirka, zobaczyłem obok siebie siedzącą młodą kobietę, która śpiewała trzymanemu na rękach dziecku. Księżyc oświetlał jej postać i zawiniątko, które trzymała. Śpiewała bardzo cichutko i żałośnie, towarzysząc mi przez cały czterdziestometrowy wyciąg schodzącego Mirka.
Drugą przygodę mieliśmy na Łomnicy, gdzie o mało nie wpadliśmy pod lód rwącego potoku. W polskich Tatrach postanowiliśmy wspinać się na Świstówce. Pod skałą okazało się, że zapomniałem wziąć młotka do wbijania haków. Mirek bardzo spokojnie pogodził się z tą sytuacją i po chwili zaczęliśmy schodzić piargami na dół. Ja schodziłem szybciej i kiedy byliśmy już na dole, Mirek zapytał mnie, czy słyszałem zbiegającego obok nas taternika. Powiedziałem, że nie, po czym Mirek opowiedział mi ze szczegółami, jak przebiegł obok niego po piargach, robiąc duży hałas, niewidoczny człowiek.
W Tatrach polskich zrobiliśmy wiele dróg letnich i zimowych, po czym nastał czas studiów i każdy zajął się własnymi sprawami. Spotykaliśmy się sporadycznie aż do czasu, kiedy Mirek trzy lata temu postanowił podarować mi własną książkę o dawnej fotografii zakopiańskiej z dedykacją: „dawnemu, a może wciąż przyjacielowi…”, co okazało się symbolicznym początkiem rocznej, bliskiej i przyjacielskiej współpracy przy projektowaniu kościoła dla peruwiańskich górali z Unchus.
Te ostatnie dwa lata przed śmiercią Mirka pozwoliły mi, dzięki rozmowom z nim w trakcie przygotowywania dokumentacji kościoła, zrozumieć wiele już nieobecnych we współczesnym świecie prawd. Pierwszą i podstawową było zrozumienie godności człowieka potwierdzonej przynależnością do licznej rodziny, składającej się nieraz z kilkuset znających się z imienia i pomagających sobie wzajemnie krewnych, rozsianych po okolicznych dolinach górzystych Andów.
Mirek, będąc wybranym na padrone rodziny peruwiańskiej, rozumiał w pełni godność tej funkcji, jak również miał świadomość odpowiedzialności z nią związanej. Kiedy społeczność peruwiańska, nie mogąc poradzić sobie z budową kościoła na miejscu, zwróciła się o pomoc do Mirka, ten — mimo zaangażowania w bieżące sprawy, w tym naukowe — w pełni poświęcił się organizacji przygotowania dokumentacji umożliwiającej realizację kościoła.
Kiedyś opowiadał mi, jak będąc w Peru, obudziło go przeraźliwe szczekanie psów, które trwało około piętnastu minut. Bał się, że będzie trzęsienie ziemi, które niestety zdarza się w tym rejonie. Rano, gdy rozmawiał z gospodarzem, znanym w Peru przewodnikiem górskim, i opowiedział mu o nocnym zdarzeniu, ten spokojnie odpowiedział, że w tym czasie umierał bardzo niedobry człowiek mieszkający we wsi i że zachowanie psów było czymś zupełnie normalnym.
Żyjemy w świecie w obecności Nieba, które ogromem świetlistego bytu umyka naszej świadomości. Dla Peruwiańczyków Mirka, mieszkających trzy tysiące metrów nad poziomem morza, i Niebo, i światło, i obcowanie zmarłych oraz świętych są bardziej oczywiste i pewne niż absurdalne pojęcie końca i nicości. Te prawdy Mirek potrafił przekazać w sposób oczywisty i prosty.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania