Mój sen

Osiemset pięćdziesiąt trzy dni, tyle trwała dla mnie ta wojna. Tyle dni zajęło mi umieranie. Nie zostało mi wiele słów, ale nie wiem jak powiedzieć, jak opowiedzieć o tym wszystkim. Dlatego dużo myślę, nie chcę stracić ani jednego. Najpiękniejsze chyba były wschody słońca, nigdy nie lubiłem wcześnie wstawać. Przed wojną, widziałem niewiele wschodów. Na froncie naliczyłem ich trzysta osiemdziesiąt cztery. Nie wiem dlaczego, ale o wschodzie zawsze panowała cisza. Nie grzmiały armaty, nie spadały pociski, nie latały drony, tak jakby wojny nie było. Nocami nie potrafiłem spać, ale o wschodzie, przychodził spokój. Myślałem wtedy o domu, o powrocie i o tym co zrobię gdy to już się skończy.

Zdążyłem się tobie oświadczyć tydzień przed mobilizacją. Wiele razy marzyłem o naszym ślubie. Opowiadałem chłopakom o wymarzonym weselu. Nie mogłem się doczekać, aż zobaczę ciebie w białej sukni. Przysięgę złożylibyśmy sobie w parku, pod starym dębem, tam gdzie się poznaliśmy. Pamiętasz? Pewnie, że pamiętasz, masz lepszą pamięć niż ja. Z resztą, tutaj jest z nią gorzej, mieszają mi się dni.

Jednak czas nie mijał mi tu tylko na marzeniach i myślach o tobie. Zdarzały się ponure chwile, było ich całkiem sporo. Często się bałem, szczególnie gdy ruszaliśmy do szturmu. Serce biło mi jak szalone, gdy przedzieraliśmy się przez las w kierunku pozycji wroga. Chyba miałem szczęście, nigdy nie szedłem na szpicy, zawsze w środku oddziału. Nie wiem dlaczego, tak po prostu było. Pamiętam szturm, w połowie czerwca, na szpicy szedł Andrzej. Pisałem o nim wiele razy, to on podtrzymywał morale. Zawsze troszczył się o innych, sporo żartował. Ciągle mówił o swoim synu, Antosiu, każdemu pokazywał jego zdjęcie. Tamtego dnia jako pierwszy wszedł do okopu, na początku nie było źle, już prawie oczyszczyliśmy pozycję, miało być bez strat, to była chwila. Zza ostatniego rogu, nagle wychylił się przeciwnik, Andrzej dostał całą serię, padł. Nie przeżył.

Prawie bym zapomniał, wiesz jak jest z moją pamięcią. Chciałem tobie opowiedzieć mój osiemset pięćdziesiąty trzeci dzień. Nie spałem całą noc. Tego dnia czekał nas szturm, ale nie o wschodzie, wschody jak już pisałem, są spokojne. Stałem w okopie, patrzyłem na linię lasu naprzeciwko i piłem kawę. Była paskudna, ale jednocześnie żadna inna jeszcze mi tak nie smakowała. Chłopaki leniwo krzątali się, niektórzy sprawdzali sprzęt, a inni przygotowywali śniadanie. Nie było żartów, nie było Andrzeja, który by mógł je opowiedzieć. Około dziewiątej ruszyliśmy, tym razem to ja szedłem pierwszy. Bałem się jak cholera, nawet bardziej niż w dniu oświadczyn. Podejście do okopu wroga obyło się bez komplikacji. Zeskoczyłem jako pierwszy, wszystko szło bardzo dobrze, oszczędzę tobie czytania szczegółów. Doszedłem do rozgałęzienia, zawahałem się. Nie wiedziałem czy skręcić w lewo czy iść prosto. Spojrzałem na chwilę w prawo, wtedy kątem oka zobaczyłem sylwetkę wyłaniającą się z lewej strony. Otrzymałem serię i od razu upadłem. Chyba przez sekundę widziałem niebo, chyba było niebieskie.

Przepraszam, naprawdę nie chciałem ciebie zostawiać. To była tylko chwila. Naprawdę chciałbym, byś mi wybaczyła, że zginąłem osiemset pięćdziesiątego trzeciego dnia.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania