Mnogostki

syndrom masy upadłościowej: leży przeziębiedak

poskładany gorączką w czternaścioro albo i lepiej

i pragnie zasłużyć na najwyższy wymiar nagrody:

dotyk na parującej powierzchni.

 

poparz się o promieniującą skórę

a stanę się państwem opiekuńczym o często niepewnych

granicach (tu się wylewa, tam przerasta,

tutaj zaś – trzeba dobić gwoździkiem,

by całkiem się nie urwało),

którego czasami to ty będziesz musiała

strzec (słodki obowiązek).

 

będę jak ten dobrze znany szelest za oknem

(to tylko kiciul-obrońca jak co noc

chroni nas przed wilkołakami, odgania zjawidła,

czy też czarnoskrzydłe nieloty podskakują, by z

uporem maniaka roztrzaskiwać się o szyby?)

 

albo niczym mój niedawny, jakże "udany"

żart o zakonnicy, która to,

krótko po zrobieniu sobie depilacji intymnej

skończyła pijana w burdelu, bo razem z kłaczkami

usunęła z siebie Ducha Świętego,

 

lub też budynek w kształcie lamerstwa, co wyrasta

z permanentnej niedojrzałości (trudne do wyobrażenia),

którego ściany są pomazane świecówkami

(niedźwiedzie strzelający z blasterów do latającego spodka

– to najpoważniejsze, co tam widnieje).

 

wejdź w tę chorobę.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania