Misja. Northwoods
8:15am
– Dwie trzecie naprzód. Kurs sto pięćdziesiąt.
– Dwie trzecie… – pierwszy oficer nie skończył jeszcze mówić, gdy cały świat zniknął w upiornym blasku.
Do uszu załogi dotarł ogłuszający huk i trzask, i zaraz potem zapadła przeraźliwa, dzwoniąca w uszach cisza. W jednej chwili zgasły ekrany wszystkich komputerów na mostku. W powietrzu dało się wyczuć paskudny smród spalenizny. Nie słychać było żadnych dzwonków ani sygnałów alarmowych. Te nie zadziałały, podobnie jak automatyczne systemy bezpieczeństwa.
Wonder of The Seas, największy wycieczkowiec świata, w jednej chwili stał się bezwładnie dryfującym wrakiem, miotanym falami, szarpanym jak mała, krucha zabawka, złapana w silne, stalowe szczęki przez dużego, agresywnego psa, pitbulla czy może owczarka, który nagle dostał ataku wścieklizny.
Gigantyczna jednostka gwałtownie przechyliła się, strącając ludzi z górnych pokładów, i zaraz potem położyła się na drugą stronę i wróciła do pionu, cały czas mocno kołysząc. Zewsząd słychać było odgłosy tłuczonych szyb i rozpaczliwe krzyki i wrzaski. Mężczyźni, kobiety i dzieci na pokładzie poczuli się jak na kolejce górskiej, tym razem jednak nikt nie miał zapiętych pasów. Wszyscy próbowali łapać się czegokolwiek, co przytwierdzono, ale było to z góry skazane na niepowodzenie. Zaczęło targać nimi jak kukiełkami, szarpać jak małymi, szmacianymi laleczkami, tak, że łamali ręce i nogi i doznawali innych poważnych obrażeń. Sytuacji nie poprawiał wcale fakt, że wraz z nimi po całym pokładzie bezwładnie latały setki przedmiotów i sprzętów i przerażone zwierzęta, ulubieńcy pasażerów i całej załogi.
Głęboko w trzewiach ogromnej jednostki, kuchni, pralni i dziesiątkach innych zakamarków i miejsc nie było wcale lepiej. Ludzie wyrwani ze snu, jedzący posiłek, biorący prysznic czy uprawiający seks, karmiący dzieci czy oderwani od swoich zwykłych obowiązków nie bardzo wiedzieli, co się właściwie dzieje. Dla wielu z nich, rozdzielonych ze swoimi bliskimi, zamkniętych w małych, ciasnych, klaustrofobicznych pomieszczeniach, trwało to całą wieczność, tym bardziej, że wszędzie zgasło światło. Duża część od razu straciła przytomność, zdrowie lub życie, dostając w głowę czy rozbijając ją na ostrych, twardych krawędziach. Inni napotykali różne przedmioty, byli ranieni i szybko się wykrwawiali, a kolejni zostali przygnieceni, doznając innych obrażeń.
Wycieczkowiec nagle gwałtownie zatrzymał się, stając z ogromnym hukiem i trzaskiem. Ludzie wpadali na ściany albo sami na siebie. Przeraźliwy zgrzyt słychać było głównie w okolicach sterburty, rozdzieranej ostrym jak sztylet dziobem najbliższej jednostki, supertankowca, który również stracił sterowność, podobnie jak wszystkie statki w tej okolicy.
To jednak nie wszystko.
Najgorsze miało dopiero przyjść, z każdym kolejnym oddechem. Przed niewidzialnym wrogiem nie było właściwie żadnej ucieczki.
Część I
Jeden z kolejnych dni, 11:02
Dryń-dryń, dryń-dryń, dryń-dryń.
Pogrążony w lekturze brunet w średnim wieku spojrzał z dezaprobatą na mrugające światełko na ścianie i czarny, klasyczny telefon na drewnianym stoliku, zamyślił przez krótką chwilę i rozejrzał po niewielkim pomieszczeniu o wielkości trzy na trzy metry, zupełnie jakby miało to sprawić, że natarczywy dźwięk zaraz sam zniknie.
Dryń-dryń, dryń-dryń, dryń-dryń.
Poczuł, że nagle zmniejszono obroty silników. To nie powinno mieć miejsca, przynajmniej nie na jego wachcie. Zirytowany odłożył „Moby Dicka”, ścisnął oparcie fotela i wziął głęboki oddech, podniósł czarną słuchawkę i zaczął mówić cichym, spokojnym i nie znoszącym sprzeciwu tonem:
– Jesteśmy z daleka od brokerów, dokerów, wszystkich członków zarządu i mojej teściowej i starej. Powiedz mi pierwszy, jak to możliwe, że na samym środku oceanu mamy żółty alarm? Co jest takiego ważnego, że nie mogę oddawać się mojej ulubionej rozrywce?
– Problem ma sześćdziesiąt metrów, sir. Wynurzył się pół mili od naszej sterburty. To jeden z naszych.
– Już idę. – Kapitan Jean Ramizer odłożył słuchawkę i energicznie podniósł się i poprawił niebieską koszulkę, ścisnął pasek przy spodniach i ruszył w stronę mostka.
Panował tam względny spokój. Sześć osób siedziało na stanowiskach, na monitorach nie widać było nic niezwykłego, a zastępca podał mu wojskową lornetkę i zdał szybką relację:
– To szwedzki gotland. Nie otworzyli jeszcze wyrzutni. Wynurzyli się i zatrzymali. Laserowa komunikacja kierunkowa. Kody są autentyczne. Chcą z panem porozmawiać.
– Znasz przecież rozkazy.
– Dlatego nic nie potwierdzaliśmy. Kazałem tylko zrobić całą stop. Próbowali jeszcze kilka razy, za każdym razem używając poprawnego słowa klucza.
– Robi się bardzo ciekawie. – Kapitan podszedł do elektronicznej mapy, wyświetlanej obok wskazań radaru i zaczął ją uważnie studiować. – Dziwnym trafem stoimy w miejscu, gdzie jest dziura radiowa. Pierwszy, wybierze się pan do nich i zobaczy, czego chcą.
– Aj, aj, sir. – Mężczyzna nie tracił ani chwili, tylko szybko ruszył do wyjścia.
Ramirez rozsiadł się na najważniejszym miejscu na mostku, fotelu projektu Mark 7, być może nie tak komfortowym i wygodnym jak ten w kabinie, ale zupełnie wystarczającym, żeby spędzać w nim po kilka godzin dziennie. Mężczyzna spokojnie obserwował na monitorach, jak od sterburty odpływa ich motorówka, przewidziana specjalnie do takich okazji. Nie wyglądała zbyt okazale, ale on doskonale wiedział, że dysponowała wyposażeniem bojowym i mogła osiągnąć nawet czterdzieści węzłów. To często dawało niezbędną przewagę, podobnie jak kamuflaż Odyseusza, jednostki o wyglądzie SS America i wyporności trochę ponad dwadzieścia tysięcy ton, która teoretycznie nie miała nic wspólnego z żadnym rządem na świecie, ale w praktyce pozostawała na usługach tego, kto zapłaci najwięcej.
– Americano. – Kapitan rzucił tylko jedno słowo w bliżej nieokreśloną stronę i zwrócił się bezpośrednio do najbliższego oficera. – Drugi, potrzebuję wszystko na temat ich załogi.
– Sekundka, sir. – Mark Twin zaczął coś klikać na ipadzie i podał go Ramirezowi, który zagłębił się w lekturze i cicho mruknął:
– Już mi się podoba.
Pod maską udawanej obojętności kryło się coś więcej. Kapitan nie tylko uważnie studiował dossier i skład załogi HMS Gotland, ale przede wszystkim zastanawiał się, dlaczego nie wybrano jednostki francuskiej, szybszej, większej, o znacznie bardziej imponującym zasięgu. Pytania mnożyły się w jego głowie, tymczasem tuż obok, w uchwycie fotela, pojawiła się filiżanka z przyjemnie pachnącą zawartością, a Mark po kilkunastu minutach rzucił tylko krótkie i ciche:
– Wrócili.
Na mostku pojawił się pierwszy oficer:
– Mam coś dla pana.
Ramirez nie odpowiedział, tylko odłożył ipada, wziął podaną kopertę, otworzył ją i wyjął z niej krótki dokument, przebiegł go szybko oczami i oddał zastępcy, który wyciągnął z sejfu jednorazowy klucz kodowy, przełamał jego obudowę i porównał treść z sygnaturą na papierze:
– Wiadomość jest autentyczna, sir.
– Tak. I to mnie bardzo martwi. – Kapitan spokojnie upił łyk kawy. – Mamy sytuację, która jest teoretycznie niemożliwa. Wysyłają nas z bardzo dziwną misją. Każą gonić duchy i być niewidzialnymi i zaraz potem próbują zmieniać rozkazy. Na środku Atlantyku spotykamy jeden z mniej ważnych okrętów, i to jeszcze w takim miejscu. Albo góra została całkiem zinfiltrowana albo jest znacznie gorzej niż źle.
– Przynajmniej mamy miejsce w pierwszy rzędzie. – Jego zastępca wyszczerzył zęby w uśmiechu. – I to bez żadnej dopłaty.
– No tak. Obwąchaliśmy się trochę, teraz zobaczmy, czego naprawdę chcą nasi przyjaciele.
– Pójść z panem?
– Nie ma takiej potrzeby. Ich skipper ma wszystko i wszystkich w dupie i robi tylko to, co uważa za słuszne. To idealista. Tacy raczej nie wbijają noża w plecy. – Kapitan spoważniał. – Oddaję mostek.
– Tak jest.
– Wątpię, żeby stało się coś złego, ale jedno podejrzenie, jeden cień wątpliwości, i proszę kontynuować pierwotną misję, podejmując kroki stosownie do uznania. Tylko nie porysujcie za bardzo łajby.
– Jasne.
Droga do szalupy i przepłynięcie dystansu między jednostkami zajęło kapitanowi Ramirezowi mniej więcej kwadrans. Na miejscu został powitany ze wszystkimi honorami przez pierwszego oficera, czekającego na niego na zewnątrz zaraz przy kiosku:
– Witamy na HMS Gotland, panie kapitanie. Mój dowódca bardzo ubolewa, że nie mógł przywitać pana osobiście, i od razu zaprasza do siebie.
– Proszę o pozwolenie wejścia na pokład. – Ramirez zasalutował, zachowując swoją najbardziej pokerową twarz.
– Udzielam. Proszę za mną.
Mężczyźni weszli przez właz do centrali okrętu, gdzie dało zauważyć się dosyć nerwową atmosferę, i przeszli do pokoju z krzesłami i stołem, który najwyraźniej stanowił mesę dla oficerów, a teraz zawalony był dokumentami.
– To ORP Kościuszko? – Ramirez podał rękę starszemu mężczyźnie z pociągłą, zmęczoną twarzą, który na jego widok gwałtownie wstał.
– Tak, to Reuben James z „Czerwonego października”. – Kapitan gotlanda, prawdziwy wilk morski z rudą, bujną brodą, spojrzał na zdjęcie na ścianie, z autografem samego Seana Connery’ego. – Ma pan bardzo dobry wzrok.
– A to naprawdę imponująca kolekcja. – Dowódca Odyseusza pokazał ręką na plakaty z „Karmazynowego przypływu” i kilku innych filmów, a Sven Lars tylko uśmiechnął się:
– Witamy na pokładzie. Przepraszam za faux-pas, ale cały czas próbuję określić najbardziej efektowną strategię. Proszę usiąść. Napije się pan czegoś?
– Nie, dziękuję bardzo.
– Sytuacja jest dynamiczna. – Mężczyzna spoważniał. – Na górze panuje prawdziwa panika. Jak sam pan wie, wysłaliśmy dwie grupy. Obie nie meldowały się co najmniej od czterdziestu ośmiu godzin. Pani kanclerz zdecydowała, że wasza misja ma mieć inne priorytety. Dostanie pan dwie bomby A i kilkanaście rakiet wraz z kodami do ich użycia.
– To przecież bez sensu. Francja czy Niemcy posiadają własne okręty podwodne. Prościej i łatwiej byłoby wysłać któryś z nich.
– Nikt nie chce otwartego konfliktu, do tego Casablanca nie daje znaku życia, nawet na niskiej częstotliwości.
– Może odcięta jest tylko komunikacja?
– Nigdy nic nie wiadomo.
– Z tego wynika, że Odyseusz wydaje się być mniej ważny.
– Nie mnie to oceniać. – Sven Lars wzruszył ramionami. – I nie mam pojęcia, co panowie admirałowie chcą zrobić z pozostałymi jednostkami. Nas zatrzymali w środku misji, ale tylko po to, żeby załadować dodatkową broń.
– Nie mamy przeszkolenia, żeby z niej skorzystać.
– Dlatego do pańskiej załogi dołączy piętnastu ludzi. Dostaliśmy ich podczas postoju.
– Trochę to dziwne, nieprawda? Nie zna ich pan, a oni nagle znaleźli się na pańskim pokładzie, ot tak, na pstryknięcie palców. To wygląda jak koń trojański.
– Niestety, ale zawsze istnieje taka możliwość. – Kapitan łodzi podwodnej spojrzał z widocznym znużeniem, w którym Ramirez odczytał coś jeszcze, jakiś rodzaj strachu, który bardzo mu się nie podobał.
– Wpierw sprawdzę ich dokładnie we wszystkich bazach. Jeżeli wypadnie coś źle, będę zmuszony działać zgodnie z pierwotnymi rozkazami. I… – Ramizer zawiesił głos. – Formalnie nie pływam na jednostce wojskowej. Mam nadzieję, że nie zechcecie zarekwirować mojego statku.
– To nie będzie konieczne.
– A pan? Będzie patrolował cały teren, jeśli można wiedzieć?
– Wydaje się, że naprędce tworzona jest cała grupa uderzeniowa. Nasze władze rzucą wszystko, co mają. Z tego, co wiem, przestaliśmy ufać Amerykanom w europejskich bazach. To defcon jeden lub dwa, jeżeli mogę użyć ich terminologii.
– Wygląda na to, jakby nagle burzył się cały znany porządek świata.
– Tak. Tu ma pan listę sprzętu i osób. Proszę się z nią zapoznać i dać mi znać, co zrobi dalej.
– Potrzebuję pół godziny. Łączność laserowa.
– Dziękuję. – Kapitan łodzi podwodnej wstał i podał rękę, dając do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca.
Kilkanaście minut później
Pokój sytuacyjny na Odyseuszu
– I co pan zrobi, skipper? – Pierwszy oficer, jeden z głównych wspólników w spółce będącej właścicielem statku, spojrzał uważnie na swojego przełożonego.
– Każda broń się teraz liczy, Vasquez. Nie da się zwołać posiedzenia zarządu i odrzucić nowych rozkazów, to znaczy można, ale będą konsekwencje. – Kapitan wzruszył ramionami. – Zawsze jakieś są. Co masz na temat tych ludzi?
– Dużo odznaczeń i medali bojowych. Żadnych problemów.
– Brutus też miał certyfikaty bezpieczeństwa. – Ramizer nie miał wątpliwości, że sprawa może mieć drugie dno. – Nadajcie, że się zgadzamy, i wyślijcie motorówkę.
– Po trzydziestu jeden latach doczekaliśmy się dostaw we wtorek – mruknął pierwszy oficer.
– Coś mówiłeś?
– Tak jest! To znaczy nie.
– To do roboty. Nie płacą wam za obijanie się.
Po jakimś czasie
Mostek
– Panie kapitanie! – Mężczyzna zasalutował i stanął na baczność. – Porucznik Zdzisław Terlecki melduje się na rozkaz.
– Spocznij. Polak?
– Tak jest. – Żołnierz odruchowo wyprężył się jeszcze bardziej, a potem stanął bardziej luźno.
– Jest pan daleko od domu.
– Tak wyszło.
– Jak jest cel użycia tej broni?
– Stosownie do uznania, ale zawsze w interesie rasy ludzkiej.
– Bardzo patetyczne i górnolotne słowa. Kto ma wydawać rozkazy?
Porucznik nie odpowiedział, tylko wyciągnął z kieszeni zalakowaną kopertę. Ramizer złamał ją i szybko przebiegł tekst w środku, a potem zaczął świdrować oficera oczami:
– Dobrze, panie Terlecki. Niech wszyscy rozlokują się po czterech stronach nadbudówki.
– Gdzie dokładnie?
Kapitan nie odpowiedział, tylko nacisnął kilka przycisków na oparciu fotela i wyświetlił schemat Odyseusza na jednym z ekranów nad oknami sterówki:
– Oczekuję ich od sterburty i bakburty w środku przy pierwszym i ostatnim wejściu. Obstawcie oba poziomy. – Mężczyzna pokazywał kursorem kolejne miejsca w ciągnącej się przez większość pokładu konstrukcji. – Mają objąć polem rażenia trzysta sześćdziesiąt stopni wokół statku.
– Rozkaz. – Porucznik odruchowo się wyprostował.
– Powinni pełnić wachty i cały czas być przygotowani. Pan albo pana zastępca pozostanie na mostku do odwołania. Spełnicie rolę łącznika.
– Tak jest.
– Odmaszerować. – Ramirez nie zwracał na niego więcej uwagi, tylko pokazał na pierwszego oficera:
– Ruszamy. Dwie trzecie. Zgodnie z pierwotnym kursem.
– Aj, aj.
Następny dzień
Gdzieś na Atlantyku
– Kapitanie. – Pierwszy oficer pokazał na wystającą z oceanu ramę o wysokości i szerokości kilkunastu metrów, która w jednej chwili pojawiła się dokładnie na ich drodze i wydawała się być zrobiona z wody morskiej, uformowanej na kształt trzech połączonych ze sobą rur.
– Cała wstecz. – Dowódca odruchowo zapiął pasy, z zadowoleniem zauważając, że inni robią to samo.
Vasquez nie trudził się potwierdzeniem, tylko zaczął pisać na klawiaturze przed sobą, wydając serię komend w systemie, i dopiero na koniec powiedział to, co dla wszystkich było już oczywiste:
– Nie zdążymy, sir.
– Alarm kolizyjny.
Ich dziób kilka sekund później przeszedł przez bramę. Przez chwilę nic się nie działo. Płynęli siłą rozpędu, a Ramirez ścisnął oparcie fotela, aż mu zbielały nadgarstki. Cały pokład zaczął gwałtownie drżeć. Gdy mostek zrównał się z bramą, wszystko ucichło. Ludzie mieli wrażenie, że świat za oknem rozmywa się i zmienia. Trwało to tylko kilka sekund. Zaraz potem wszędzie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe, a kamery zaczęły pokazywać jednostki od strony rufy, zarówno na bakburcie, jak i sterburcie.
– Alarm radiacyjny!
– GPS zwariował! Jesteśmy tysiące mil od naszej ostatniej pozycji!
– Brak łączności z bazą!
– Brama zniknęła!
– Spokojnie ludzie. Nie wszystko naraz. – Ramirez wziął głęboki oddech, wykazując głębokie opanowanie i po raz kolejny udowadniając, że doskonale nadaje się na swoje stanowisko. – Cała stop. Sprawdźcie, co się właściwie stało. Zidentyfikujcie wszystkie statki. I wyłączcie wreszcie te przeklęte alarmy.
– Tak jest. – Pierwszy oficer nie patrzył na dowódcę, tylko szybko przewijał nagrania z zewnętrznych kamer. – Brama rozpadła się, gdy tylko przeszliśmy. Rozpłynęła się w powietrzu.
– Wyślijcie jedynkę, żeby spróbowała wrócić po naszych śladach. Cała broń w gotowości, szczególnie u pana, poruczniku Terlecki. Boja alarmowa i cisza na całym okręcie. Nie chcemy nikogo nami zainteresować. I powiedzcie mi, co jest tam za oknem. – Ramirez pokazał na najbliższą jednostkę. – Na razie interesują mnie tylko te większe. Pasażer na początku.
– To statek wycieczkowy.
– Ślepy nie jestem. Konkrety. Ile ludzi? I skąd te wszystkie uszkodzenia? – Kapitan wstał, wziął lornetkę i zaczął przyglądać się szczegółom olbrzymiej jednostki.
– Wonder of the Sea. Według rejestru ponad sześć i pół tysiąca dusz.
– Przynajmniej nie mamy największej katastrofy w dziejach. – Ramirez, zagorzały historyk, miał na myśli Wilhelma Gustloffa, okręt szpitalny Kriegsmarine zatopiony w czterdziestym piątym. – Poradził sobie lepiej niż Andrea Doria i Costa Concordia razem wzięte. A ten drugi?
– Sześćset pięćdziesiąt tysięcy ton. Ponad cztery miliony baryłek.
– Nie wybuchł, czyli nie jest chyba tak źle. Jakiś ruch w eterze?
– Tylko biały szum. I brak aktywności na obu jednostkach.
– To akurat sam widzę. Ślepy nie jestem – warknął dowódca. – Co to za alarm?
– Cała okolica świeci aż miło. Promieniowanie różnego typu, do wyboru, do koloru.
– Co nam grozi?
– Możemy tu być maksymalnie trzy dni.
– Jak uszczelnienie?
– System radzi sobie w dziewięćdziesięciu procentach. Drobny przeciek w nadbudówce z tyłu, ale gródź trzyma.
– Dobrze. Trzeba posłać zwiad na pokład Wonder. Dwie grupy. Pierwszy, pan poprowadzi ich na miejscu.
– Co z tankowcem?
– Nie widać, żeby miał tonąć. I na pewno ma mniejszą załogę. Zajmiemy się nim dopiero w drugiej kolejności.
– Rozumiem. Może wysłać drony?
– Czy coś wskazuje, że statki są źródłem promieniowania?
– Nie.
– Ludzie znacznie lepiej ocenią sytuację na miejscu. Im mniej transmisji, tym lepiej. Nie warto tracić cennego sprzętu. Jesteśmy zdani sami na siebie i będziemy go jeszcze potrzebować.
– Oddział standardowy?
– Nie. Pełne skafandry z zamkniętym obiegiem. Broń gazowa i ostra, pół na pół. Pozwolenie na jej użycie. I wystawcie dodatkowe posterunki. Miejscowi mogą chcieć złożyć nam nieplanowaną wizytę. Do tego zacznijcie przygotowywać kolejną motorówkę i trzecią grupę.
– Czy mamy wycofać się na pełną wodę?
– Jeszcze nie teraz. Łączność, co u was?
– Widzimy satelity, ale nie możemy nic nadawać, to znaczy nadajnik działa, ale brak potwierdzenia. Oprócz nas żadnych transmisji w eterze.
– Rozumiem. To wszystko.
– Tak jest.
Ramirez rozsiadł się wygodniej w swoim fotelu i zaczął zastanawiać nad całą sytuacją. Trwało to do momentu, gdy motorówka z Odyseusza opływała ogromny wycieczkowiec.
– Widzicie to? – Marynarz na jej dziobie przekazywał na ekrany na mostku obraz licznych uszkodzeń na nadbudówce i burcie. – Z tej strony jest wyższe promieniowanie. Jeżeli GPS dobrze wskazuje, tam jest… albo było San Francisco. Spróbujemy teraz wejść na pokład. – Mężczyzna zaczął przypinać pasujący do kombinezonu plecak, który pozwalał wznieść się na kilkanaście metrów. – Duży krok dla człowieka czy jakoś tak. Start. – Żołnierz nacisnął przycisk i już po kilku sekundach wystrzelił w górę na dwóch strugach cieczy. – Jestem na górze. Pusto. Zaczepiam drabinkę.
Po kilku minutach dołączyli do niego pozostali członkowie oddziału.
– Wchodzimy do środka, zgodnie z planami Wonder. – Ich dowódca, Vasquez, nie miał żadnych wątpliwości. – Grupa pierwsza przejdzie przez pokłady widokowe, od góry do dołu, i skieruje się do szpitala, a druga spróbuje przedostać się ze mną na mostek. Nie otwieramy ognia jako pierwsi.
– Będzie wesoło, szefie. Tylko piętnaście pokładów z kabinami, sklepami i pomieszczeniami dostępnymi dla wszystkich, do tego kuchnia, maszynownia, spiżarnia i tak dalej. Trochę zajmie nam czasu obejrzenie tej krowy, zakładając oczywiście, że będzie jak przejść. Windy na pewno nie działają. I część drzwi może być zablokowane.
– Pogadamy potem, Hudson. Pięć dolców, że nie masz racji.
– Stoi.
Ich komentarze i ruchy były cały transmitowane na Odyseusza, na którym kapitan Ramirez zaczął właśnie wydawać kolejne rozkazy:
– Trzecia motorówka i czwarta grupa mają być spuszczone na wodę i czekać w gotowości.
Grupa druga
Pokład czternasty, Wonder
– Ciekawe to musiało wyglądać kilka dni temu. A teraz jest ciemno. I śmierdzi – rzucił któryś z członków oddziału, patrząc na zrujnowane, częściowo spalone bary, które właśnie mijali. – Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz, gówno znaczyłeś i w gówno wrócisz.
– Przecież nic nie czujesz. – Ktoś inny podjął temat. – Na pewno stracili całą elektrykę. Nie dziwnego, że w środku muszą używać świec i rac.
– I właśnie dlatego kiedyś to było lepiej. Ręczne dynama przynajmniej działały, nie to co ta cała technolodżia.
– Makaroniarze nie budowali kiedyś tak wielkich statków. Ani nikt inny.
– Wystarczył Titanic. Prawdziwy luksus, a nie żadna cholerna komercja.
– Chyba Olimpic, chciałeś powiedzieć.
– Nikt nigdy nie udowodnił podmianki.
– Ale świat się zmienia. Trzeba iść z duchem czasu.
– Ta, jasne. Dzisiaj tłuściochy potrzebują siłowni zamiast spacerów. Nawet drzwi muszą być otwierane silniczkiem. Zupełnie jak u Pixara.
– Panowie, spokój. Cały czas mam wrażenie, jakby ktoś nas śledził – dodał ktoś z boku. – Przypomina mi się RMS George.
– Myślałem, że tylko ja jestem taki stary, żeby oglądać takie rzeczy – westchnął dowódca oddziału, dotąd tylko przysłuchujący się całej rozmowie. – Jak już to chyba bardziej Antonia Graza.
– Tamten był cały pordzewiały.
– No tak. Pytanie tylko, gdzie się wszyscy podziali?
– Może odpuścili jak ten koleś? – skomentował któryś z członków oddziału, patrząc na wisielca po drugiej stronie galerii, który spokojnie dyndał na linie z ręczników.
– To chyba ktoś z załogi. – Dowódca nie miał żadnych wątpliwości, widząc mundur tamtego. – Nie gadać. Idziemy do schodów. Zostało nam jeszcze trochę do zwiedzenia.
Grupa trzecia
Okolice mostka statku wycieczkowego
– Stać! – krzyknął ktoś w korytarzu zza barykady ze stołów i krzeseł. – Zidentyfikować się!
– Jednostka ratownicza Odyseusz. Jesteśmy tutaj, żeby wam pomóc.
– Macie broń!
– Nie wiedzieliśmy, co możemy tu zastać. Czy pan jest kapitanem?
Odpowiedź nie nadeszła, za to po chwili zza mebli wyłonił się zmęczony, mocno zarośnięty mężczyzna w brudnym, pomiętym mundurze, który niedbale zasalutował:
– Niestety nie. Trzeci oficer, Herbert Pitman, do usług.
– Co tu się stało? – Pierwszy oficer z Odyseusza nakazał gestem swoim ludziom, żeby opuścili broń.
– To chyba oczywiste. Dobrze, że byliśmy trochę oddaleni. Szczęście w nieszczęściu, ale i tak przeżyliśmy prawdziwe piekło na ziemi.
– Możemy wejść na mostek?
– I tak macie przewagę. – Pitman wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno. – Czujcie się jak u siebie w domu. Czym chata bogata.
– Chcemy tylko pomóc.
– Wasza jednostka nie wydaje się zbyt duża.
– To tylko zwiad.
– Zapraszam. – Trzeci oficer odwrócił się i ruszył do ogromnego pomieszczenia, gdzie widać było liczne zniszczenia, a trzech marynarzy stanęło w szeregu, zupełnie jak do inspekcji.
Dowódca oddziału z Odyseusza pokazał swoim ludziom, żeby zabezpieczyli wszystkie wejścia, i zwrócił się do Pitmana:
– Proszę powiedzieć, co tu się stało.
– Na początku wysmażyło całą elektronikę – relacjonował Anglik. – I mocno nami rzucało. Trzysta osób od razu zmarło od obrażeń. Koszmarne były zwłaszcza przypadki spalenia się żywcem. A potem sytuacja się pogorszyła. Nie dało się wejść do wind, leczyć chorych i dostarczyć słodkiej wody. Wszystko zaczęło gnić i rozmrażać się. Nie było jak robić posiłków i mieliśmy ogromne problemy z higieną. Statek zamienił się w ciemny, śmierdzący labirynt, gdzie każdy walczył o przeżycie. Żyjący zaczęli zazdrościć umarłym. A trzeciego dnia pojawiły się samoloty. Nigdy takich nie widziałem. Zrzuciły kontenery z tabletkami i odleciały.
– Amerykańskie?
– Nie.
– To jakie?
– Nie mam pojęcia. – Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Ale musiał pan coś chyba zobaczyć.
– Nie widziałem żadnych sensownych oznaczeń.
– To znaczy?
– Wyglądały jakoś… nieludzko i nieproporcjonalnie. Miały wielkie kabiny i małe, powykrzywiane skrzydełka. Wiem, jak to zabrzmi, ale wydawało się, jakby zrobił je ktoś, kto był na bakier z jakimkolwiek poczuciem estetyki.
– Co z waszymi pasażerami?
– Większość leży w kajutach.
– Z jednej strony statku?
– Tak. Staraliśmy się umieszczać ich jak najdalej od San Francisco. Nie obyło się bez bójek i sprzeczek i walki z tymi, którzy wykupili droższe miejscówki.
– Co robi załoga?
– Były liczne przypadku linczu. Po kradzieżach i próbach dostania się do kuchni i szpitala wydaliśmy ludziom całą dostępną broń. Załoga wydziela teraz jedzenie i leki i ma rozkaz, żeby opornych aresztować i zakuwać w kajdanki.
– Co z Amerykanami?
– Nie widzieliśmy ich. To znaczy kilka razy na horyzoncie pojawiały się jakieś jednostki, ale żadna nie pofatygowała się, żeby nam pomóc.
– Wojskowe?
– Zdecydowanie tak.
Mostek Odyseusza
– Moralez, czy można wycofać się przez bramę?
– Nie. – Doświadczony marynarz doskonale wiedział, jakie będzie następne pytanie. – I jesteśmy w stanie przyjąć maksymalnie tysiąc osób.
– Najpierw kobiety i dzieci.
– Tak jest.
– Czy ktoś ma podejrzenie, co się stało? – Kapitan podniósł głos, kierując to do wszystkich, ale ponownie odezwał się drugi oficer:
– Bomba atomowa nad San Francisco. Nie zdziwiłbym się, gdyby to była operacja Nortwoods.
– Myśli pan?
– Ja nie myślę, ja tylko oceniam prawdopodobieństwo. I mam taki mały chytry plan, o ile pan się zgodzi.
– Zamieniam się w słuch.
– Chcemy wysłać z szefem w stronę miasta kilka dronów. Będą transmitować dopóki to tylko tylko możliwe.
– Obejrzymy sobie Independence na dnie zatoki. – Kapitan uśmiechnął się szeroko i zatarł ręce. – Albo Alcatraz. Z chęcią zwiedzę prysznice.
– Nie no, to chyba się nie uda.
– Ale wiecie, że nie wpuszczę ich z powrotem?
– To nie będzie konieczne. Odpisze pan z naszej działki. – Tym razem to drugi oficer wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Jesteście za bardzo pewni siebie. Kiedyś was to zgubi. Coś jeszcze?
– W sumie… sam nie wiem.
– Wyduś to wreszcie z siebie.
– Coś mi tu mocno nie pasuje. Wiedzieli, że są w strefie zagrożenia. Mieli szalupy i silnych mężczyzn. Bez sensu było tu tkwić. Ja bym uciekał nawet na pełne morze.
– Może stracili nadzieję?
– Nie wiem, ale coś jest mocno nie tak. Czegoś nam nie mówią. Trzeba uważać.
– Dziękuję za sugestię.
Grupa druga
Wonder, szpital na pokładzie siódmym
– Pan jest tu lekarzem?
– Niestety tak. – Mężczyzna w brudnym fartuchu zaczął kasłać i pluć krwią.
– Jak możemy wam pomóc?
– A jak pan myśli? Na początku przywozili do mnie tylko złamania i zwichnięcia, było też trochę szkła i przypadków ślepoty. Do końca życia zapamiętam różne przypadki, na przykład igły w gałce ocznej. Nie mogłem im wszystkim pomóc. A zaraz potem… potem zaczęły się wymioty i inne typowe objawy choroby popromiennej. Dzisiaj rano odszedł mój asystent, doktor Greene. Mark wpierw oślepł, potem długo się męczył, a na końcu umarł po cichu, sam, w zupełnej ciemności. Nie życzę nikomu tej śmierci.
– Bardzo mi przykro.
– Nikt nie zasłużył sobie na taki los. On miał dopiero trzydzieści lat. Ja też ledwo zipię. I was to czeka, jeżeli szybko się nie wyniesiecie.
Członkowie załogi Odyseusza spojrzeli po sobie, ale nic nie odpowiedzieli.
Grupa trzecia
Mostek Wonder
– Panie Pitman, ile macie ludzi na pokładzie? I jaka jest obecnie sytuacja?
– Mniej więcej pięć tysięcy trzysta dusz, z czego trzy siedemset samych mężczyzn.
– A obecna sytuacja?
– Przez kilka dni nie pojawiły się żadne większe gangi ani grupy przestępcze, natomiast nie mogę za nic ręczyć po waszym przybyciu. Nie mamy monitoringu. Nie wiemy, co się dzieje na wszystkich pokładach.
– Nie było gwałtów ani czegoś takiego?
– Na pewno nie wszystkie zostały zgłoszone.
– Czyli nie wiecie?
– Statek jest wielki, ale to i owo da się ukryć.
– Narkotyki? Broń? Kontrabanda?
Oficer tym razem wahał się z odpowiedzią, a Vasquez wiedział, że trafił w czuły punkt, nie miał jednak ochoty ciągnąć tematu i od razu zadał kolejne pytanie:
– Co z kapitanem?
– Francisco Schettino nikt nie widział od chwili wypadku.
– Zginął?
– Nie wiadomo.
Część II
Kilkanaście dni wcześniej
Pokład statku wycieczkowego Wonder of the Sea
Monika oczekiwała na ten rejs długie tygodnie. Kobieta w wieku dwudziestu ośmiu lat była świeżo po rozwodzie. Siedziała w barze meksykańskim i sączyła tequilę, gdy nagle poczuła na sobie czyjeś spojrzenie. Zupełnie nie miała ochoty na nowe znajomości, za to wszystko zmieniło się po złapaniu kontaktu wzrokowego z przystojnym, umięśnionym mężczyzną z kucykiem.
Był pełen młodości i nie odrywał od niej oczu. Nawet z tej odległości wydawał się być napakowany testosteronem. Uśmiechał się, siedząc po drugiej stronie baru, a jej z każdą chwilą wyłączały się hamulce i czerwone flagi. Wciąż łapali kontakt wzrokowy. Napięcie rosło, aż w końcu podniosła drinka i pokazała, że mężczyzna może się przysiąść. Nie czekał ani sekundy, tylko od razu wstał i podszedł.
– Diego. – Z bliska prezentował się jeszcze lepiej, a jego niski, chropowaty głos przyprawił ją całą o dreszcze.
Mężczyzna to wyczuł. Usiadł obok, a potem, z każdą chwilą miłej konwersacji, skracał do niej dystans. W końcu znaleźli się kilka centymetrów od siebie. Górą wzięły uczucia. Diego dotknął ustami jej ust i odpłynęła. Gwałtownie wstali i objęli się czule, zupełnie jakby znali się od wielu lat.
– To do mnie czy do ciebie? – Mężczyzna zadał stare jak świat pytanie.
***
Diego wyszedł od niej dopiero rano. Po raz pierwszy od wielu lat była całkowicie pewna, że spotkała prawdziwą miłość swojego życia. Przypominała sobie każdą minutę upojnej nocy i to, co z nią zrobił. Nie miał w tym żadnych zahamowań, w przeciwieństwie do jej byłego męża, Marka, nudnego finansisty z city. Rejs zapowiadał się naprawdę ciekawie.
Tego dnia zamówiła śniadanie do łóżka, a potem dała napiwek Ronaldo, który obsługiwał ten pokład. Latynos był zdziwiony, ale nic nie mówił, tylko uśmiechnął się od ucha do ucha, widząc ją w tak doskonałym humorze.
Zrozumiała, że jej myślenie nastraja energią wszystkich wokół. Postanowiła zrobić to, w czym nie znajdowała przyjemności od dłuższego czasu, i ruszyła na podbój wszystkich sklepów na pokładzie. Szukała małej czarnej i rajstop, które mogłyby podkreślić jej nogi. To był właściwy wstęp do przymiarek w sklepie z bielizną.
Od czasu do czasu zadawała sobie pytanie, dlaczego właściwie zdecydowała się pójść do łóżka z całkowicie obcym mężczyzną.
Czy był tak silny? A może opiekuńczy? Czy przypominał jej ojca? Albo dał jej oparcie, namiastkę bezpieczeństwa, którego potrzebowała po rozwodzie?
Kilka razy złapała się na tym, że odruchowo porównywała go ze wszystkimi, których mijała na statku.
***
Każdy dzień był teraz ciekawy i mocno zaskakujący. Diego wciąż pokazywał inną twarz i czasami dawał jej wygrzewać się na pokładzie widokowym, innym razem kochał się z nią namiętnie, za każdym razem inaczej, nie powtarzając się ani razu, ewentualnie stawał się wyniosły i zimny, aż usychała z tęsknoty.
– Co ty właściwie robisz? – zapytała któregoś wieczora, leżąc na jego piersi.
Nie odpowiedział, tylko sięgnął do szafki obok łóżka, i wyjął stamtąd czarny, matowy przedmiot. Pistolet wzbudził w niej bliżej nieokreślone uczucia. Zadrżała i wstrzymała oddech, a Diego tylko uśmiechnął się, przystawiając go do papierosa w ustach. – To tylko zapalniczka.
Gwałtownie wypuściła z płuc powietrze:
– Jesteś miłością mojego życia.
Nie odpowiedział, tylko przytulił ją do siebie i zaczął smyrać po plecach. To był wstęp do tego, co lubili najbardziej.
***
Siedziała sama na fotelu u kosmetyczki, a ta robiła jej manicure, gdy nagle zgasły wszystkie światła. Statek przechylił się i Monika w jednej chwili znalazła się na podłodze, boleśnie rozbijając sobie głowę. Wszystko się trzęsło. Kobieta odruchowo złapała się fotela i ściskała go, modląc się o koniec tego koszmaru. Trwało to kilka minut, a potem uspokoiło.
Zapadła cisza. Kobiety patrzyły sobie w oczy, leżąc i nie wiedząc, co zrobić dalej.
– Trzeba będzie założyć plaster. – Monika wstała i pokazała na czoło pracowniczki salonu, która wyraźnie była w szoku. – I trochę posprzątać. Zdezynfekuję, dobrze?
Filipinka skinęła głową, ale nic nie mówiła, zupełnie jakby miała zaraz się rozpłakać.
– Chodź.
Kobiety się przytuliły i trwały w uścisku, zupełnie jakby nie istniało nic oprócz nich. Z zewnątrz dobiegały jakieś krzyki, ale tu była ich bezpieczna przystań, strefa komfortu, której nikt i nic nie mogło teraz naruszyć.
I wtedy do salonu wparował Diego.
– Idziemy – warknął, ciągnąc Monikę za rękę.
– Ale… – próbowała stawiać opór.
– Nie ma żadnego ale.
Wybiegli na zewnątrz i od razu znaleźli się w zupełnie innej rzeczywistości. Wszędzie leżeli ludzie. Słuchać było krzyki i płacz, do tego liczne przekleństwa. W kilku miejscach lała się woda i coś iskrzyło. Na podłodze walały się różne przedmioty, a w powietrzu unosił się smród, którego kobieta nigdy przedtem nie czuła, ale instynktownie kojarzyła ze spalenizną.
– Będzie jeszcze gorzej. – Jej mężczyzna przepychał się przez szczątki i tłum, szarpiąc i pchając Monikę aż do schodów. – Szybciej. Nie mamy dużo czasu. – Zaczęli zbiegać i w końcu znaleźli się na jednym z korytarzy, gdzie panował półmrok, rozświetlany jedynie paskami fluorescencyjnymi. – Stój przy wejściu. I nic nie mów. Rozumiesz?
Coś w jego głosie spowodowało, że kobieta skinęła głową. Diego jeszcze raz się rozejrzał, a potem pchnął lekko drzwi do jednej z kajut. Te, normalnie otwierane kartą, stanęły otworem. Mężczyzna wszedł, tymczasem Magda tylko rzuciła okiem do środka i od razu przeżyła kolejny szok. Przy jednej ze ścian zamontowano słupek, a do niego przywiązano kobietę na szpilkach. Nieszczęsna nic nie widziała i nie mogła ruszyć się nawet na centymetr, i teraz próbowała się szarpać, czując czyjąś obecność. Diego przeszukiwał kabinę, zgarniając do plecaka pieniądze. Trwało to kilka minut, a potem mężczyzna znalazł się na zewnątrz.
– Ale tamta kobieta… – Magda zaczęła niepewnie, ale jej ukochany szarpnął ją za ramię i niemal zapluł, sącząc do ucha kolejne słowa:
– To. Jest. Okazja. Nic teraz nie działa. Zanim ktoś się zorientuje możemy być już daleko.
– Co wy tu robicie? – Przed nimi zatrzymał się starszy pan w mundurze, a Diego bez słowa ruszył na niego, wpychając go do kabiny.
Mężczyźni zaczęli się bić, tymczasem Monika stała na korytarzu, sparaliżowana strachem. Nagle dało się słyszeć odgłos tłuczonego szkła, a potem wszystko ucichło.
Kobieta odczekała kilka minut i w końcu zdecydowała się wejść do środka. Kabina wyglądała jak po przejściu huraganu. Diego leżał na podłodze. Nigdzie nie widać było jego oponenta, a zmumifikowana postać nadal stała przy słupie, ale się nie ruszała, podczas gdy z rany w jej boku powoli sączyła się krew.
Monika podeszła do swojego mężczyzny i pomogła mu wstać. Utykał i kilka razy syknął z bólu, w końcu jednak udało się im wyjść stamtąd.
– To. Był. Chyba. Kapitan. – Diego wypowiedział to z wyraźnym wysiłkiem, a jej zaczęło szybko ciemnieć przed oczami.
Osunęła się bezwładnie na podłogę.
***
Miała wrażenie, że ktoś ją dotyka i przewraca na bok.
– Nieeeeee – próbowała coś mówić, ale słowa nie chciały przejść przez spierzchnięte usta.
Cały czas trwała jakby w półśnie, od czasu do czasu wstrząsana drgawkami. Jej umysł rejestrował ból, pojawiający się w różnych częściach ciała. Wydawało się, że wokół gromadzą się demony, wydające z siebie niezrozumiałe dźwięki i robiące coś, co jest sprzeczne z jakąkolwiek logiką. Nie chciała tego, ale nie miała wyboru. Była zdana na ich łaskę i niełaskę.
***
Ból był bardzo realny. Ktoś przytrzymał ją w pozycji siedzącej przy ścianie, uderzał w policzki i potrząsał, cały czas coś krzycząc. Słowa dudniły jej w głowie, niestety nie do końca rozumiała ich sens. Ten ktoś nie poddawał się i dopiero po chwili zaczęło do niej docierać, że widzi kilku mężczyzn, którzy próbują dobudzić ją i Diego.
– Żyją. – Beznamiętnie stwierdził jeden z nich.
– Co się stało? – To było dla niej teraz najważniejsze.
– Byłaś nieprzytomna.
– Jak długo?
– Kilka godzin, jak wszyscy.
Gwałtownie trzeźwiała, próbując przetrawić usłyszaną wiadomość. Instynktownie czuła, że coś jej zrobiono. Wstała, czując zawroty głowy, i zaczęła się mimowolnie cofać, mając ścianę za plecami i cały czas na nich patrząc. Chciała im uciec i sprawdzić, czy nie ma żadnych śladów przemocy ani gwałtu, ale przytrzymali ją i próbowali uspokajać:
– Nic ci nie grozi. Jesteś wśród swoich.
– Ale trzeba skąd uciekać! Ratować się!
– Nie ma dostępu do szalup ratunkowych.
– To trzeba się zorganizować. – Do dyskusji dołączył Diego, a Monika złapała go za rękę i przytuliła:
– Nic ci nie jest?
– Nic głuptasku.
– Wy chyba nie jesteście tacy święci, he he. – Jeden z mężczyzn wskazał na otwarty plecak, który wciąż leżał na podłodze.
– Każdy orze jak może. – Diego wzruszył ramionami.
– Podobasz mi się. Organizujemy większą grupę, która zadba sama o siebie.
– No to mamy już na wpisowe. Co z tymi szalupami?
– Kręcą się tam ci z załogi. Wydają się być tak samo zdezorientowani jak my. I na razie boją zapuszczać się do środka statku.
– Wystarczy nam jedna.
– Potrzebne są jeszcze wiosła.
– A, no tak. Jasne. – Diego zachwiał się i niemal upadł. – Cholera.
Teraźniejszość
Nadal Wonder
Mały statek pasażerski wysunął się zza tankowca, a jego przybycie zostało zauważone przez Diego i jego kompanów właściwie przez przypadek.
– Musimy coś zrobić. – Mężczyźni przekazywali sobie lornetkę. – Najlepiej dogadajmy się z nimi.
– Zaatakujmy. Jest nas więcej.
– Pertraktujmy.
– Nie wiadomo, co to za jedni.
Przez ostatnie dni cała grupa próbowała kilka razy dostać się do szalup ratunkowych, te jednak były pilnowane. Ich akcje zaplanowane były w różnych porach dniach, niestety za każdym razem zawsze coś stało na przeszkodzie i nic z tego nie wychodziło.
Sytuacja ogólnie była coraz gorsza. Nastroje pogarszały z godziny na godzinę. Załoga coraz bardziej racjonowała suche jedzenie i wodę, praktycznie od razu zniknęły też przekąski ze wszystkich barów.
Ludzie z zewnątrz mieli broń, z kolei przewagą ludzi na pokładzie było to, że dokładnie poznali całą jednostkę. Diego i jego grupa widzieli, że cała załoga Wonder schowała się. Dotarło do nich, że są zdani tylko na siebie. Śledzili przybyszy praktycznie cały czas i w końcu zdecydowali, że koniecznie trzeba zaatakować dwójkę pilnującą drabinkę sznurową, prowadzącą wprost do motorówki.
– Idziemy z zaskoczenia. – Dowódca grupy popatrzył na swoich ludzi i podniósł rękę.
Wszyscy ścisnęli mocniej krzesełka i prowizoryczne łomy i noże i stanęli przy jednym z wejść czekając na znak, a potem wyskoczyli z krzykiem z nadbudówki, przebiegli kilkanaście kroków i rzucili się na marynarzy, próbując ich ogłuszyć albo przynajmniej stratować. Ludzie z Odyseusza byli tak zaskoczeni, że zdołali wystrzelić tylko jeden nabój z gazem. Wywiązała się walka wręcz, o tyle łatwa, że marynarze bronili nie tylko drabinki, ale przede wszystkim swych kombinezonów. Wszystko trwało tylko kilka minut. Atak udał się znakomicie i już po chwili cała grupa napastników zaczęła schodzić do niewielkiej motorówki, gdzie zebrała się z tyłu.
– Diego do steru, Marco i Franco odwiązać cumy, reszta trzymać się. – Dowódca pokazał ręką i wszyscy rozbiegli się po pokładzie.
– Ładna jednostka. Trochę jak łodzie przemytników – rzuciła Monika.
Ruszyli powoli, ale już po chwili jej kochanek przesunął manetkę gazu do oporu. Łódź skoczyła do przodu, ślizgając się całkiem zgrabnie po powierzchni wody.
Część III
Teraźniejszość
Odyseusz
– Kapitanie, ruch przy Wonder. – Drugi oficer podał Ramirezowi lornetkę. – Kilka osób próbuje uciec naszą motorówką.
– Poruczniku, nie mogą wejść na pokład. – Mężczyzna odezwał się do Polaka, a potem zwrócił do swoich ludzi. – Pierwszy, niech czwórka ich przechwyci. Zaaresztować.
– Rozkaz.
Od pokładu Odyseusza odbiła trzecia motorówka. Na jej pokładzie znajdowało się pięciu ludzi. Jednostka szybko zbliżała się do uciekinierów. Kilkaset metrów od nich wysłano kody dezaktywujące silnik.
– Macie się poddać! – Żołnierz zaczął nadawać przez megafon. – Bo użyjemy armatki wodnej!
– Potrzebujemy pomocy! Zostawcie nas!
– Oznaczyć do późniejszego zbadania. – Obrazy z przechwycenia były transmitowane na Odyseusza, gdzie Ramirez beznamiętnie wskazał jakiś element na ekranie, nie związany z całą akcją, a potem gwałtownie złapał za mikrofon, tknięty jakimś przeczuciem. – Dwójka i trójka meldować!
– Dwójka w porządku! – zatrzeszczało radio, i po chwili dało się słyszeć kilka odgłosów, zupełnie jakby ktoś naciskał przycisk nadawania, ale nic nie mówił.
– Pokażcie mi kamery. – Ramizer spojrzał na drugiego oficera, który zaczął wydawać komendy w systemie.
Na ekranach pojawił się nieruchomy obraz.
– Musieli ich zaskoczyć. – Kapitan nie miał wątpliwości i przekazał przez radio kolejne komendy. – Trójka, odezwij się! Dwójka, przedostańcie się do trójki! Pozwalam otworzyć ogień!
– Rozkaz!
– Czy myśli pan… – zaczął drugi oficer, ale Ramirez mu przerwał:
– Są tu od kilku dni. Nie mają nic do stracenia. Walczą o życie i wiedzą, że jedyny sposób, żeby nas skłonić do pertraktacji, jest granie zakładnikami. Nasi ludzie nadają się do tej roli idealnie.
Na ekranach na mostku widać było teraz obrazy z kamer przemieszczającego się szybko oddziału. Transmisja co jakiś czas się rwała, a ludzie na Odyseuszu zamarli za każdym razem, gdy widać było coś nietypowego. Napięcie rosło z każdą sekundą.
– Tu dwójka! Zbliżamy się do ostatniej pozycji trójki! – Nagle dały się słyszeć strzały. – Wstrzymać ogień! Wstrzymać ogień! Kapitanie, mamy jednego zabitego i trzech rannych!
– Czasami nie znoszę mieć racji. – Kapitan znów złapał za mikrofon. – Dwójka i trójka, ewakuacja. Zabierzcie listę pasażerów i kogoś z załogi. Zostawcie im łączność na miejscu.
– Pytanie, czy jest tam ktoś znany. – Drugi oficer zaczął się głośno zastanawiać. – Tacy ludzie pewnie zrobią wszystko, żeby się z nami zabrać. Zastraszą obecnych na pokładzie albo mogą chcieć podszywać się pod innych.
– Dlatego musimy mieć listę pasażerów. – Ramirez dokończył za niego. – O ile istnieje w wersji papierowej.
– Może by ich wyciągnąć na głębsze wody.
– Nie mamy takiej mocy silników.
– Pytałem się Stevensa. Problem jest w ilości paliwa, ale to da się wziąć z Wonder albo tankowca.
– Widzę, że znowu spiskujecie ze Scottym.
– Takie tam małe obliczenia na boku. Gdyby użyć połączonej mocy rakiet i silników, to może by się udało.
– Oni mają dwieście trzydzieści tysięcy ton, a my dwadzieścia. Do tego nie wiadomo, czy ich paliwo jest jeszcze zdatne.
– Tym bardziej będzie zabawnie. – Drugi oficer wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Nie lepiej naprawić silniki Wonder?
– To nie są takie jednostki jak kiedyś. Nie ma tego jak kontrolować. Mechanika może jakoś ruszy, ale na szybko nie zastąpimy całego systemu. Holowanie to jedyna opcja.
– Za duże ryzyko. Lepiej załadować ile się da i dać całą naprzód.
– O ile będzie można uciec.
– Tak. Przekazać na Wonder, żeby zaczęli ściągać na zewnątrz najbardziej potrzebujących. Mają przygotować prowizoryczny trap. Chorych, których da się leczyć, trzeba umieścić w naszym szpitalu. Resztę rozlokować wszędzie, gdzie się tylko da, nawet na pokładzie czy bocianim gnieździe. Cały czas trzymać warty na każdym pokładzie. Nie chcę, żeby komuś odbiła szajba.
– Rozkaz.
– Panie Moralez, może się pan teraz wykazać i wysłać swoje drony. Większość w stronę miasta i okolic proszę, dwa w stronę obiektu, który wypatrzyliśmy.
– Tak jest.
Godzinę później
Nadal mostek Odyseusza
– Promieniowanie w normie.
– To nie wróży dobrze na przyszłość.
– Prawdopodobnie próbowali uciec.
Członkowie załogi na mostku Odyseusza patrzyli z fascynacją i przerażeniem na obraz z drona przelatującego nad Gerardem Fordem, największym amerykańskim lotniskowcem, leżącym na mieliźnie na boku z dziurą od góry, ze strony pokładu startowego.
– Dobra wiadomość, że obcy nie mają takich maszyn jak w „Battleship” i nie pocięli go na połówki. Ciekawe, czy to się stało po San Francisco czy przed? I czy ludzie powstrzymali obcych czy tylko ich rozjuszyli?
– Ja bym obstawiał to drugie.
– Nigdzie nie widać rakiet ani armii. Amerykanie na pewno by dalej walczyli.
– Ale wycofali się, bo tamci mieli przewagę czy dlatego, żeby się przegrupować?
– Właśnie tego się najbardziej boję. Skoro kowboje sobie nie poradzili, to ludzie mogą mieć przechlapane.
– Jest jeszcze trzecia możliwość – rzucił milczący dotąd porucznik Terlecki. – Być może przyłączyli się do najeźdźców, a dowódca Forda tego nie poparł. To mógł być bratobójczy ogień.
Na mostku zapadła głucha cisza.
Wieczorem
Kabina kapitana
– Panie Moralez, jak wygląda sytuacja?
– Siedemset osób na pokładzie. Nie mają wrogich zamiarów. Na Wonder było kilka nieprzyjemnych sytuacji, ale udało się je od razu opanować. Tamci mężczyźni raczej podeszli ze zrozumieniem do całej sprawy.
– To może być cisza przed burzą.
– Tak.
– Zastanawiam się, czy nie miałoby sensu wysadzenie ich w bezpiecznym miejscu i powrót tutaj.
– Możemy nie zdążyć, skipper.
– Teraz to pan jest pesymistą.
– Bo to wszystko wydaje się być bez żadnej logiki. Skoro promieniowanie było takie silne, to dlaczego nie umarli od razu? I skąd taki spadek po kilku dniach?
– Może obcy maczali w tym palce? Albo te leki tak działają?
– Na pewno muszą je zbadać nasi specjaliści. Jak wygląda sprawa z dronami nad San Francisco?
Oficer tym razem nie odpowiedział, tylko pokazał na ekran laptopa, na którym widać było zamazane zdjęcia.
– Próbowaliśmy obróbki cyfrowej. Promieniowanie rośnie dosyć szybko, możliwe, że wykładniczo. Bomba musiała być zrzucona nad samą zatoką i dlatego wywołała ogromne fale.
– Ciągle nie mogę uwierzyć, że Amerykanie to zrobili.
– Może nie mieli wyjścia? I miasto zostało ewakuowane, a oni chcieli wykurzyć obcych?
– Nie. Na pewno poczekaliby, aż odpłyną wszystkie statki.
– No to jest jedna czy dwie możliwości. To obcy zdetonowali naszą broń, chcąc wywołać jak największe zniszczenia. Albo władzę próbował przejąć jakiś odłam separatystów.
– I to ma sens.
– Tu nic nie ma sensu, kapitanie. Ludzie chorują, ale pozostają w strefie zagrożenia. I biorą jeszcze jakieś pigułki. Może to jest poligon doświadczalny?
– Dlatego musimy przekazać informacje do Europy.
– A może wcześniej mały zwiad na Fordzie? Okręty wojskowe są ekranowane. Pewnie przetrwały tam jakieś dane.
– Wątpię. Komputery na pewno wyczyszczono albo zabezpieczono. I nie wiemy, czy nie znajdziemy tam jakichś pułapek.
– Mamy szansę zobaczyć najnowszą i najlepszą technologię Amerykanów.
– Mogę się zgodzić na wysłanie jednego oddziału. Zostanie na Fordzie, a my go odbierzemy następnym razem.
– Zakłada pan, że przypłyniemy tu jeszcze?
– Nie mam żadnych wątpliwości.
Północ
Szpital na Odyseuszu
– Cofnąć się! – Jeden z sanitariuszy spojrzał na kobiety, w jednej sekundzie wstające z łóżek
Żadna z nich nie zareagowała. Wszystkie były jak w jakimś transie i zachowywały się jakby się umówiły albo pozostawały pod wpływem większej świadomości. Część z nich sięgnęła po krzesła, a kilka zaczęło uderzać głowami o szklane szafki z lekami, skąd po chwili wyjęły spirytus. W szpitalu pojawił się ogień i włączył automatyczny system gaśniczy i syreny. Pomieszczenie zaczęło zasnuwać się dymem.
Mostek
– Co się dzieje, do jasnej cholery? – Ramizer pojawił się na swoim stanowisku w kilka minut, podczas gdy na całym statku słychać było odgłosy strzałów.
– To nasi pasażerowie! Jest ich za dużo! – Pierwszy oficer patrzył z przerażeniem na monitory, gdzie widać było kłębiących się, walczących ludzi. – Zamknąłem grodzie.
– Kapitanie! – Drugi oficer pokazał na zewnątrz, na Wonder, skąd odbijały dziesiątki prowizorycznych tratw.
– Pół naprzód. Boże, miej nas w swojej opiece. – Kapitan Ramirez przeżegnał się.
– Jest pół naprzód.
– Jak odczyty z maszynowni?
– Wszystko na zielonym.
– Dajcie trzy czwarte.
– Jest trzy czwarte.
– Kapitanie, brama na wprost przed nami! – Pierwszy oficer pokazał na znaną konstrukcję, której nie mogli wyminąć, podobnie jak ostatnim razem.
– Nie zmieniać prędkości.
Procedura przejścia wygląda praktycznie tak samo jak poprzednio.
– Meldować!
– Jesteśmy trzy mile od portu w Hamburgu!
– Wysłać sygnał o kwarantannie! Pilnie potrzebna pomoc wojska i straż pożarna!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania