Moje rozmyślania o fotografii

Ja tylko wędruję tą drogą, drogą bez końca…

Bez końca?

Ależ jestem już blisko kresu wszelkich dróg….

To tylko słowa

A słów mamy rzekomo za dużo na tym świecie… Wszystko potrafimy nazwać …

Ale zawsze w sposób identyczny, tymi samymi zdaniami, słowami, milczeniem….

Ja tylko wędruję tą długą ulicą

Niczego nie zmieniam, nie czynię też swoją własnością, nigdy nie ogrodziłem najmniejszej części świata, gdyż ziemia jest dobrem wspólnym.

Często jednak fotografuję i mam już tysiące zdjęć domów, drzew, zwierząt i ludzi. Te zdjęcia przechowuję – w ten sposób „zdobywam kolejne obszary”

Teraz już wiem, że niepokój przyniosłem wszędzie tam, gdzie się pojawiłem….A moje przybycie oznaczało kradzież świateł i cieni….

I tak dochodzę do splotu dróg, ich unicestwienia i kresu…

Nie potrafię określić pory dnia…. Może jest południe lub środek nocy… To też zgubiłem …

To chyba było moim pragnieniem (?)

Niczego nie nazwałem własnym, nie ogrodziłem, niczego nie zmieniłem…

----- ---- ----

Nic więcej… Zapisałem tylko słowa, w których były marzenia niespełnione…

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

Opis sytuacji lub biografia topografii (ewentualnie topografia biografii):

 

Jak to było w niedzielę 05 grudnia....?

Tekst napisany na początku grudnia roku XXXX

Pojechałem do warszawskiej dzielnicy Wawer w poszukiwaniu ...

w poszukiwaniu obrazów męczących, szorstkich, atakujących swoją szaro-czarną ekspresją; minąłem jeden z ostatnich drewnianych domów w stylu przypominającym Świdermajer, a dalej ruiny drewnianego parterowego domu (a może raczej baraku?); siwy odcień perspektywy długiej ulicy, która ma ponad 9 km i łączy dwa końce Wawra, lekko niebieskawy horyzont tuż za jakimiś halami magazynowymi- blaszankami czasu nijakiego...

Z kominów bieda-domków, jakie przetrwały do naszych czasów, sączył się duszący dym... Dym uginał się, prawie dotykał zamarzniętej ziemi pod ciężarem stopionej tektury, plastików i kilku innych tworzyw (ale jakich?); przejeżdżający autobus przywiał górę śniegu, tak naprawdę ciągnął za sobą upiorną zadymkę; płatki śniegu...dorodne kwiaty zimowe układały się wokół obiektywu aparatu fotograficznego, wyrastały spontanicznie w przydrożnych ogródkach---/// Przez chwilę wydawało się, że ze śniegu ułożyła się kompozycja znacznie bogatszych kolorów...Tak się wydawało przez dłuższy czas---//-- Powiew wiatru uniósł nielicznych przechodniów (mnie również) i porwał w kierunku Śródmieścia; nawet nie wiem, kiedy znalazłem się w ciepłej kawiarni, usiadłem przy ostatnim stoliku w kącie sali; włączyłem aparat= do dziś nie potrafię zrozumieć, skąd on wziął tak abstrakcyjne obrazy..? Gdzie tak naprawdę byliśmy i czego nie zauważyłem...?

Co pewien czas wracam w te okolice...Ale to niewiele znaczy...

 

PS. Meksykański poeta Jose Pacheco napisałem w poemacie prozą "Zdjęcia zrobione Kodakiem", że przechowywane przez nas fotografie pamiątkowe, zawartość albumów rodzinnych to ciągle powtarzana śmierć..."

Zdjęcia są pamięcią, zatrzymaniem czegoś, co nieustannie tracimy... Powrót i odtwarzanie to.... A jednak chyba myśl Jose Pacheco...?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Moews dzisiaj o 8:29

    A może jednak szkice na gorąco zamiast fotografii? Zatrzymujemy się w jakimś miejscu i z kilku kresek zapisujemy nastrój, ktòry w tej chwili odczuwamy. Nie kopiujemy niczego- realizm nie jest konieczny...Fotografia to zawłaszczanie świata...kradzież świateł i cieni...? Nie ogrodziłem nawet skrawka łąki czy lasu nad piękną rzeką, ale moje przyjście w te strony wywołało chaos niewyobrażalny...(?) A może jednak było trochę inaczej?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania