Moja-Twoja Skóra

1.

"Teraz" pomyślała Gretchen, zaczerpnęła głęboko tchu i pełna obaw nacisnęła klamkę.

"Zdecydowane wejście, pamiętaj" - drzwi bezgłośnie otworzyły się szeroko. Gretchen, rozdrgana w uśmiechach, wkroczyła do pokoju, całym swoim jestestwem rozpaczliwie usiłując udowodnić, jak bardzo pewną i profesjonalną artystką jest.

Szczupły mężczyzna o śniadej karnacji i włosach o wszystkich kolorach tęczy obrzucił ją nic nie mówiącym, zamyślonym wzrokiem. Nawet nie wstał zza pokrytego wieloma posążkami i statuetkami biurka. Jedna z czterech kobiet, dotychczas rozmawiających pod oknem otwartym na panoramę miasta, ciężko dźwignęła się z kanapy i podeszła do Gretchen, nie ukrywając jak bardzo jest znudzona.

- Witam! - Gretchen rozpromieniła się w najszczerszym i najbardziej olśniewającym uśmiechu, jaki udało jej się wydobyć ze ściśniętych złymi przeczuciami cielesnych głębin. - Nazywam się Gretchen Keffermüller i jestem artystką-rzeźbiarką. Pomimo brutalizmu patriarchatu, którego wpływy wciąż dostrzegamy w naszym świecie, udało mi się wykształcić i osiągnąć pewne sukcesy. Zdobyłam szereg nagród w ogólnokrajowym konkursie na-

- To nie ma znaczenia - przerwała jej kobieta. Gretchen znała ją: była to słynna afrykańska odlewniczka gipsowa Butylu Wobonga. Butylu przeżyła najrozmaitsze traumy w dzieciństwie, uciekając razem ze swoją rodziną z terenów objętych wojną. Spotkało ją wiele rasistowskich uprzedzeń, zanim zdołała dostać się na studia i zdobyć popularność.

Teraz dyktowała trendy i pomagała przebić się młodym artystom z dyskryminowanych mniejszości.

- Nie ma znaczenia? - powtórzyła Gretchen, nie potrafiąc oderwać wzroku od kamiennej, czarnej twarzy, ozdobionej ruchomym makijażem. Myślała jednocześnie: "Nie wierzę w to wszystko co piszą o tobie media. Od sześćdziesięciu lat wszystkie uniwersytety mają obowiązek przyjmować siedemdziesiąt pięć procent osób o kolorze skóry nie-białym. Skąd ten rasizm i uprzedzenia? Myślę, że na tym się wypromowałaś. Na oskarżeniach. To jest już nudne, stara prukwo".

- Najmniejszego. Ma pani modele swoich prac, zdjęcia? Tak? To też nie ma większego znaczenia. Widziałam ankietę, którą pani uzupełniła. Niestety nie mogę zaliczyć pani go grupy A.

- Odpowiadałam zgodnie z prawdą - powiedziała cicho Gretchen. Ogarnęło ją zniechęcenie.

- Nie wątpię. Wciąż jednak pani cechy osobiste, pochodzenie i orientacja seksualna nie umożliwia pani przejścia do grupy A. Są ludzie, którzy bardziej potrzebują tych stanowisk i rozwoju.

- A moja płeć? - zapytała Gretchen. - Nawet to mi nie pomoże?

- Nie w zawodzie artysty - Butylu ucięła krótko. Poprawiła gęste, kędzierzawe włosy i uśmiechnęła się przelotnie. - Nie rozumiem, jak pani w ogóle uwierzyła, że ma szansę.

- Ja też tego nie rozumiem - warknęła Gretchen. Wypchana torba ciążyła jej na ramieniu. Zawód był tak silny, że chciało jej się płakać z bezradności.

- To przez Annę - wskazała kiwnięciem głowy smutnego mężczyznę za biurkiem. - Zobaczyła jakieś pani makiety i bez mojej wiedzy zorganizowała to spotkanie. Na szczęście udało mi się zapobiec powiększeniu społecznej niesprawiedliwości. Do widzenia.

*

Z trudem docierało do jego świadomości, że minęło osiem godzin, odkąd zwlekł się z łóżka i przeniósł na kanapę przed telewizor. Te same programy donosiły o tragicznych przypadkach łamania praw człowieka w odległych krajach, które gówno obchodziły samych dziennikarzy i aktywistów, a co dopiero jego samego. Te same programy udowadniały, jak szybko świat zmierza w stronę zagłady i jak bardzo przyczynili się do tego polityczni poprzednicy współczesnych władz.

Nie potrafił się przemieścić nawet pod prysznic, sedes i lodówka stanowiła jedyne realne cele. Gretchen obrzuciła go pełnym współczucia i irytacji wzrokiem, odgrzała wczorajszy obiad i wyszła na rozmowę o pracę.

Mdliło go, odkąd się obudził. Wypielęgnowana twarz prezenterki Abraim, pokryta kolczykami i tatuażami wydawała mu się brunatną maską, drgającą konwulsyjnie, jakby od wewnątrz rozsadzały ją miliony wygłodniałych mrówek.

Szósty tydzień. Czterdziesty drugi dzień na kanapie wita.

Hans nie wiedział, co zrobił źle. Od ośmiu lat pracował jako mechanik samochodowy i nikomu to nie przeszkadzało. W telewizji cały czas zapowiadano walkę z uciskiem mniejszości i uprzywilejowanymi przedstawicielami grup B i C. Nigdy nie zwracał na to większej uwagi.

Aha. Do czasu.

Teraz biedy Peter został zastąpiony pewną siebie Feminę de la Cruz. Biedy Peter dostał rentę w wysokości czterdziestu tysięcy euro. Niezwykłe, że jeszcze osiem lat temu to byłoby około osiemset pięćdziesięciu euro. "Inflacja?" zapytał siebie Hans. "Ha, na pewno ci na górze wiedzą co robią! Inflacja, dobre sobie! To dobre dla kapitalizmu!".

Biedny Peter. Biedna Gretchen. Ona też nie ma lekko. Taka biała, słodka jak dziecko. Artystka, jak to ładnie brzmi. Lepi coś sobie z gliny, stuka młotkiem o kawałki kamieni czy drewna i zlepia toto do kupy, i nawet spoko wygląda. Hans rzucił wzrokiem po odrapanych półkach salonu wypełnionych dziełami żony i poczuł ciepło w sercu.

Od kiedy zaczęto tak wszystko kontrolować? Hans nie mógł sobie przypomnieć. Wydawało mu się, że zawsze. Ale państwowe stanowiska dla artystów wprowadzono dopiero pół roku temu.

"I od tego czasu nie potrafimy już sobie poradzić" uświadomił sobie. Tak to jest, kiedy się źle urodzi.

Trzasnęły drzwi frontowe i na progu salonu pojawiła się płacząca Gretchen. Rzuciła torbę na zakurzoną podłogę, coś chrupnęło głośno.

- Nie udało się? - zapytał Hans, wstając ciężko i przytrzymując się za bolącą kość lędźwiową.

- A jak myślisz?! - Gretchen ocierała oczy i policzki rękawem spranego żakietu. - Wiesz, co mi powiedzieli?

- Nie - a jednak wiedział.

- Że są ludzie, którzy bardziej potrzebują tego stanowiska! Ankieta wystarczyła, aby mnie określić i zdefiniować! Ankieta wystarczyła tej starej, grubej-

- Ciiicho - przestraszył się Hans i przycisnął do siebie sfrustrowaną żonę. - Nie mów tak. Nie mów tego głośno. Nie myślisz tak wcale.

- Tak czyli jak? - burknęła Gretchen, odpychając go.

- Wiesz dobrze j a k.

*

Wieczór upływał zwyczajnie, tak samo jak wiele poprzednich. Hans wpatrywał się w telewizor, kiwał się lekko i mamrotał coś pod nosem z irytacją, ale gdy prosiła go, by powtórzył, kwitował: "nieważne, nie mówiłem do ciebie". Gdyby było ich stać na luksusowe towary, kupiłaby piwo albo wino. "Chardonnay" rozmarzyła się.

Teraz pili tylko wodę. Przepisowe cztery litry dziennie, ponieważ naukowcy orzekli, że tak jest zdrowo. Gretchen nawet nie próbowała z tym polemizować, przecież nie znała się na medycynie.

Nie odsłonili okien przez cały dzień, może sąsiedzi nie doniosą. Pokój śmierdział farbami, mokrą gliną i innymi zapachami charakterystycznymi dla pracowni kogoś, kto rzeźbi i lepi we wszystkim, w czym się da.

Gretchen naciągnęła na siebie koc wyszywany w liście marihuany.

- W kółko gadają o tym konflikcie w Iranie - powiedziała, byle przerwać ciszę.

- Łamią tam prawa człowieka - odparł flegmatycznie Hans, starannie wypluwając z siebie słowa. Jego oczy były zaczerwienione i szkliste.

- Czyli co? - wyrwało się jej, chociaż taka odpowiedź powinna wystarczyć.

Mąż nawet na nią nie spojrzał.

- Po prostu: prawa człowieka - na jego ustach pojawił się lekki, sarkastyczny uśmieszek, który natychmiast znikł, gdy go zauważyła.

Zadzwonił smartfon. Gretchen ku swojej konsternacji poczuła przestrach. Z niespokojnego wzroku Hansa rzuconego na urządzenia zrozumiała, że on pomyślał o tym samym.

- Spokojnie - wydusiła przez ściśnięte gardło i odebrała. Niemądrze byłoby zwlekać, jeżeli to oni.

Całe szczęście dzwoniła jedynie Elke. Jej ochrypły, podniesiony głos zabrzmiał jak grzmot pod starym, fiołkowym sufitem.

- No, no! - zganiła. Żarówki zamrugały. - Ile mam czekać? Gretchen, jesteś?

- Jestem, jestem - pospieszyła z odpowiedzią. - Elke, proszę, nie krzycz tak. Wiesz, że my nie możemy wyłączyć trybu głośnomówiącego.

- Aaa... - Elke urwała. - Ustawa o urządzeniach dzwoniących w mieszkaniach i bliźniakach?

- Między innymi - Gretchen podciągnęła kolana pod siebie. - Coś się stało?

- Owszem - Elke zniżyła głos i brzmiała, jakby się zastanawiała. - Mam dla ciebie jedyne, możliwe rozwiązanie na twoje problemy. Nie dziękuj mi. Sama widzę zmianę. Znajdziesz pracę, mówię ci.

- Sekundę, o czym ty- zaczęła Gretchen ze zdenerwowaniem, ale Hans jej przerwał.

- Elke, dla kogo pracujesz? - zapytał, uśmiechając się drwiąco. - Co za niezwykły produkt chcesz nam wcisnąć?

- No nie, Hans tu siedzi! - Elke nastroszyła piórka. - Stary, mógłbyś się chociaż przywitać. Ja nie rozumiem, jak Gretchen mogła cię poślubić.

Gretchen ścierpła skóra na karku.

- Mówiła, że mnie kocha - stwierdził enigmatycznie Hans.

- Miłość! - prychnęła Elke. - Wiesz, czym jest miłość?

- Domyślam się - przyznał Hans. - Konstruktem społecznym.

- No, prawie. Koniec tej rozmowy, Hans. Nie do ciebie dzwoniłam, tylko do Gretchen, więc nie przeszkadzaj.

- Dobrze, lesbo - Hans wstał z kanapy i długimi krokami podążył w stronę drzwi.

- To miała być obelga?! - zatrzęsła się Elke.

- Tylko stwierdzenie faktu. Nie myślałem, że to cię obraża. Do widzenia, Elke - wyszedł z pokoju i tupiąc jak słoń, prawdopodobnie udał się do łazienki.

- Proszę cię, Elke, nie zwracaj na niego uwagi - Gretchen serce biło bardzo szybko. Dlaczego Elke musi wyprowadzać Hansa z równowagi i prowokować go do mówienia na głos czego wcale nie myśli! Przecież użył tego negatywnie nacechowanego słowa! Na pewno zostanie to uwzględnione. - Hans bardzo źle sobie radzi z brakiem pracy. Ma depresję i na wszystko sarka. Nie bierz go na poważnie, proszę.

- W porządku - głos Elke był nieco oziębły. - Powinien tylko trochę bardziej uważać, dla swojego własnego dobra.

- Och, nie mów tak - Gretchen poczuła ukłucie w sercu.

- To szczera prawda. Powiem ci jedno - jutro o godzinie, o której się poznałyśmy ze średnim opóźnieniem pociągu w Düsseldorf, w miejscu, gdzie podają najlepsze owoce morza plus czterdzieści kroków na północ i trzecia przecznica w prawo.

- Ojej, Elke, co ty mówisz? - spłoszyła się Gretchen. "Co ona próbuje ukryć?" pomyślała z mdlącym niepokojem.

- Rozumiesz, czy mam powtórzyć? - pospieszyła ją Elke.

- Rozumiem - odparła słabo. "Ósma rano, około trzydzieści metrów i trzy przecznice od "Zachodzącej Krewetki"".

- Nno! - w głosie Elke brzmiało niedowierzanie. - Myślę, że ci się spodoba. Weź ze sobą trochę pieniędzy. Albo nie, kartę kredytową. Lepiej nie ryzykować.

- Powiedz mi coś więcej - nalegała Gretchen, modląc się, żeby Hans wszedł do salonu i zrobił coś, aby nie musiała niczego obiecywać. Choćby nawrzeszczał i rzucił telefonem o ścianę.

- Jutro. Nie spóźnij się. Pa. Pozdrów mizogina – Elke rozłączyła się gwałtownie.

Gretchen zdała sobie sprawę, że ma całe dłonie i twarz mokre od potu. Bała się jak dziecko, które wie, że w każdej chwili może zostać przyłapane na gorącym uczynku, a jednocześnie ogarnęła ją szaleńcza ekscytacja.

Hans głośno spuścił wodę w kiblu, rury zagwizdały rozdzierająco.

 

2.

- Wybacz, że trochę się spóźniłam - za plecami Gretchen rozległ się głośny, roześmiany głos Elke. - Ale jak zwykle korki!

- Kiedy się sprowadzi wszystkie drogi do jednopasmówek, tak to już jest... - Gretchen odstawiła filiżankę i odwróciła się, wyciągając rękę na powitanie.

Osłupiała.

- Ho-ho, zaskoczona? - Elke rozłożyła szeroko ramiona i zakręciła się na czubkach palców wokół własnej osi.

- Coś ty... narobiła? To żart? - wydusiła Gretchen, bezwiednie wstając z krzesła.

Elke była blondynką o długich pofalowanych lokach, paru kilogramach w pasie za dużo i jasnej cerze pocętkowanej gdzieniegdzie rudymi piegami. Dotychczas tak wyglądała.

Gdzie podziała się Elke o błękitnych oczach? Ta kobieta o psotliwym uśmiechu miała policzki czarne jak węgiel, oczy niczym kasztany i włosy skręcone w drobne sprężynki. Nadwaga nie zniknęła, za to piegi wyparowały. Pojawiła się czerwona szminka i złocista, naturalnie barwiona suknia, w pasie związana kilkoma sznurami kościanych paciorków.

- To makijaż? - zapytała Gretchen, wyciągając niepewnie rękę i lękliwie dotykając ciemnego, krągłego ramienia kobiety. Potarła je palcami; opuszki miała czyste.

- Skądże - Elke rozejrzała się dookoła konfidencjonalnie. Była w pysznym humorze. - To kuracja, można tak powiedzieć. Ewentualnie: odwracalny zabieg medyczny.

- Ale po co to zrobiłaś? - naciskała Gretchen, chociaż znała odpowiedź. - Jak to działa? I po co mnie tu wezwałaś?

- To proste, tylko wszystko po kolei - Elke usiadła z sapnięciem naprzeciwko i splotła czarne dłonie o lakierowanych na niebiesko paznokciach. - Wszyscy tracą pracę ostatnio i to mnie nie ominęło, jak sama wiesz. Teraz zmieniłam kolor skóry i parę dokumentów, i chociaż nie jest to do końca zgodne z prawem, to jednak działa. Dzisiaj pracuję w Kee-bom jako kierownik działu reklamy - skłoniła się szczątkowym gestem nad stolikiem.

- Gratulacje - Gretchen wciąż nie potrafiła otrząsnąć się z zaskoczenia. - Jaki to ma związek ze mną?

- Zaraz - Elke zapaliła skręta. Papierosy od szesnastu lat były dostępne tylko na czarnym rynku, a za palenie wlepiano twardy wyrok. - Muszę ci powiedzieć jedno: nie dowiesz się nigdy, jak wiele osób korzysta z usług firmy Moja-Twoja Skóra. Dotychczas była to bardzo nielegalna zabawa dla bogatych. Mówię ci, nigdy nie odgadniesz, jak wiele sławnych osób było kiedyś białe lub facetami.

- Butylu Wobonga - szepnęła Gretchen, nie mogąc powstrzymać złośliwego uśmieszku.

- Co? Nieważne - ciemnoskóra Elke potarła szerokie nozdrza, ozdobione kilkoma złotymi ozdobami. - Najważniejsze jest to, że zabieg jest całkowicie bezpieczny i w każdej chwili można go odwrócić. Koszta są różne. Ponadto: tyle wpływowych i ważnych osób z niego skorzystało, że nie musisz obawiać się problemów z prawem.

- Skoro to takie popularne, na ci ta cała maskarada, slang i kluczenie po mieście? - zirytowała się Gretchen.

- Nigdy nie wiesz, kiedy zmieni się polityka - Elke wzruszyła ramionami. - I wtedy każde nagranie świadczy na twoją niekorzyść. Balansujemy pomiędzy tym, co jest teraz, a tym co będzie jutro. Decyzja należy do ciebie.

- Mam zmienić kolor skóry? - sprecyzowała Gretchen. Odgarnęła krótkie, czarne włosy za uszy i czując cichy spokój, splotła ręce na piersi.

- I wszystko, co za tym idzie - odparła poważnie Elke. - Moja-Twoja Skóra ofiarowuje jeszcze zmiany płci, jak już wspominałam. Chwilowe. Wtedy zmiany są większe, sięgają do wnętrza ciała.

- Jak to w ogóle możliwe? - Gretchen uniosła wysoko brwi.

- Nie wiem - Elke nie opuszczał szampański humor. - Nie znam się na medycynie. Człowiek nie może być ekspertem od wszystkiego, należy wierzyć autorytetom!

*

Gretchen sama nie wiedziała, kiedy zerwały się od stolika, wsiadły do taksówki i zajechały w jakieś miejsce, które ledwie kojarzyła. Potem Elke ze swadą starego spiskowca pociągnęła ją przez różne podwórka, ulice i uliczki, aż po godzinie, zmęczone i spocone dobiły do celu.

Zwykła kamienica z betonu i szarego łupku, w prywatnej, dosyć zadbanej dzielnicy. Bezosobowy strażnik rozpoznał Elke i wpuścił je od razu, obyło się na szczęście bez haseł i tajemniczych gestów, czego Gretchen podświadomie oczekiwała. Potem nastąpiło rewidowane i przepytywane przez różnych poważnych ludzi, skanowanie rąk, twarzy i całego ciała, przepychanie przez korytarze i zadawanie fachowych pytań, aż w końcu wylądowała w pokoju, gdzie jakaś wysoka Azjatka o wężowej talii wypisała jej kilka przepustek, skopiowała dokumenty a na koniec wprowadziła do wielkiego, pustego pokoju o ścianach białych i lśniących. Wyglądały tak bardzo sterylnie i szpitalnie, że Gretchen poczuła się nieswojo. Elke uściskiem dłoni dodawała jej otuchy. Kochana Elke.

Teraz tamto uczucie stępiało i rozmyło się pod wpływem silnych leków uspokajających i przeciwbólowych. Czasami rozchylała powieki, ale widziała tylko nakładające sie na siebie plamy i pulsujące świetlne soczewki, a wszystko tak błyszczało i lśniło, aż zaczynał ją boleć mózg, wobec czego zapadała w krótką, świadomą drzemkę.

Ciało wibrowało pod dotykiem różnych chłodnych przedmiotów, dłoni i igieł. Nic jej nie bolało. To przypominało raczej dziwaczny masaż, a gęsta senność nadchodziła ręka w rękę wraz z uczuciem ogłupiałego zrelaksowania.

"Milion sto tysięcy euro" przypomniała sobie znowu z niejasnym uczuciem niezadowolenia. O, jak drogo, jak drogo. Całe konto zostało wyczyszczone i sama Elke dorzuciła garść grosza od siebie. "Dlaczego nie poradziłam się Hansa? Przecież mogłam się go zapytać".

A, już pamięta. Bo nie jest dzieckiem i nie musi się pytać męża o zdanie. Tak powiedziała Elke. "Nie żyjemy w średniowieczu" dodała. "Cenię sobie zdanie Hansa" tak właśnie powinna odpowiedzieć, ona, Gretchen. Ale potem wygrała ekscytacja i ochota zmiany. Przecież wiedziała, że Hans nie zgodziłby się na tę operację - nigdy w życiu! A wobec faktu dokonanego będzie musiał tylko pokiwać głową.

O, jak dobrze, że ten zabieg jest odwracalny!

*

Gdyby nie karano tego dożywociem.

Gdyby nie natychmiastowa interwencja Tajnej Policji, nieoficjalnie zwanej Obrońcami ( od: Obrońcy Praw Człowieka i Obywatela), podglądających przez wszystkie obowiązujące prawnie kamery w domu, podsłuchujących przez wszystkie obowiązujące prawnie podsłuchy zamontowane w każdym sprzęcie pochodzącym ze sklepu po '43 - Hans by się nie wahał.

Zacisnąłby dłonie w pięści - te swoje sękate łapy o tylu zrogowaciałych bliznach i strupach, bez paznokcia na prawym palcu wskazującym - i uderzyłby z pełnego rozmachu prosto w pysk tę rozwrzeszczaną, nastroszoną kwokę, tę Elke.

Czasem nie rozumiał, jak Gretchen i Elke mogły być przyjaciółkami. Zwłaszcza od dzieciństwa.

- Czego ty jeszcze nie rozumiesz, szajbusie?! - krzyczała Elke, miotając się po salonie i depcząc ubłoconymi butami stary dywan po matce Gretchen. - Tak ciężko jest pojąć, że niedługo ani ty, ani Gretchen nie będziecie mieli za co żyć?! Nie chcę emanować odwróconym seksizmem, ale sam, ze swoimi samczymi zapatrywaniami na życie, powinieneś ruszyć dupę i poszukać roboty! Gretchen nie musi cię pytać o zdanie! Nigdy nie musiała! Nie doceniasz tego, co masz, ty....- i tak dalej.

Co ta kurwa zrobiła z Gretchen?

Wiedział, że to ona, jego żona, ale tętniące ze strachu i bólu serce nie potrafiło się uspokoić i dać skupić myśli. Tak, jego blada, wyrafinowana małżonka o włosach czarnych i zawsze nieco potarganych, oczach zielonych i nakrapianych brązowo, teraz przypominała swój... Negatyw?

Ciemnobrązowa skóra na tych samych, wystających kościach policzkowych. Pełne usta, tak pełne, że uśmiech odsłaniający te same przecież zęby, inaczej marszczył skórę na policzkach, był zupełnie inny. I oczy piwne. Włosy skręcone. Dłonie ciemne, o nieco jaśniejszym wnętrzu. Paznokcie zdawały się kontrastowo wściekle różowe.

Ale głos miała ten sam. I tę samą sylwetkę. I gdy siedziała, skrajnie wyczerpana, w kącie kanapy, poszarzała ze zmęczenia, z szeregami strupków po ukłuciach, ciągnącymi się wzdłuż szyi po skroń, z wargami wysuszonymi i popękanymi i miną pełną zmieszania, wyrzutów sumienia i głębokiej, nieprzytomnie radosnej nadziei - wtedy czuł, że wybacza jej wszystko, co zrobiła, manipulowana przez tę dziwkę Elke, i że kocha ją aż do bólu, tym silniejszego, im bardziej ogarniała go świadomość, jaką krzywdę jej wyrządzono.

Pięści swędziały go coraz bardziej.

- Idź stąd - wycedził w stronę Elke.

- Oho, jeszcze może spróbujesz mnie wyrzucić?! - Elke podskoczyła jak piłka. - Spróbuj, Hans. Nie zostawię tu samej Gretchen. Nie pozwolę, abyś ją tu urabiał jak plastelinę. Gretchen jest zbyt miękka, aby skutecznie ci się sprzeciwić, świnio. Ale ja tego tak nie zostawię. Rozwiedziecie się i wreszcie Gretchen się od ciebie uwolni!

- Dosyć tego - ślepa furia przyćmiła mu wzrok. Zaczął iść w stronę Elke.

- Ha, przemoc domowa! - Elke szybko podążyła ku drzwiom, starając się nie odwrócić plecami do Hansa. - Dzwonię na policję. Gretchen, przecież ten psychol cię bije, prawda?!

- Pierdol się, Elke! - wywrzeszczała histerycznie Gretchen, ściskając się obiema dłońmi za skronie. - Jezu, jak boli mnie głowa! - wybuchła nagłym płaczem.

Hans spojrzał prosto w zawzięte, świecące oczy Elke. Oboje umilkli.

- Naprawdę byłoby lepiej, gdybyś sobie poszła i zostawiła nas w spokoju - stwierdził Hans spokojnie.

 

3.

"Jeżeli to jest sen, to niech trwa jak najdłużej" myślała Gretchen, wlepiając oczy w ciemny kąt pokoju. Za plecami słyszała cichy oddech śpiącego Hansa. Przytuliła mocniej poduszkę.

Tydzień temu Elke wyszła z ich domu, trzasnąwszy za sobą drzwiami. Następnego dnia Gretchen udała się z powrotem do Butylu Wobongi. Nie została przez nią w żaden sposób rozpoznana. Uzupełniła ankietę według wskazówek, jakie dała jej bezimienna Azjatka w lokalu Moja-Twoja Skóra i zaprezentowała poprawione przez fachowców dokumenty. Butylu posadziła ją obok siebie na kanapie, wręczyła filiżankę z prawdziwą, czarną jak diabli kawą i rozpłynęła w ploteczkach. Gretchen dziękowała Bogu, którego istnienie obalono już dawano temu, że Butylu nie widziała wcześniej jej prac - bo może by ją rozpoznała.

A może nie. Co, jeżeli w tym środowisku ludzi rozróżnia się tylko po grupie, do której należą?

"Jestem w grupie A... A" nie mogła uwierzyć Gretchen. Ułożyła się wygodnie na plecach i naciągnęła kołdrę na piersi. "A Hans właśnie wkroczył do grupy C. Czyli tych, którym ofiarowano możliwość pozostania w grupie B, ale świadomie z niej zrezygnowali. Przecież praca w magazynie nie jest... Dobrze, jest niesatysfakcjonująca. Ale najważniejsze są korzyści płynące z niej dla społeczeństwa i zmniejszanie nierówności społecznych".

Poczuła, jak gorący rumieniec oblewa jej policzki. "Ty mówisz o dobru społeczeństwa!" krzyknęło coś w jej myślach. "Osoba, która bezprawnie zajęła miejsce w grupie A, które wcale jej się nie należało!".

"Nic z tego, że jestem kobietą" narzekała, wiercąc się niespokojnie. "Nic z tego, że ciężko pracującą i wysterylizowaną. Może pięćdziesiąt lat temu by to coś dało, dzisiaj nic! Gdyby mnie zgwałcono w dzieciństwie, gdybym urodziła się innej rasy, gdybym..."

"Jezu, na co te kombinacje?" zapytała ciemny, zgasły sufit. "Dlaczego nie może być jakoś inaczej?"

Wierciła się i wzdychała tak długo, aż obudziła Hansa. Usiadł na łóżku i ziewnął głośno, trąc twarz.

- Przepraszam - szepnęła ze skruchą, siadając obok niego.

Pogłaskał ją powoli po policzku.

- Stresujesz się jutrzejszą wystawą - mruknął ni to pytająco, ni to twierdząco.

- Też. Myślę sobie o tym i owym - odszepnęła. Widziała jak w prawym górnym rogu zapaliła się czerwona dioda rejestrująca dźwięk. W nocy takie szczegóły denerwowały znacznie bardziej niż w dzień. - O tym, jak stworzony jest świat.

Hans rozumiał bez słów.

- Marzysz o przeszłości? - zapytał.

- Ośmielam się. Cokolwiek zrobiłam, zdaje się być zbędne. To, co było, potwierdza moje obawy - plątał jej się język. Próbowała mówić tak oględnie, jak się da, ale była zbyt zmęczona, aby brzmiało to sensownie.

Hans nie potrzebował tłumaczeń.

- Szkoda mi ciebie bardzo - powiedział w końcu. - Elke spotka kiedyś kara, za to na co cię namówiła.

- Jest dobrze - Gretchen przysunęła się do niego szybko, czując się nieswojo i przykro, gdy zaczynał krytykować, bądź co bądź, jej decyzję. Objęła go po omacku za szyję i przytuliła policzek do gęstego, szorstkiego jak sierść zarostu. - Nasze konto nigdy jeszcze tak ładnie nie wyglądało, a będzie jeszcze lepiej. A jak już będzie wspaniale, to polecimy za jakąś złotą chmurkę i wszystko wróci do normy.

"Złota chmurka" tak mówili, gdy smutek, szarość i ciasnota codziennego życia przytłaczała tak silnie jak pętla na szyi wisielca i jedynym źródłem otuchy stawało się snucie marzeń o ucieczce - do jakiegoś nieistniejącego raju, na "złotą chmurkę". Gdzie wszystko skończy się dobrze jak w bajce dla dzieci.

Gretchen przyciągnęła do siebie Hansa, wyczuwając w nim dziwny opór. Przykrył ją ciałem, próbował oddawać pocałunki. Jego ręce przez chwilę wodziły po jej talii, a potem doszły do twarzy i wtedy opadły bezsilnie. Odsunął się, drżąc całym ciałem.

Gretchen zrobiło się nagle zimno.

- Przepraszam cię - wyjąkał Hans. W ciemnościach jego twarz nie miała rysów, rozlewała się w owalną plamę. - Słyszę twój głos i wiem, ze to ty. Znajome dłonie, znajomy śmiech. Ale nie mogę... Masz taką inną twarz. Czuję się... dziwnie - nabrał głęboko tchu.

Gretchen próbowała roześmiać się przez ściśnięte gardło.

- Przynajmniej mam pewność, że jesteś organicznie niezdolny do zdrady - chciała zażartować.

- To jest gorsze - wyszeptał Hans i wstał szybko z łóżka. - Twój głos i nie twoje usta. Boję się, kurwa, jak dzieciak. Przepraszam cię, chyba przeniosę się dzisiaj na kanapę.

Niezgrabnie podniósł swoją poduszkę.

- Sprawiasz mi ból - powiedziała Gretchen, czując jak łzy napływają jej do oczu.

- A ty myślisz, że mnie jest przyjemnie? - rzucił Hans ostro. Pchnął przed sobą drzwi. - To silniejsze ode mnie. Mam nadzieję, że się przyzwyczaję. Nieprawda! - krzyknął prawie. - Mam nadzieję, że nigdy się nie przyzwyczaję. Jedyne co nas tutaj czeka, w naszej rzeczywistości "dla każdego po równo, ale sprawiedliwie" i tak dalej, grupy ABC, do wyboru, do koloru, to śmierć! - zamachnął się pięścią w stronę podsłuchiwacza. - Nie zauważyłaś tego? Mam dosyć, zwyczajnie dosyć.

- Nie powinieneś był tego mówić - powiedziała tępo Gretchen. Łzy spłynęły jej po policzkach. - Zapłacimy za to, Boże, jak my zapłacimy.

*

Na wystawę przyszło prawie dwieście osób, w tym cała śmietanka artystów i nawet jakiś minister od spraw kultury czy sztuki - któryś z pośledniejszych, gdyż Gretchen nie znała jego nazwiska.

Nakręciła czarne loki, aż otoczyły jej głowę krótkim afro. Pomalowało mocno usta i oczy, sprawiało jej to dziwną przyjemność. Oceniała się obiektywnie na bardzo atrakcyjną, czarnoskórą kobietę o zgrabnej sylwetce i lśniących włosach. Cały czas nie potrafiła się przyzwyczaić do swojego odbicia w lustrze - robiąc makijaż, ogarniało ją nierealne uczucie, jakby malowała obcą kobietę i było to jednocześnie trochę niezwykłe, i trochę straszne.

Wypiła cały kieliszek musującego szampana i czuła się teraz wesoła i lekka jak piórko. Zapomniała o ostatniej nocy, spędzonej na nerwowym półśnie - cały czas oczekiwała trzasku wyważanych drzwi frontowych. A potem nadszedł poranek, a razem z nim obawa przed długim ramieniem sprawiedliwości w postaci Obrońców nieco ucichła. Gretchen znała osobiście wiele osób, które aresztowano i wysłano na przymusową resocjalizację, ale znała również wiele osób, którym udało się ukryć pomiędzy trybami wielkiej maszyny państwa i nigdy nie odpowiedzieć za wypowiedziane głośno krzywdzące i dyskryminujące słowa.

- Dlaczego my, ludzie, nie potrafimy trzymać języka za zębami? - zapytała jakąś szczupłą kobietę o skórze białej, jak pozbawionej wszelkiego pigmentu i zupełnie nagiej, nie licząc trzech zielonych naklejek na obu sutkach i kroczu, które tak naprawdę nic nie zasłaniały, ale Gretchen było zbyt wesoło, aby odczuwać jakiekolwiek zmieszanie.

- Nie wiem - odpowiedziała biało-zielona, wytrzeszczając na nią okrągłe ślepia. - Osobiście nie mam z tym problemu.

- Ha, to zazdroszczę! - Gretchen zachwyciła wyrozumiałość i sympatia, jaką jej wszyscy okazywali. Możliwe, że uważali ją za wybijającą się sławę.

A może po prostu bali się oskarżenia o jakichś jeden z wielu "izmów".

Niech żyje grupa A! Niech żyje zakład Moja-Twoja Skóra! Niech Hans, co został w domu, aby kolejny dzień spędzić na gapieniu się na parchatą Abraim, gorzko żałuje, że jest tylko w grupie C!

Sala, po której krążyła w oszołomieniu, trzepocąc błyszczącymi rękawami ekstrawaganckiej szaty, rozciągała się wprzód i w tył, jak okiem sięgnąć. Wysokie i grube niczym pnie drzew kolumny dzieliły ją na setki przecinających się korytarzy. Były przy tym prawie całkowicie ze szkła i w środku kryły się obracające powoli, w strumieniach iskrzącego światła, stare, dobre makiety pomników i rzeźby - te same, którymi wzgardziła Butylu Wobonga, teraz taka macierzyńska i ciepła.

Gretchen zamarła na chwilę, nie potrafiąc oderwać wzroku od wirującej w spowolnionym tempie figury kobiety, błyszczącej masą perłową i pochłaniającej blask szorstkim betonem. Szarość i różowa, miękka biel sylwetki wykręconej w spazmie ni to bólu, ni rozkoszy. Złoty pył zacierał linie i wydobywał piękno.

"Na półce salonu nie wyglądało to tak efektownie" skonstatowała trzeźwo.

- Pani Gretchen? - usłyszała za sobą uprzejmy, męski głos.

W pierwszej chwili nie zrozumiała, potem zalało ją przerażenie. Odwróciła się gwałtownie.

Za nią stał mężczyzna, którego widziała podczas pierwszego spotkania u Butylu. Miał na imię Anna. Miała na imię Anna.

- Ingrid - poprawiła ozięble, starając się uspokoić bicie serca. Alkohol wyparował od razu. - Ingrid Melkerson, a jak... - zawahała się i tu poznała swój błąd. - Pani?

- Widzę, że się znamy - oczy Anny rozbłysły. Mężczyzna przeczesał palcami kolorowe włosy i uśmiechnął się smutno zębami białymi jak śnieg. - Jestem Anna. Ale dla przyjaciół Niklas.

- Chyba nie rozumiem - wyznała Gretchen, czując zamęt w głowie.

- Mam pomysł, porozmawiajmy - Niklas ujął ją pod ramię. - Pamięta pani, pani Gretchen? Jako jedyny ujrzałem pani dzieła. Na fotografiach. A niektórych rzeczy się po prostu nie zapomina.

- Muszę iść - stęknęła Gretchen, nerwowo usiłując wyplątać się spod jego ręki.

- Proszę mi ofiarować chwilkę swojego czasu, pani Gretchen - w głosie Niklasa pojawiła się tak dziwna nuta, że Gretchen wbrew swojej woli uległa jej.

*

Stanęli parę kroków od największej grupy ludzi, w której rej wiodła Butylu - Butylu tkwiąca w objęciach jakiejś tęgiej, rudowłosej kobiety ubranej w skórzane odpowiedniki sukni Marii Ludwiki. Skryły ich liście egzotycznych roślin w ceramicznych donicach o obwodzie ramion dorosłego mężczyzny, ustawionych wzdłuż przeszklonych, wpuszczających słoneczne światło ścian.

- Wiem, co zrobiłaś, Gretchen - zaczął Niklas cichym i pełnym powagi głosem, niezauważalnie przechodząc na "ty". - Widzę, jak w ciągu ostatnich lat ten… proceder zdobywa na popularności. W przeciwieństwie do niektórych osób mniej zwracam uwagę na papierki i przynależności do grup, a bardziej na indywidualne cechy... I czyny. I widzę każdego dnia, jak kolejna osoba zmienia płeć czy kolor skóry, zajmuje inne stanowisko, osiąga awans. Posługuje się zmienionym imieniem i danymi, ale ja wiem, że to ona. I wiem, że to ty, Gretchen - patrzyła prosto w jego szeroko rozwarte, zielonkawe oczy. - Nikt, kogo znam, nie potrafi tak łączyć betonu z masą perłową, nikt nie układa z wydmuszek szklanych całych historii - niektóre z twoich dzieł utkwiły mi w pamięci. Może na zawsze. Ale co to znaczy "zawsze" w naszych czasach, skoro wszystko jest tak płynne i zmienne? - roześmiał się gorzko.

Gretchen przełknęła ślinę i oparła się barkiem o rozgrzaną słońcem szybę.

- Czy... tylko ty o mnie wiesz? - zapytała szeptem. - Co chciałbyś z tym zrobić? Dać znać policji?

- Nie - Niklas pokręcił lekko głową. - Chciałem tylko powiedzieć ci kilka rzeczy.

- Czy Butylu czegoś się domyśla, jak ty? - "jakie rzeczy?" pomyślała.

- Po pierwsze, czy się domyślają - Niklas uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały nieruchome. - Od wczoraj zaimki Butylu to "oni/im".

- Och. To... interesujące - powiedziała Gretchen niepewnie.

Mięśnie na twarzy Niklasa zadrgały lekko, obnażył zęby w dziwnym grymasie.

- A imię ich... Legion - wycedził szyderczo. Gretchen nie zrozumiała, o co mu chodzi,

- A po drugie? - zapytała.

- A po drugie to nie. Butylu nie domyślają się wcale. Butylu piją wino i cieszą się władzą i wolnością - sarkazm Niklasa zaczął Gretchen nudzić i męczyć. Zauważył to i zmienił nieco ton.

- Gretchen, ta zabawa jest zbędna. Widzisz Butylu? I c h ? Nie zauważyłaś czegoś? A widzisz mnie? - przysunął blisko twarz. Gretchen pomyślała nagle o Hansie i chciała postąpić krok do tyłu, ale jej ciało zdrętwiało i obwisło. - Widzisz mnie? - wysyczał Niklas. - Nazywam się Anna. Nie potrzebuję niczego zmieniać, kastrować się, ani bulić milionów. Wystarczy być konsekwentnym, żyć w związku z mężczyzną i udzielać się społecznie. No, i mieć plecy w postaci paru podobnych do siebie. Opcji masz do wyboru do koloru, Gretchen. Możesz być tak gender fluid, jak ci się zamarzy. Możesz czuć się kimkolwiek chcesz i kiedy będzie ci to pasowało. Wiem, że w szkołach wbija się wam do główek - nie kłamać, pisać jak jest, nie zajmować miejsc prawdziwym pokrzywdzonym. A potem rodzisz się uczciwą, białą kobietą hetero i masz problem z wymyśleniem powodu, dla którego mogłabyś przestać zajmować najniższe miejsce na drabinie społecznej. A tu wystarczy troszeczkę wyzbyć się średniowiecznej prostolinijności.

- A więc to co zrobiłam, było bez sensu? - zapytała Gretchen, czując jak kotłują się w niej sprzeczne uczucia.

- Tak. Nie musisz mieć czarnej twarzy, aby być Murzynką - Gretchen przeszył dreszcz przerażenia, gdy usłyszała słowo na "M". Wyrobionym z dzieciństwa ruchem rozejrzała sie dyskretnie w poszukiwaniu kamer czy mikrofonów, ale nie było tu nic. - Nie musisz mieć waginy, aby być kobietą. Nie musisz być wspaniałą artystką, aby zarabiać grube miliony.

- To wydaje się trudne - stwierdziła Gretchen z łzami w głosie.

- Bo jest trudne, trudne jak diabli - Niklas objął się ramionami i zwiesił głowę. - Ale w końcu nabiera się wprawy. Bo polityka się zmienia i nie wiesz, kiedy to co dotychczas cicho akceptowane, jutro stanie się zbrodnią numer jeden w kraju. Dobrze ci radzę, Gretchen - spojrzał na nią jeszcze raz, uważnie i z pewnego rodzaju bólem w oczach. - Cofnij to, póki czas. Jak najszybciej.

- Teraz? Kiedy jestem Ingrid Melkerson? - spłoszyła się Gretchen. - Z imieniem na pierwszych stronach gazet?

- Jak najszybciej - powtórzył Niklas.

 

4.

Przeprowadzili się do większego mieszkania, z oknami wychodzącymi na Elbphilharmonie. Przeniesienie paru gratów i paru arcydzieł wymagało jednej ciężarówki, która oczywiście podczas sześciu godzin w korku i tak zdołała potłuc prawie wszystkie filiżanki i nieodwracalnie uszkodzić komodę.

Ostatniego dnia w starej dzielnicy Hans odwiedził Petera.

Peter właśnie wrócił z terapii resocjalizacyjnej i, rzecz oczywista, był bardzo małomówny i zmizerowany. Z lękiem patrzył na Hansa, jakby bał się, że ten zacznie naraz krzyczeć wszystkie słowa na "M", "Ż" czy "P", albo że zwyczajnie trzaśnie go w ucho. Było to zupełnie naturalne, ale Hans nie potrafił się z tym pogodzić.

Próbował się dopytać o zakład samochodowy - osobiście nie miał ochoty udawać się do miejsca, które zapewne straciło swój cały stary, dobry charakter – orzeźwiający zapach smaru i spalin, stosy opon pod ścianami i brudnych, wesołych ludzi w rozwleczonych kombinezonach, gwiżdżących do muzyki ze starych płyt.

- Tam już się nie naprawia samochodów - szepnął mu na samym końcu Peter, prosto do ucha, gdy wymieniali uścisk. - Tam się agituje, kłóci i pierdoli, jaka rzeczywistość powinna być, a jaka niestety jest.

Po tych słowach Hansa ogarnęła jednocześnie ulga, że Peter wciąż jest sobą, a zarazem przywaliło go cięższe niż wcześniej poczucie beznadziei i tragedii.

Stracić pracę i stracić żonę. A jednocześnie: praca w magazynie na lotnisku wciąż na niego czekała. Ewentualnie są jeszcze kamieniołomy. A żona wracała do domu na co drugą noc i chociaż wyglądała zupełnie inaczej, to jednak wciąż mieli te same wspomnienia, marzenia i dowcipy.

A przez to wszystko zdawało się być jeszcze bardziej makabryczne i nierealne. Fakt, że nie ma na co narzekać, a jednocześnie nic nie jest tak, jak być powinno.

Ostatecznie jednak zaszedł do zakładu samochodowego, dotychczas "U Petera", dziś - "Cztery Koła Feminizmu".

To była bardzo słaba nazwa.

Hans opuścił warsztat pełen nowych, niejasnych myśli i wrażeń. Pełen obrzydzenia i cierpienia czuł jednocześnie, jakby spośród zwojów mózgowych na świat rodził się nowy pomysł. Jakaś idea, w której - być może - kryje się rozwiązanie problemów.

Stał teraz przed oknem i wpatrywał się w wielokolorowe, łopoczące na wietrze flagi, ciasnym szeregami obrębiające kanty monstrualnej filharmonii, ostrymi rogami wbijającej się w szare, spęczniałe niebo. Na burzę zbierało się od rana.

Spojrzał jeszcze raz na ściskany w dłoni telefon. "Gretchen dopiero jutro wraca do domu" pomyślał. "A na koncie jest prawie osiemdziesiąt milionów".

Kolejny wieczór na kanapie przed telewizorem? Siedemdziesiąty ósmy?

Kurwa, nie!

*

Do domu czekało ją około stu metrów i postanowiła przebyć tę drogę na piechotę. Wysiadła z metra z uczuciem świeżości i zadowolenia, jak zwykle po podróży w pierwszej klasie. Żałowała, że nie może zabrać ze sobą Hansa i pokazać mu foteli sterowanych na pilot.

Jaka szkoda, że Hans jest w grupie C. Cały czas robią jej z tego powodu problemy.

Dopiero teraz zorientowała się, że ma dziewięć nieodebranych połączeń od Niklasa. Prawie nie utrzymywała z nim kontaktów, zwłaszcza, że odnosiła wrażenie, jakby się na nią obraził, więc zdziwiła się i przestraszyła.

Zatrzymała się pod złotym krzakiem forsycji, rozświetlonej uliczną latarnią na podobieństwo kuli ognia, jednocześnie zapinając torebkę, upychając po kieszeniach rachunki i wchodząc w smsy od Niklasa.

Po chwili zrobiło jej się tak słabo, że usiadła na mokrej trawie, nie zwracając na wilgoć najmniejszej uwagi. Księżyc lśnił blado jak ostrze noża skrytobójcy.

 

 

Sms numer jeden: "Jutro nowym prezydentem zostanie Sue O'Drigo Buttacosta. Wiem to z pewnych źródeł".

Sms numer dwa: "Gretchen, jedź do MTSkóra. gdzie jestes? zawioze cie. musimy sie spieszyc".

Sms numer trzy: "Odbierz telefon. Gdzie jesteś?"

Sms numer cztery: "Gdzie jesteś?!!!!"

Sms numer pięć: "Okej, za późno. Właśnie się dowiedziałem, że Moja-Twoja Skóra czterdzieści pięć minut temu opuściło granice kraju"

 

Sms numer sześć.... Gretchen zdążyła rozgryźć wargi do krwi i teraz miała usta pełne żelaziście smakującej cieczy.

Zadzwonił telefon. Odebrała natychmiast, nie patrząc na numer.

- Gretchen!... - to była Elke. W pierwszej chwili Gretchen nie rozpoznała jej głosu, teraz ze skórą ściętą szronem, zrozumiała, że Elke zanosi się od strasznego, histerycznego płaczu. - Ten pierdolony zakład uciekł! Uciekł, kurwa jego mać! Jezus Maria, ja nie wiem co robić, Boże, to pozostanie na nas na zawsze!.. - wyła, już prawie nie artykułując głosek.

- Elke, cicho bądź, cicho bądź - prosiła ją Gretchen drżącym głosem. Wspięła się na wieże własnych nóg i dygocząc podążyła w stronę mieszkania. Potykała się o wszystkie dziury w chodniku, jakby nagle oduczyła się chodzić, a szok, w którym cały czas tkwiła, nie pozwalał jej zebrać myśli. - Elke, wszystko będzie dobrze. Wyjechał, ale nie na zawsze.

- Nie rozumiesz! - Elke wzniosła się na wyżyny szaleństwa. - Uciekli, bo są zagrożeni najwyższym wymiarem kary! Aresztują wszystkich, nas również!

- Nowa pani prezydent - szepnęła Gretchen. Głucha, lepka czerń wepchnęła się pod czaszkę, z gwizdem zatkała uszy.

Złapała śliską od potu dłonią klamkę drzwi na klatkę schodową i pociągnęła. Zamknięte. Zaczęła wygrzebywać klucz z kieszeni, jednocześnie słysząc w uchu przeciągły ryk Elke i orientując się powoli, że każda minuta rozmowy z tą opętaną ze strachu i żalu kobietą ściąga na jej głowę śmiertelne niebezpieczeństwo.

- Muszę kończyć, Elke - wykrztusiła przez ściśnięte gardło, pchnęła wolną ręką drzwi i wskoczyła na strome schody. - Chcę zobaczyć swojego męża.

- Ojejku, przepraszam cię za Hansa - wychrypiała Elke, nagle jakby stropiona.

Gretchen przeszył dreszcz.

- Przepraszam? Za co? - poczuła falę agresji i nienawiści podchodzącą do gardła.

W uchu zabrzmiał jej tylko sygnał rozłączonego połączenia.

Gretchen rzuciła telefon na podłogę i gwałtownie otworzyła drzwi.

*

W pierwszej chwili pomyślała, że pomyliła mieszkania. W korytarzu, skryta w cieniu regału, stała bardzo wysoka i szczupła kobieta o silnych dłoniach i króciutkich włosach sterczących dookoła czaszki.

A potem zrozumiała.

- COŚ TY ZROBIŁ?!! - wrzasnęła, padając na kolana i nie panując w ogóle nad emisją głosu. W jej piersi wgryzł się szarpiący, paniczny szloch.

Koszmar, który się spełnił, zaćmił jej wzrok.

- Przepraszam, kochanie, ale chcę, abyś pomyślała racjonalnie - obca jak śmierć kobieta podeszła do niej i przykucnęła. Chciała ją podnieść z podłogi, ale Gretchen rzuciła się do tyłu, krzycząc przeraźliwie. Na twarzy kobiety migotały niepewne, lękliwe uśmiechy.

- COŚ TY ZROBIŁ?! - wyła Gretchen, nie potrafiąc powiedzieć nic innego. Jej mózg skurczył się w paroksyzmie, który nie mijał.

- Wiesz, że teraz znajdę pracę jako mechanik - kobieta, Hans, pocierała twarz dłonią, jakby szukała zarostu, który można by ująć w dwa palce i szarpnąć nerwowo. - I nie będę musiał siedzieć całymi dniami w domu i patrzeć, jak na nas zasuwasz. A poza tym, co się tak wściekasz, ty zmieniłaś kolor, to ja nie mogę zmienić ciała? - próbowała się roześmiać. - Co za różnica? Zarobimy jeszcze parę groszy i potem wszystko cofniemy, prawda?

- Coś ty zrobił.... - teraz Gretchen tylko płakała. Zaczęła kiwać się na klęczkach.

"Nieodwracalne" pojawiła się krótka myśl, jak błysk.

Za jej plecami rozległ się stłumiony trzask drzwi, a pomieszczenie zostało zalane światłem elektrycznym. Obrońcy w czarnych uniformach i pałkami w rękach wreszcie przybyli. Dlaczego tak późno?

Hans rzucił się susami w stronę okna, ale przecież nie mógł już nic zrobić.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • kigja rok temu
    Kurczę długie, ale ma klimat i jak tylko przeczytam do końca, to na pewno napiszę!
  • kigja rok temu
    O, mój Borze!
    To jest tak realistyczne i tak przerażające, że brakuje mi tchu.
    Dwa skojarzenia: Opowieść podręcznej i Black Mirror.

    Zauważyłam jedną literówkę i jednego słówka zabrakło. Ale to są dwa mało istotne ziarenka na pustyni dobrych liter

    Opowiadania zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Jest to wizja przyszłości, która nieoczekiwanie może nadejść.
    Pozdrawiam!
  • Edypalna rok temu
    kigja, dziękuję Ci bardzo za komentarz. Nie wiesz, ile to dla mnie znaczy - zarówno "konstruktywna krytyka" jak i przenajmilsze w świecie komplementy ;)) Jeżeli będziesz w stanie wskazać mi tę literówkę i brakujące słowa, będę Ci bardzo wdzięczna i poprawię co trzeba. Życzę dobrego dnia :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania