Miś kolorowy 95 kg
Betowen chorował przez trzy długie miesiące. To był czas wypełniony mnóstwem leków, operacją i skomplikowanymi zabiegami chirurgicznymi. Do dziś mam przed oczami ten przerażający widok: miskę pełną krwi, której zdjęcie przysłał mi Eliasz, i filmik z naszej lokalnej kliniki weterynaryjnej. Betowen leżał tam na podłodze, na gołej, zimnej ziemi, bez żadnego podkładu, porzucony pośród stóp w trampkach kręcącego się personelu. Serce mi się wtedy ścisnęło z żalu i wściekłości. Przecież ja kupuję mu kocyki, dbam o to, by miał różne kolory. Ludzie mówią mi: „Wiesz, przecież to pies górski, on ma grubą sierść”. Może i górski, ale kocyk musi być! Śmieją się czasem, że mam na jego punkcie prawdziwego bzika.
Prawda jest taka, że Betowen zastępuje mi mój dawny owoc keli – tego egipskiego przyjaciela, który odchodząc, patrzył mi w oczy tak niesamowicie mocno, aż na wskroś duszy. Kiedy więc teraz było ciężko, potrafiłam siedzieć przy Betowenie i trzymać go za łapę nawet przez dwie bite godziny. Faszerowałam go lekami, podawałam mu wszystko intuicyjnie, kombinując jak koń pod górę. Wykorzystywałam cały swój rozum i to, co akurat miałam pod ręką – robiłam to nawet wtedy, gdy lekarz w tym całym zamieszaniu zapomniał przepisać odpowiednich medykamentów. To było straszne, jak bardzo potrafią w takich miejscach nie szanować psiego życia. Aż strach pomyśleć, jak w takim razie traktują ludzkie.
Było mi potwornie przykro patrzeć w te mądre ślepia mojego misia kolorowego i czuć bezsilność, więc robiłam, co mogłam. Moja intuicja mnie nie zawiodła. Kiedy po paru dniach mojej nieobecności w końcu wróciłam do domu, on autentycznie odetchnął z ulgą na mój widok. Czasem, jak to on, potrafi się obrazić i patrzeć ostentacyjnie w drugą stronę, kiedy do niego mówię. Ostatnio ktoś mi powiedział, że to moje ciągłe powtarzanie, że go kocham, nazywanie go „kochaniem”, przepraszanie go i mówienie mu, jaki jest śliczny, mocno trenuje jego inteligencję. Nie jestem żadnym ekspertem od zwierząt, ale głęboko wierzę, że moja energia idealnie współgra z jego energią. Czułość, którą mu daję, otwiera we mnie ogromne pokłady szczęścia.
Uważam, że czy to pies, czy krowa – żadne stworzenie bez wyższych uczuć nie potrafi dobrze żyć. Dzisiaj moja wdzięczność leci już pod sam komin. Jestem niesamowicie wdzięczna za to, że te nasze Betoweny potrafią tak pięknie grać nam na strunach duszy... i chrapać przy tym głośno jak stare chłopy albo wielkie smoki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania